EVERGREY - "Architects of a New Weave" (2026)
Autor: Łukasz Sarnacki
Data dodania: 27-06-2026
Wyświetleń: 270

EVERGREY - "Architects of a New Weave" (2026)
Napalm Records
EVERGREY rozpieszcza fanów tak regularnie, że aż chciałoby się trochę bardziej zatęsknić za jakimiś nowymi dźwiękami. Wydana dwa lata temu „Theories Of Emptiness” była tak dobra, że wciąż mam wrażenie, że jest świeża, a kurz, który uniósł się po jej premierze, ciągle jeszcze nie opadł.
W obozie moich szwedzkich ulubieńców nie było ostatnio przestrzeni na nudę. W zespole doszło do dwóch znaczących zmian kadrowych i można było mieć obawy, że spowoduje to dłuższy zastój. Ale jednak nie. Zarówno Jonas Ekdahl jak i Henrik Danhage byli w moim odczuciu bardzo istotnymi elementami brzmieniowej układanki EVERGREY. Jesienią 2025 miałem okazję zobaczyć ich w warszawskiej Progresji - już z nowymi ludźmi w składzie - i muszę przyznać, że udało im się znaleźć muzyków, którzy brzmieniowo perfekcyjnie załatali dziury pozostawione przez poprzedników. Nowy bębniarz - Simen Sandnes idzie jakby o krok dalej i gra trochę inaczej, intensywniej, bardziej progresywnie niż rockowo, ale ma jeden bezsprzeczny atut - wie gdzie jest granica i nawet, gdy się nieco do niej zbliża, to po chwili robi sprytny unik. Coś, czego nie mogę powiedzieć o zjawiskowo wybitnym młodzieńcu Waltteri Vayrynen, który skaleczył ostatni album OPETH do tego stopnia, że zwyczajnie nie daję rady go słuchać. Godnym podkreślenia jest też występ Johann’a Niemann’a na tym albumie, bo nie dość, że jak zwykle nagrał partie basu, to okazał się też fantastycznym gitarzystą solowym wycinając kilka rozbrajających popisów gitarowych. Brawo!
Nadspodziewanie szybko napisany, nagrany, wyprodukowany i wydany „Architects Of A New Weave” to już 15 album w dyskografii Szwedów, i tak jak każdy poprzedni, ten też wywołał we mnie poczucie radości. Lubię sposób, w jaki ten zespół dobiera sobie środki wyrazu artystycznego. Dobrze mi tu grają aranżacje, dynamika, emocje, groove. Lubię też ten chwytliwy piosenkowy sznyt, i tak też, z dużą radochą, wszedłem w ten album.
Otwierający „The Shadow Self” to utwór, który ma w sobie wszystko to, co w tym zespole najlepsze. EVERGREY w pigułce - mocny, przebojowy, szlachetny i porywający. Podobne wrażenia utrzymują się przez większość pierwszej połowy albumu. I wtedy wjeżdża pierwszy potworek „Heaven” , z którym pobieżnie zapoznałem się podczas występu Szwedów na tegorocznym MYSTIC FESTIVAL. Nie spodobał mi się w wersji live i na płycie wciąż mi się nie podoba. EVERGREY nie jest zespołem, który stroni od hiciarskich rozwiązań. Zawsze jednak udawało im się wychodzić z nich obronną ręką. Tym razem nie do końca się jednak udało i choć utwór sam w sobie jest niezły, to odpycha niespecjalnie udanym refrenem. Potem na chwilę robi się znów fajnie na „The Script” i kiedy udaje mi się już zapomnieć o mieszanych odczuciach jakie chwilę wcześniej wywołał we mnie poprzedni utwór, pojawia się „Leaving The Emptiness” - piosenka żart, który nie bawi mnie wcale. No serio, nie rozumiem, po co to coś się znalazło na tym albumie. Nie rozumiem też, po co stało się singlem i po co nakręcono do niego radosny hehe-klip, który sprawia, że po raz pierwszy w mojej ponad 20 letniej miłości do EVERGREY poczułem coś, co można trafnie określić słowem „cringe”. Okropny utwór, o którym chciałbym jakoś zapomnieć, ale zespół nie za bardzo na to pozwala i wydaje się być z niego dumny, bo na bonusowym krążku pojawia się jeszcze raz - w wersji instrumentalnej. Uch…
Druga część płyty, choć z bardzo fajnymi momentami - „Longing” czy szlachetnie przebojowym „A Burning Flame” - dostarcza jeszcze jedną zadrę - „Chains Of Shame” . Nie wiem co to za głupia moda na te chóralne zaśpiewy jakby wyjęte z amerykańskiego radiowego rocka, ale ja bardzo tego nie lubię i mam na to uczulenie. Najpierw MACHINE HEAD (na samą myśl zaczynają mi nerwowo zgrzytać zęby), a teraz EVERGREY. Nie cieszę się wcale z tego, czego tu doczekałem…
Jako ultras kupiłem oczywiście wersję rozszerzoną z bonusowym krążkiem, na którym są 3 utwory, które nie znalazły się w standardowym programie płyty. No i niech mnie kuźwa kule biją, ale te 3 utwory, gdyby zastąpiły te pokraczne hiciorki z krążka nr 1, to dostalibyśmy klasowy krążek EVERGREY, o którym bym nie wydukał złego słowa. Sięgający emocjonalnych wyżyn „Heights” , genialny „Oxygen!” , który już w formie singla poskładał mnie w kosteczkę w listopadzie 2025 (nie potrafię pojąć, dlaczego nie znalazł się na płycie) oraz wyszarpany z puli bonusów z poprzedniej płyty, hiciarski, ale dostojny „One Heart” to utwory, które zostały skrzywdzone tym, że zostały uznane za odrzuty. Nie rozumiem…
Obiektywnie jest to dobry album, który momentami się jakby pomylił i skręcił nie tam gdzie trzeba. Wiadomo, każdy zespół musi kierować się instynktem, musi poszukiwać, eksplorować tereny wcześniej obserwowane z bezpiecznej odległości, ale jak dla mnie, te rozwiązania wydają się wyjątkowo nietrafione. Nie wiem, może potrzebuję nieco dłuższej przerwy od nowinek EVERGREY. Lata temu, po wydaniu „Torn” (2008) czułem bardzo podobny przesyt. Zaowocowało to kilkuletnim rozbratem ze wszystkim, co EVERGREY wydawał aż do „The Heartless Portrait” (2022). Potem oczywiście było nadganiane już z dużo większą satysfakcją. I teraz chyba historia się powtarza.
Na pewno znacie Państwo uczucie przejedzenia ulubioną potrawą. Gdy za często będziemy wtłaczać ulubione danie, po jakimś czasie wyjdzie nam bokiem, i nie jest ważne, jak pyszne by nie było. I tak się właśnie czuję słuchając „Architects Of A New Weave”. To niezła płyta pełna doskonałych kompozycji, ale chyba wolałbym na nią trochę dłużej poczekać.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje

EVERGREY - "Architects of a New Weave" (2026)
Napalm Records
EVERGREY rozpieszcza fanów tak regularnie, że aż chciałoby się trochę bardziej zatęsknić za jakimiś nowymi dźwiękami. Wydana dwa lata temu „Theories Of Emptiness” była tak dobra, że wciąż mam wrażenie, że jest świeża, a kurz, który uniósł się po jej premierze, ciągle jeszcze nie opadł.
W obozie moich szwedzkich ulubieńców nie było ostatnio przestrzeni na nudę. W zespole doszło do dwóch znaczących zmian kadrowych i można było mieć obawy, że spowoduje to dłuższy zastój. Ale jednak nie. Zarówno Jonas Ekdahl jak i Henrik Danhage byli w moim odczuciu bardzo istotnymi elementami brzmieniowej układanki EVERGREY. Jesienią 2025 miałem okazję zobaczyć ich w warszawskiej Progresji - już z nowymi ludźmi w składzie - i muszę przyznać, że udało im się znaleźć muzyków, którzy brzmieniowo perfekcyjnie załatali dziury pozostawione przez poprzedników. Nowy bębniarz - Simen Sandnes idzie jakby o krok dalej i gra trochę inaczej, intensywniej, bardziej progresywnie niż rockowo, ale ma jeden bezsprzeczny atut - wie gdzie jest granica i nawet, gdy się nieco do niej zbliża, to po chwili robi sprytny unik. Coś, czego nie mogę powiedzieć o zjawiskowo wybitnym młodzieńcu Waltteri Vayrynen, który skaleczył ostatni album OPETH do tego stopnia, że zwyczajnie nie daję rady go słuchać. Godnym podkreślenia jest też występ Johann’a Niemann’a na tym albumie, bo nie dość, że jak zwykle nagrał partie basu, to okazał się też fantastycznym gitarzystą solowym wycinając kilka rozbrajających popisów gitarowych. Brawo!
Nadspodziewanie szybko napisany, nagrany, wyprodukowany i wydany „Architects Of A New Weave” to już 15 album w dyskografii Szwedów, i tak jak każdy poprzedni, ten też wywołał we mnie poczucie radości. Lubię sposób, w jaki ten zespół dobiera sobie środki wyrazu artystycznego. Dobrze mi tu grają aranżacje, dynamika, emocje, groove. Lubię też ten chwytliwy piosenkowy sznyt, i tak też, z dużą radochą, wszedłem w ten album.
Otwierający „The Shadow Self” to utwór, który ma w sobie wszystko to, co w tym zespole najlepsze. EVERGREY w pigułce - mocny, przebojowy, szlachetny i porywający. Podobne wrażenia utrzymują się przez większość pierwszej połowy albumu. I wtedy wjeżdża pierwszy potworek „Heaven” , z którym pobieżnie zapoznałem się podczas występu Szwedów na tegorocznym MYSTIC FESTIVAL. Nie spodobał mi się w wersji live i na płycie wciąż mi się nie podoba. EVERGREY nie jest zespołem, który stroni od hiciarskich rozwiązań. Zawsze jednak udawało im się wychodzić z nich obronną ręką. Tym razem nie do końca się jednak udało i choć utwór sam w sobie jest niezły, to odpycha niespecjalnie udanym refrenem. Potem na chwilę robi się znów fajnie na „The Script” i kiedy udaje mi się już zapomnieć o mieszanych odczuciach jakie chwilę wcześniej wywołał we mnie poprzedni utwór, pojawia się „Leaving The Emptiness” - piosenka żart, który nie bawi mnie wcale. No serio, nie rozumiem, po co to coś się znalazło na tym albumie. Nie rozumiem też, po co stało się singlem i po co nakręcono do niego radosny hehe-klip, który sprawia, że po raz pierwszy w mojej ponad 20 letniej miłości do EVERGREY poczułem coś, co można trafnie określić słowem „cringe”. Okropny utwór, o którym chciałbym jakoś zapomnieć, ale zespół nie za bardzo na to pozwala i wydaje się być z niego dumny, bo na bonusowym krążku pojawia się jeszcze raz - w wersji instrumentalnej. Uch…
Druga część płyty, choć z bardzo fajnymi momentami - „Longing” czy szlachetnie przebojowym „A Burning Flame” - dostarcza jeszcze jedną zadrę - „Chains Of Shame” . Nie wiem co to za głupia moda na te chóralne zaśpiewy jakby wyjęte z amerykańskiego radiowego rocka, ale ja bardzo tego nie lubię i mam na to uczulenie. Najpierw MACHINE HEAD (na samą myśl zaczynają mi nerwowo zgrzytać zęby), a teraz EVERGREY. Nie cieszę się wcale z tego, czego tu doczekałem…
Jako ultras kupiłem oczywiście wersję rozszerzoną z bonusowym krążkiem, na którym są 3 utwory, które nie znalazły się w standardowym programie płyty. No i niech mnie kuźwa kule biją, ale te 3 utwory, gdyby zastąpiły te pokraczne hiciorki z krążka nr 1, to dostalibyśmy klasowy krążek EVERGREY, o którym bym nie wydukał złego słowa. Sięgający emocjonalnych wyżyn „Heights” , genialny „Oxygen!” , który już w formie singla poskładał mnie w kosteczkę w listopadzie 2025 (nie potrafię pojąć, dlaczego nie znalazł się na płycie) oraz wyszarpany z puli bonusów z poprzedniej płyty, hiciarski, ale dostojny „One Heart” to utwory, które zostały skrzywdzone tym, że zostały uznane za odrzuty. Nie rozumiem…
Obiektywnie jest to dobry album, który momentami się jakby pomylił i skręcił nie tam gdzie trzeba. Wiadomo, każdy zespół musi kierować się instynktem, musi poszukiwać, eksplorować tereny wcześniej obserwowane z bezpiecznej odległości, ale jak dla mnie, te rozwiązania wydają się wyjątkowo nietrafione. Nie wiem, może potrzebuję nieco dłuższej przerwy od nowinek EVERGREY. Lata temu, po wydaniu „Torn” (2008) czułem bardzo podobny przesyt. Zaowocowało to kilkuletnim rozbratem ze wszystkim, co EVERGREY wydawał aż do „The Heartless Portrait” (2022). Potem oczywiście było nadganiane już z dużo większą satysfakcją. I teraz chyba historia się powtarza.
Na pewno znacie Państwo uczucie przejedzenia ulubioną potrawą. Gdy za często będziemy wtłaczać ulubione danie, po jakimś czasie wyjdzie nam bokiem, i nie jest ważne, jak pyszne by nie było. I tak się właśnie czuję słuchając „Architects Of A New Weave”. To niezła płyta pełna doskonałych kompozycji, ale chyba wolałbym na nią trochę dłużej poczekać.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje









