MORTEM – „Mørketid” (2026)
Autor: Wadim Filiks
Data dodania: 27-07-2026
Wyświetleń: 939

MORTEM – „Mørketid” (2026)
Peaceville Records
Rozumiem, że pośpiech jest złym doradcą, ale żeby aż tak? W kwietniu przyszłego roku mija 40 lat od powstania kapeli Mortem, która parę tygodni temu uraczyła nas swoją… drugą długogrającą płytą. Mørketid to najnowsze dziecko Norwegów, którzy w 2019 roku wypuścili bardzo udane LP zatytułowane Ravnsvart .
Oczywiście do tej marki spod znaku trve norwegian black metal trzeba podchodzić z rezerwą, bo jej członkowie spełniali i spełniają się w wielu innych projektach muzycznych. Z perspektywy czasu możemy wręcz zaryzykować stwierdzenie, że dziś mamy tu do czynienia z supergrupą, bo przecież muzycy Mortem w CV mogą wpisać sobie takich „pracodawców”, jak Emperor, Mayhem, The Kovenant, Ulver czy 1349. W zbliżonym składzie chłopaki grają też w kapeli Arcturus, która powstała w 1990 roku jako swoisty spin-off dla recenzowanego tu projektu.
Mørketid w dużej mierze kontynuuje wątki podjęte na poprzednim albumie grupy. Muzycy nie wracają do surowego brzmienia z pogranicza black i death metalu, jakiego doświadczyć można podczas odsłuchu ich demówki Slow Death . W zamian koncentrują się na motywach osadzonych w symfonicznym black metalu, tworząc wręcz podręcznikowy przykład tego, jak balansować przesterowane gitary z budującymi tajemniczy klimat klawiszami. Odpowiedzialny za gitary i keyboard Steinar Johnsen tworzy te harmonie sam ze sobą, dobierając idealne proporcje. O ile nie jestem największym fanem elementów symfonicznych w blacku, o tyle tu podoba mi się, że stanowią one tło dokładnie wtedy, gdy są potrzebne.
Zresztą takie odczucia mam odnośnie do wszystkich partii instrumentalnych na Mørketid . Norwegowie inspirowali się chyba polskim „nie za mało, nie za dużo, tak w sam raz”, gdyż poszczególne elementy kompozycji są tu odpowiednio wyważone. W otwierającym ośmioczęściowy album utworze tytułowym w pamięci pozostają hipnotyzujące klawisze. The Mighty Odious pozostawia dobre wrażenie rytmicznymi partiami gitar, a w Skyggeånd Tor Stavenes robi świetną robotę na basie. Numer Blodvassen Grunn również stawia na wybijającą się sekcję rytmiczną, a Hellhammer za zestawem perkusyjnym gra z precyzją, do jakiej przyzwyczaił nas w twórczości Mayhem. Nie sposób pominąć też wokali, za które odpowiedzialny jest Marius Vold – te brzmią niczym żywcem wycięte z dokonań przedstawicieli tzw. drugiej fali norweskiego BM.
Zakorzenienie w tej stylistyce oraz wieloletnie doświadczenie muzyków sprawiają, że najnowsze wydawnictwo Mortem nie jest dziełem przypadku. To przemyślany album, który docenią fani takich tuz sceny jak Emperor, Dimmu Borgir czy Old Man’s Child. Poszczególne kompozycje prezentują w miarę równy poziom, nie ma tu zbędnych zapychaczy, a każdy element układanki pasuje do całości. Jest to też jeden z tych albumów, które nie tracą na jakości z każdym kolejnym numerem, czego dowodem są dla mnie trzy ostatnie kawałki z płyty Mørketid . Kompozycja Den Sanne Gud to jeden z najmocniejszych punktów krążka, gdzie wpadające w ucho riffy ustępują miejscami sekcji rytmicznej i klawiszom, tworząc ciekawą przeplatankę. Mørkets Ormebol jest jeszcze mroczniejsze, choć zawiera klawiszowe przebłyski, raz po raz uwalniające słuchacza od poczucia grozy. Punktem kulminacyjnym jest zamykający album Ditt Ødes Ære , będący zwieńczeniem wszystkiego, o czym do tej pory była mowa. Utwór wielowymiarowy, który krok po kroku odkrywa kolejne warstwy blackmetalowego pomnika, by nagle urwać się i sprawić, że w duchu krzyczę „jeszcze, jeszcze!”.
Powrót znanych muzyków pod marką Mortem mogę śmiało uznać za jedno z najbardziej pozytywnych zaskoczeń tego roku. Mørketid wzięło mnie z zaskoczenia, udowadniając, że starzy wyjadacze mogą nagrać album, który równie dobrze dałoby się datować nie na rok 2026, lecz 1996. Nie jest to jednak bezmyślna kalka z własnych dokonań, lecz świeże spojrzenie na własną twórczość sprzed trzech dekad. Norwegowie udowadniają, że black metalem też można się dobrze bawić, równoważąc klasykę gatunku z nowoczesnym brzmieniem. Ja to kupuję.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje

MORTEM – „Mørketid” (2026)
Peaceville Records
Rozumiem, że pośpiech jest złym doradcą, ale żeby aż tak? W kwietniu przyszłego roku mija 40 lat od powstania kapeli Mortem, która parę tygodni temu uraczyła nas swoją… drugą długogrającą płytą. Mørketid to najnowsze dziecko Norwegów, którzy w 2019 roku wypuścili bardzo udane LP zatytułowane Ravnsvart .
Oczywiście do tej marki spod znaku trve norwegian black metal trzeba podchodzić z rezerwą, bo jej członkowie spełniali i spełniają się w wielu innych projektach muzycznych. Z perspektywy czasu możemy wręcz zaryzykować stwierdzenie, że dziś mamy tu do czynienia z supergrupą, bo przecież muzycy Mortem w CV mogą wpisać sobie takich „pracodawców”, jak Emperor, Mayhem, The Kovenant, Ulver czy 1349. W zbliżonym składzie chłopaki grają też w kapeli Arcturus, która powstała w 1990 roku jako swoisty spin-off dla recenzowanego tu projektu.
Mørketid w dużej mierze kontynuuje wątki podjęte na poprzednim albumie grupy. Muzycy nie wracają do surowego brzmienia z pogranicza black i death metalu, jakiego doświadczyć można podczas odsłuchu ich demówki Slow Death . W zamian koncentrują się na motywach osadzonych w symfonicznym black metalu, tworząc wręcz podręcznikowy przykład tego, jak balansować przesterowane gitary z budującymi tajemniczy klimat klawiszami. Odpowiedzialny za gitary i keyboard Steinar Johnsen tworzy te harmonie sam ze sobą, dobierając idealne proporcje. O ile nie jestem największym fanem elementów symfonicznych w blacku, o tyle tu podoba mi się, że stanowią one tło dokładnie wtedy, gdy są potrzebne.
Zresztą takie odczucia mam odnośnie do wszystkich partii instrumentalnych na Mørketid . Norwegowie inspirowali się chyba polskim „nie za mało, nie za dużo, tak w sam raz”, gdyż poszczególne elementy kompozycji są tu odpowiednio wyważone. W otwierającym ośmioczęściowy album utworze tytułowym w pamięci pozostają hipnotyzujące klawisze. The Mighty Odious pozostawia dobre wrażenie rytmicznymi partiami gitar, a w Skyggeånd Tor Stavenes robi świetną robotę na basie. Numer Blodvassen Grunn również stawia na wybijającą się sekcję rytmiczną, a Hellhammer za zestawem perkusyjnym gra z precyzją, do jakiej przyzwyczaił nas w twórczości Mayhem. Nie sposób pominąć też wokali, za które odpowiedzialny jest Marius Vold – te brzmią niczym żywcem wycięte z dokonań przedstawicieli tzw. drugiej fali norweskiego BM.
Zakorzenienie w tej stylistyce oraz wieloletnie doświadczenie muzyków sprawiają, że najnowsze wydawnictwo Mortem nie jest dziełem przypadku. To przemyślany album, który docenią fani takich tuz sceny jak Emperor, Dimmu Borgir czy Old Man’s Child. Poszczególne kompozycje prezentują w miarę równy poziom, nie ma tu zbędnych zapychaczy, a każdy element układanki pasuje do całości. Jest to też jeden z tych albumów, które nie tracą na jakości z każdym kolejnym numerem, czego dowodem są dla mnie trzy ostatnie kawałki z płyty Mørketid . Kompozycja Den Sanne Gud to jeden z najmocniejszych punktów krążka, gdzie wpadające w ucho riffy ustępują miejscami sekcji rytmicznej i klawiszom, tworząc ciekawą przeplatankę. Mørkets Ormebol jest jeszcze mroczniejsze, choć zawiera klawiszowe przebłyski, raz po raz uwalniające słuchacza od poczucia grozy. Punktem kulminacyjnym jest zamykający album Ditt Ødes Ære , będący zwieńczeniem wszystkiego, o czym do tej pory była mowa. Utwór wielowymiarowy, który krok po kroku odkrywa kolejne warstwy blackmetalowego pomnika, by nagle urwać się i sprawić, że w duchu krzyczę „jeszcze, jeszcze!”.
Powrót znanych muzyków pod marką Mortem mogę śmiało uznać za jedno z najbardziej pozytywnych zaskoczeń tego roku. Mørketid wzięło mnie z zaskoczenia, udowadniając, że starzy wyjadacze mogą nagrać album, który równie dobrze dałoby się datować nie na rok 2026, lecz 1996. Nie jest to jednak bezmyślna kalka z własnych dokonań, lecz świeże spojrzenie na własną twórczość sprzed trzech dekad. Norwegowie udowadniają, że black metalem też można się dobrze bawić, równoważąc klasykę gatunku z nowoczesnym brzmieniem. Ja to kupuję.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje









