MORK - "Monolitt" (2026)
Autor: Fabian Filiks
Data dodania: 14-07-2026
Wyświetleń: 777

MORK - "Monolitt" (2026)
Peaceville Records
Nie chcę tu prawić „prawdziwkowych” kazań, wolałbym nie być gościem typu „old man yelling at cloud” ale odczuwam przesyt wysypem nowych zespołów i płyt spod szyldu „black metal”. Rozwodnione riffy, udawana „atmosferyczność”, udawane growle, ugrzeczniony wizerunek i rzekomo zaangażowane społecznie teksty (sic!) skutecznie odrzucają mnie od wielu płyt klasyfikowanych w tym gatunku. Odnoszę wrażenie, że w ostatnich latach black metal stał się pojęciem tak pojemnym (o zgrozo), że podpina się pod niego obecnie każdą płytę nagraną przez jakieś wychowane w dobrobycie emo-dzieciaki, które wpadły na pomysł, żeby „pobawić się zapałkami”. Oczywiście w bezpieczny sposób. Tak, żeby ani siebie ani nikogo innego nie poparzyć…
Na szczęście, wśród tej osobliwej menażerii zdarzają się zespoły, przesiąknięte duchem (?) i tym czymś nienazwanym stanowiącym istotę black metalu. Zespoły, które konsekwentnie budują swoją pozycję na scenie wbrew modom i trendom. I takim zespołem jest Mork. Projekt Thomasa Eriksena od dwudziestu lat podąża swoją drogą. Nie odcina kuponów. Nie stara się nikomu przypodobać. Robi konsekwentnie swoje, czego dowodem jest dyskografia złożona z solidnych pozycji. W ubiegłym miesiącu Mork uraczył nas następcą świetnie przyjętego „Syv” . Płytą godną swojego tytułu i dowodem na to, że mimo pewnych ograniczeń gatunkowych wciąż można nagrywać świetne black metalowe płyty. Bo taką płytą jest „Monolitt” .
Dziewięć utworów w ciągu trzech kwadransów nie wpada jednym uchem a wypada drugim. To kompozycje, które zostają ze słuchaczem na dłużej. Już od pierwszych taktów „Under vekten av verden” wiemy, że mamy do czynienia z norweskim black metalem wysokiej próby. Nie ma tu może szaleństwa i przypadkowości, którą Mayhem czy Satyricon zaskakiwali swoich słuchaczy w latach 90-tych. Echa ich muzyki są obecne w Mork, ale to tylko echa. Eriksen ma swoje pomysły na granie i na „Monolitt” możecie się przekonać, że są to pomysły całkiem niezłe. Weźmy taki „Jutul” . Jeśli to nie jest dowód na kreatywność Mork to nie wiem, co jest. W trzeciej minucie sieka zmienia się w coś bardziej „uduchowionego” nie rezygnując tym samym z jakiejś agresywności w graniu. Robi to piorunujące wrażenie. A wcześniej? Singlowe „Ødelagt” i „Torden” są od siebie tak różne a jednak doskonale się uzupełniają w programie płyty. Agresja tego pierwszego kontrastuje z wyważonym tonem drugiego cały czas utrzymując zainteresowanie słuchacza. Chwytliwy „Martyr” przywołujący skojarzenia z dokonaniami Satyra i spółki oraz przestrzenny „Inn i en annen saere” walczą dzielnie o naszą uwagę. Znowuż „Skrømt” i zamykający płytę „Utryddelse” stanowią żywe dowody na to jak powinno się grać tego typu muzykę.
Celowo wyciągnąłem poza nawias numer „Ferdamann” (pol. wędrowiec), który uważam za najlepszy na „Monolitt”. Podniosły, ale nieprzesadzony, pełen odniesień do norweskiego dziedzictwa i tożsamości. Prawdziwy black metalowy hymn. Z jakiegoś powodu przy każdym odsłuchu wywołuje u mnie ciary. Muzycznie „Ferdamann” zaskakuje nieco przewidywalną, „piosenkową” strukturą, ale nie jest to dla mnie zarzut. Tu wszystko się zgadza. Nawet to celowe opóźnienie na początku numeru, wybijające nieco już na starcie (zobaczcie teledysk to zrozumiecie o co mi chodzi), robi świetną robotę i trzyma mnie za gardło aż do ostatnich taktów…
Naturalne, „zimne”, ale i bogate brzmienie, które wykręcili kolektywnie Finstad, Control i Appelbaum idealnie pasuje do muzyki nagranej na „Monolitt” . Nie ma tu specjalnych wygibasów. Nie ma też wrażenia, że zespół nagrał rzeczy, których nie potrafiłby zagrać na żywo (co jest obecnie zmorą w czasach digital recordingu). Tu wszystko siedzi tak jak powinno i robi wrażenie swoją bezpretensjonalnością.
Myślę, że sporo młodych, black metalowych muzyków mogłaby spokojnie zapisać się na korepetycje u Eriksena. Jego Mork po raz kolejny udowodnił, że jest wartościowym acz chyba wciąż niedocenianym zespołem. Może Peaceville pomoże im dotrzeć do szerszej publiczności? Niezależnie od tego uważam, że ósma płyta w dorobku Norwegów powinna pojawić się w podsumowaniach za rok 2026. To świetna propozycja dla tych, którzy szukają „więcej black metalu w black metalu”. Dlatego też musicie ją sprawdzić. Koniecznie!
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje

MORK - "Monolitt" (2026)
Peaceville Records
Nie chcę tu prawić „prawdziwkowych” kazań, wolałbym nie być gościem typu „old man yelling at cloud” ale odczuwam przesyt wysypem nowych zespołów i płyt spod szyldu „black metal”. Rozwodnione riffy, udawana „atmosferyczność”, udawane growle, ugrzeczniony wizerunek i rzekomo zaangażowane społecznie teksty (sic!) skutecznie odrzucają mnie od wielu płyt klasyfikowanych w tym gatunku. Odnoszę wrażenie, że w ostatnich latach black metal stał się pojęciem tak pojemnym (o zgrozo), że podpina się pod niego obecnie każdą płytę nagraną przez jakieś wychowane w dobrobycie emo-dzieciaki, które wpadły na pomysł, żeby „pobawić się zapałkami”. Oczywiście w bezpieczny sposób. Tak, żeby ani siebie ani nikogo innego nie poparzyć…
Na szczęście, wśród tej osobliwej menażerii zdarzają się zespoły, przesiąknięte duchem (?) i tym czymś nienazwanym stanowiącym istotę black metalu. Zespoły, które konsekwentnie budują swoją pozycję na scenie wbrew modom i trendom. I takim zespołem jest Mork. Projekt Thomasa Eriksena od dwudziestu lat podąża swoją drogą. Nie odcina kuponów. Nie stara się nikomu przypodobać. Robi konsekwentnie swoje, czego dowodem jest dyskografia złożona z solidnych pozycji. W ubiegłym miesiącu Mork uraczył nas następcą świetnie przyjętego „Syv” . Płytą godną swojego tytułu i dowodem na to, że mimo pewnych ograniczeń gatunkowych wciąż można nagrywać świetne black metalowe płyty. Bo taką płytą jest „Monolitt” .
Dziewięć utworów w ciągu trzech kwadransów nie wpada jednym uchem a wypada drugim. To kompozycje, które zostają ze słuchaczem na dłużej. Już od pierwszych taktów „Under vekten av verden” wiemy, że mamy do czynienia z norweskim black metalem wysokiej próby. Nie ma tu może szaleństwa i przypadkowości, którą Mayhem czy Satyricon zaskakiwali swoich słuchaczy w latach 90-tych. Echa ich muzyki są obecne w Mork, ale to tylko echa. Eriksen ma swoje pomysły na granie i na „Monolitt” możecie się przekonać, że są to pomysły całkiem niezłe. Weźmy taki „Jutul” . Jeśli to nie jest dowód na kreatywność Mork to nie wiem, co jest. W trzeciej minucie sieka zmienia się w coś bardziej „uduchowionego” nie rezygnując tym samym z jakiejś agresywności w graniu. Robi to piorunujące wrażenie. A wcześniej? Singlowe „Ødelagt” i „Torden” są od siebie tak różne a jednak doskonale się uzupełniają w programie płyty. Agresja tego pierwszego kontrastuje z wyważonym tonem drugiego cały czas utrzymując zainteresowanie słuchacza. Chwytliwy „Martyr” przywołujący skojarzenia z dokonaniami Satyra i spółki oraz przestrzenny „Inn i en annen saere” walczą dzielnie o naszą uwagę. Znowuż „Skrømt” i zamykający płytę „Utryddelse” stanowią żywe dowody na to jak powinno się grać tego typu muzykę.
Celowo wyciągnąłem poza nawias numer „Ferdamann” (pol. wędrowiec), który uważam za najlepszy na „Monolitt”. Podniosły, ale nieprzesadzony, pełen odniesień do norweskiego dziedzictwa i tożsamości. Prawdziwy black metalowy hymn. Z jakiegoś powodu przy każdym odsłuchu wywołuje u mnie ciary. Muzycznie „Ferdamann” zaskakuje nieco przewidywalną, „piosenkową” strukturą, ale nie jest to dla mnie zarzut. Tu wszystko się zgadza. Nawet to celowe opóźnienie na początku numeru, wybijające nieco już na starcie (zobaczcie teledysk to zrozumiecie o co mi chodzi), robi świetną robotę i trzyma mnie za gardło aż do ostatnich taktów…
Naturalne, „zimne”, ale i bogate brzmienie, które wykręcili kolektywnie Finstad, Control i Appelbaum idealnie pasuje do muzyki nagranej na „Monolitt” . Nie ma tu specjalnych wygibasów. Nie ma też wrażenia, że zespół nagrał rzeczy, których nie potrafiłby zagrać na żywo (co jest obecnie zmorą w czasach digital recordingu). Tu wszystko siedzi tak jak powinno i robi wrażenie swoją bezpretensjonalnością.
Myślę, że sporo młodych, black metalowych muzyków mogłaby spokojnie zapisać się na korepetycje u Eriksena. Jego Mork po raz kolejny udowodnił, że jest wartościowym acz chyba wciąż niedocenianym zespołem. Może Peaceville pomoże im dotrzeć do szerszej publiczności? Niezależnie od tego uważam, że ósma płyta w dorobku Norwegów powinna pojawić się w podsumowaniach za rok 2026. To świetna propozycja dla tych, którzy szukają „więcej black metalu w black metalu”. Dlatego też musicie ją sprawdzić. Koniecznie!
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje








