Mørketid wzięło mnie z zaskoczenia, udowadniając, że starzy wyjadacze mogą nagrać album, który równie dobrze dałoby się datować nie na rok 2026, lecz 1996...
W porównaniu do dokonań grupy z Heike na wokalu, tutaj zaczynam się zastanawiać, czy ten dosłowny krok wstecz nie spowodował też zaciągnięcia artystycznego hamulca...
Za każdym razem, gdy włączam sobie niezobowiązująco tę płytę po chwili łapię się na tym, że już jestem w podróży - spokojnej, rozmarzonej, sporadycznie wyboistej, ale ciągle pięknej...
Nie ma tu przesady i zbędnego patosu. Nie ma tu też udawania czegoś, czym się nie jest. Jest solidna dawka agresji, która w pewnym sensie wystarcza, aczkolwiek wydaje się być kontrolowana...
Jest coś magnetycznego w twórczości najważniejszych reprezentantów sceny NOLA, a każdy czerpie tu z własnych doświadczeń, dorzucając innych składników do magicznego kociołka...
Epickie momenty równoważą się z bardziej wyciszonymi a całość, dzięki naturalnej produkcji, płynie przez te pięćdziesiąt kilka minut niespiesznie fundując nam prawdziwie eskapistyczną podróż na daleką, Wieczną Północ...