DIE SPITZ - "Something to Consume" (2025)
Autor: Fabian Filiks
Data dodania: 22-07-2026
Wyświetleń: 246

DIE SPITZ – „Something to Consume” (2025)
Third Man Records
Często nie potrafię wyjść z podziwu, z jaką łatwością i nonszalancją Amerykanie sprawiają, że rzeczy pozornie niekompatybilne dobrze ze sobą współgrają. Nieważne, czy słucham Ov Sulfur, Castle Rat czy ostatnio Astral Alchemy – za każdym razem zaskakuje mnie ich eklektyczne podejście. Najciekawsze jest to, że te jankeskie gatunkowe kogle-mogle brzmią bardzo naturalnie. Jak gdyby oni naprawdę mieli w sobie te wszystkie dźwięki i tworzyli na ich podstawie coś frapującego.
Nie inaczej jest w przypadku pochodzącego z Austin w Teksasie kwartetu Die Spitz, na którego zeszłoroczny debiut „Something to Consume” trafiłem, oczywiście, przypadkiem. To młody zespół, nawiązujący trochę do zespołów z ruchu riot grrl z lat 90-tych, ale z własnym pomysłem na granie. Singlowy „Throw Yourself to the Sword” uderzył mnie swoją bezpretensjonalnością. Chwytliwy, mięsisty thrasho-sludge’owy riff w stylu High on Fire i punkowe wokale Ellie Livingston obezwładniają słuchacza od pierwszych taktów. Zaraz po nim do pieca dokłada Ava Schrobilgen w numerze „American Porn” . Słychać w nim inspiracje Hole czy L7 (kto nie zna numeru „Pretend We’re Dead” z wydanej w 1992 roku płyty „Bricks are Heavy” ?). W „Riding With My Girls” Ellie znowu staje za mikrofonem a zespół serwuje nam numer, który może kojarzyć się z dokonaniami Motörhead (!).
Z każdym kolejnym odsłuchem znajdziemy tu jeszcze więcej nawiązań czy też zapożyczeń (posłuchajcie „Red40” czy „Down on It” to będziecie wiedzieć, o czym mówię). Dziewczyny robią to jednak bardzo inteligentnie. Mają swój pomysł na granie. Co ciekawe, są też w pewnym stopniu „wymienne” i dość demokratycznie podchodzą do gry w swoim zespole. W różnych utworach zamieniają się rolami. Dzięki temu mamy różne frontmanki prezentujące inne wrażliwości. Zabieg ciekawy i dość ryzykowny, choć tu, o dziwo, się broni.
Utwory na ich debiucie są mocno zróżnicowane. Oprócz solidnej „rąbanki” mamy tu piosenki bardziej „refleksyjne” (jeśli tak to można nazwać) jak np. „Sound to No One” czy szczególnie „Go Get Dressed” . Poprzeplatane między sieką fajnie urozmaicają te lekko ponad trzydzieści minut muzyki. Na uwagę zasługuje też świetna produkcja za którą odpowiada nagrodzony Grammy Will Yip (Lauren Hill, Panic! at the Disco). Udało mu się zachować punk-rockowy pazur stanowiący serce muzyki Die Spitz przy jednoczesnym „urynkowieniu” tego brzmienia, co, patrząc na to jak zespół rośnie z miesiąca na miesiąc, przyniosło świetne rezultaty.
Czy Die Spitz na dłużej „zawojuje” scenę niezależną? Może za wcześnie na takie pytania ale wydaje się, że mają ku temu wszelkie predyspozycje. Ich debiutancka płyta „Something to Consume” to materiał, wobec którego trudno przejść obojętnie. Jeśli szukacie czegoś naprawdę świeżego powinniście się z nim koniecznie zapoznać.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje

DIE SPITZ – „Something to Consume” (2025)
Third Man Records
Często nie potrafię wyjść z podziwu, z jaką łatwością i nonszalancją Amerykanie sprawiają, że rzeczy pozornie niekompatybilne dobrze ze sobą współgrają. Nieważne, czy słucham Ov Sulfur, Castle Rat czy ostatnio Astral Alchemy – za każdym razem zaskakuje mnie ich eklektyczne podejście. Najciekawsze jest to, że te jankeskie gatunkowe kogle-mogle brzmią bardzo naturalnie. Jak gdyby oni naprawdę mieli w sobie te wszystkie dźwięki i tworzyli na ich podstawie coś frapującego.
Nie inaczej jest w przypadku pochodzącego z Austin w Teksasie kwartetu Die Spitz, na którego zeszłoroczny debiut „Something to Consume” trafiłem, oczywiście, przypadkiem. To młody zespół, nawiązujący trochę do zespołów z ruchu riot grrl z lat 90-tych, ale z własnym pomysłem na granie. Singlowy „Throw Yourself to the Sword” uderzył mnie swoją bezpretensjonalnością. Chwytliwy, mięsisty thrasho-sludge’owy riff w stylu High on Fire i punkowe wokale Ellie Livingston obezwładniają słuchacza od pierwszych taktów. Zaraz po nim do pieca dokłada Ava Schrobilgen w numerze „American Porn” . Słychać w nim inspiracje Hole czy L7 (kto nie zna numeru „Pretend We’re Dead” z wydanej w 1992 roku płyty „Bricks are Heavy” ?). W „Riding With My Girls” Ellie znowu staje za mikrofonem a zespół serwuje nam numer, który może kojarzyć się z dokonaniami Motörhead (!).
Z każdym kolejnym odsłuchem znajdziemy tu jeszcze więcej nawiązań czy też zapożyczeń (posłuchajcie „Red40” czy „Down on It” to będziecie wiedzieć, o czym mówię). Dziewczyny robią to jednak bardzo inteligentnie. Mają swój pomysł na granie. Co ciekawe, są też w pewnym stopniu „wymienne” i dość demokratycznie podchodzą do gry w swoim zespole. W różnych utworach zamieniają się rolami. Dzięki temu mamy różne frontmanki prezentujące inne wrażliwości. Zabieg ciekawy i dość ryzykowny, choć tu, o dziwo, się broni.
Utwory na ich debiucie są mocno zróżnicowane. Oprócz solidnej „rąbanki” mamy tu piosenki bardziej „refleksyjne” (jeśli tak to można nazwać) jak np. „Sound to No One” czy szczególnie „Go Get Dressed” . Poprzeplatane między sieką fajnie urozmaicają te lekko ponad trzydzieści minut muzyki. Na uwagę zasługuje też świetna produkcja za którą odpowiada nagrodzony Grammy Will Yip (Lauren Hill, Panic! at the Disco). Udało mu się zachować punk-rockowy pazur stanowiący serce muzyki Die Spitz przy jednoczesnym „urynkowieniu” tego brzmienia, co, patrząc na to jak zespół rośnie z miesiąca na miesiąc, przyniosło świetne rezultaty.
Czy Die Spitz na dłużej „zawojuje” scenę niezależną? Może za wcześnie na takie pytania ale wydaje się, że mają ku temu wszelkie predyspozycje. Ich debiutancka płyta „Something to Consume” to materiał, wobec którego trudno przejść obojętnie. Jeśli szukacie czegoś naprawdę świeżego powinniście się z nim koniecznie zapoznać.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje









