MACIEJ GOŁYŹNIAK TRIO - "Damion" (2026)
Autor: Łukasz Sarnacki
Data dodania: 05-07-2026
Wyświetleń: 332

MACIEJ GOŁYŹNIAK TRIO - "Damion" (2026)
New Beat Records
Maciej Gołyźniak to artysta, który operuje stylistyką dla mnie dość obcą, ale jednocześnie niezwykle intrygującą. Może nawet nie o samą muzykę chodzi, co o sposób jej podawania, bo Maciej, jak mało kto, z niezwykłym pietyzmem dobiera środki wyrazu artystycznego. Co ważne, potrafi też pięknie o swojej muzyce opowiadać. Znamy się od kilku lat. Nie jest to intensywna relacja, a raczej zwykła koleżeńska, branżowa znajomość od przypadku do przypadku. Po jego solowe płyty sięgam jednak zawsze i nie potrafię przejść obok nich obojętnie. Mam wrażenie, że choć muzycznie na pierwszy rzut ucha wiele nas dzieli, to z drugiej strony jednocześnie wiele nas też łączy.
Pozwolę sobie na chwilę cofnąć się do roku 2020, gdy Maciej wydawał swój pierwszy solowy album „The Orchid ”. Obserwowałem jego działania z podziwem, czytałem wywiady i wpisy na portalach społecznościowych i często odnosiłem wrażenie, że kieruje je prosto do mnie. To jego stosunek do własnej twórczości, sposób, w jaki ją opisywał, dawał mi poczucie siły i motywacji do działania, aby też zrobić coś własnego. Wtedy pisałem pierwszy album U.K.Ć. i czułem się jakbym po 30 wydanych płytach znów miał zostać debiutantem. Byłem jednocześnie przerażony i potwornie ciekawy tego, co ma nadejść. Wahaniom nie było końca, a Maciej stał się jedną z motywacyjnych inspiracji. Miałem wrażenie, że kierowały nami te same emocje i artystyczne potrzeby, choć ubieramy je w zupełnie inną muzyczną estetykę.
Wspomniany „The Orchid” długo towarzyszył mi podczas jesiennych poranków (jestem tym ewenementem, który muzyki najbardziej lubi słuchać rano, na wypoczęte ucho). Teraz, z perspektywy czasu zastanawiam się czy słuchałem jej dlatego, że tak mi się podobała, czy dlatego, że stała się jakby kierunkowskazem moich działań. „Marianna” , czyli drugi album tria, urzekł mnie trochę mniej. Odrobinę za dużo w nim było jak dla mnie tego poszarpanego jazzowego groovu, a trochę za mało leniwych, subtelnych, wręcz rozlewających się muzycznych pejzaży, które Maciej z zespołem potrafi podać z niebywałą klasą.
Nie traktujcie Państwo tego wpisu jak standardowej recenzji płyty. Chciałbym raczej odnieść się do czynnika emocjonalnego, niż do chłodnej analizy. Muzyka zawarta na „Damion” to kolejna podróż, która nienachalnie zaprasza na wspólną wyprawę. W pełni instrumentalny charakter wszystkich solowych płyt Maćka, to nie jest przekaz podany w pośpiechu na tacy. Za każdym razem, gdy włączam sobie niezobowiązująco tę płytę po chwili łapię się na tym, że już jestem w podróży - spokojnej, rozmarzonej, sporadycznie wyboistej, ale ciągle pięknej.
Podziwiam Maćka za odwagę i umiejętność kierowania się sercem, a nie portfelem. On, w przeciwieństwie do mnie, stanął niejednokrotnie obiema nogami w tak zwanym polskim mainstreamie, ale na własne życzenie wydrapał się z niego, aby oddać się w pełni swoim muzycznym uczuciom. Myślę, że jego solowe płyty nie są przesadnymi hitami sprzedażowymi i raczej trafiają do ścisłego, żeby nie powiedzieć wąskiego, grona odbiorców, a on mimo wszystko realizuje je z troską o każdy detal i dostarcza ZAWSZE perfekcyjnie przygotowany produkt.
Czy będzie to moja płyta roku? Pewnie nie, bo muzycznie serce gra mi nieco inaczej. Jest to natomiast pozycja inspirująca i ważna z kilku prostych powodów. Maciej staje w opozycji względem taniości, działania na szybko, z gwarantowanym efektem. Ukazuje swoją muzykę i wszystko dookoła niej, jako sztukę przez duże S, bez kalkulacji, bez wciskania się w ramy oczekiwań odbiorców, często umyślnie ryzykując. Tworzy kolejny album, który gra jego sercem i duszą i dlatego nie potrafię przejść obok niej obojętnie.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje

MACIEJ GOŁYŹNIAK TRIO - "Damion" (2026)
New Beat Records
Maciej Gołyźniak to artysta, który operuje stylistyką dla mnie dość obcą, ale jednocześnie niezwykle intrygującą. Może nawet nie o samą muzykę chodzi, co o sposób jej podawania, bo Maciej, jak mało kto, z niezwykłym pietyzmem dobiera środki wyrazu artystycznego. Co ważne, potrafi też pięknie o swojej muzyce opowiadać. Znamy się od kilku lat. Nie jest to intensywna relacja, a raczej zwykła koleżeńska, branżowa znajomość od przypadku do przypadku. Po jego solowe płyty sięgam jednak zawsze i nie potrafię przejść obok nich obojętnie. Mam wrażenie, że choć muzycznie na pierwszy rzut ucha wiele nas dzieli, to z drugiej strony jednocześnie wiele nas też łączy.
Pozwolę sobie na chwilę cofnąć się do roku 2020, gdy Maciej wydawał swój pierwszy solowy album „The Orchid ”. Obserwowałem jego działania z podziwem, czytałem wywiady i wpisy na portalach społecznościowych i często odnosiłem wrażenie, że kieruje je prosto do mnie. To jego stosunek do własnej twórczości, sposób, w jaki ją opisywał, dawał mi poczucie siły i motywacji do działania, aby też zrobić coś własnego. Wtedy pisałem pierwszy album U.K.Ć. i czułem się jakbym po 30 wydanych płytach znów miał zostać debiutantem. Byłem jednocześnie przerażony i potwornie ciekawy tego, co ma nadejść. Wahaniom nie było końca, a Maciej stał się jedną z motywacyjnych inspiracji. Miałem wrażenie, że kierowały nami te same emocje i artystyczne potrzeby, choć ubieramy je w zupełnie inną muzyczną estetykę.
Wspomniany „The Orchid” długo towarzyszył mi podczas jesiennych poranków (jestem tym ewenementem, który muzyki najbardziej lubi słuchać rano, na wypoczęte ucho). Teraz, z perspektywy czasu zastanawiam się czy słuchałem jej dlatego, że tak mi się podobała, czy dlatego, że stała się jakby kierunkowskazem moich działań. „Marianna” , czyli drugi album tria, urzekł mnie trochę mniej. Odrobinę za dużo w nim było jak dla mnie tego poszarpanego jazzowego groovu, a trochę za mało leniwych, subtelnych, wręcz rozlewających się muzycznych pejzaży, które Maciej z zespołem potrafi podać z niebywałą klasą.
Nie traktujcie Państwo tego wpisu jak standardowej recenzji płyty. Chciałbym raczej odnieść się do czynnika emocjonalnego, niż do chłodnej analizy. Muzyka zawarta na „Damion” to kolejna podróż, która nienachalnie zaprasza na wspólną wyprawę. W pełni instrumentalny charakter wszystkich solowych płyt Maćka, to nie jest przekaz podany w pośpiechu na tacy. Za każdym razem, gdy włączam sobie niezobowiązująco tę płytę po chwili łapię się na tym, że już jestem w podróży - spokojnej, rozmarzonej, sporadycznie wyboistej, ale ciągle pięknej.
Podziwiam Maćka za odwagę i umiejętność kierowania się sercem, a nie portfelem. On, w przeciwieństwie do mnie, stanął niejednokrotnie obiema nogami w tak zwanym polskim mainstreamie, ale na własne życzenie wydrapał się z niego, aby oddać się w pełni swoim muzycznym uczuciom. Myślę, że jego solowe płyty nie są przesadnymi hitami sprzedażowymi i raczej trafiają do ścisłego, żeby nie powiedzieć wąskiego, grona odbiorców, a on mimo wszystko realizuje je z troską o każdy detal i dostarcza ZAWSZE perfekcyjnie przygotowany produkt.
Czy będzie to moja płyta roku? Pewnie nie, bo muzycznie serce gra mi nieco inaczej. Jest to natomiast pozycja inspirująca i ważna z kilku prostych powodów. Maciej staje w opozycji względem taniości, działania na szybko, z gwarantowanym efektem. Ukazuje swoją muzykę i wszystko dookoła niej, jako sztukę przez duże S, bez kalkulacji, bez wciskania się w ramy oczekiwań odbiorców, często umyślnie ryzykując. Tworzy kolejny album, który gra jego sercem i duszą i dlatego nie potrafię przejść obok niej obojętnie.
Komentarze (0)
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje








