VERDUN - "Abyssal Wound" (2026)
Autor: Wadim Filiks
Data dodania: 03-08-2026
Wyświetleń: 385

VERDUN – „Abyssal Womb” (2026)
Transcending Obscurity Records
Francuski zespół Verdun i ich najnowsze dziecko, niespełna czterdziestominutowy album Abyssal Womb , to jedna z tych premier, na którą trafia się zupełnie przez przypadek. Choć przyznam, że lipiec upłynął mi pod znakiem poszukiwania nowych wydawnictw muzycznych osadzonych w stylistyce sludge metalu, do czego przyczyniły się deszczowe i burzowe dni, których w tym miesiącu nie brakowało. Nieznośny ciężar gatunkowy, zwykle przyciągający mnie w okolicach końcówki jesieni, tego lata zadziałał ze zdwojoną siłą. Serwisy streamingowe podpowiadały różne twory, lecz to właśnie kwartet z Montpellier zachęcił mnie do napisania paru słów.
Fanom grupy przyszło czekać aż siedem lat na następcę Astral Sabbath (2019), albumu stanowiącego swoisty pomost pomiędzy debiutanckim The Eternal Drift's Canticles (2016) a Abyssal Womb (2026). Słuchając trzech krążków jeden po drugim można dostrzec ewolucję muzyczną grupy, która zaczynała od głębszych inspiracji stoner metalem, by następnie wejść w objęcia okraczonego doomowym brzmieniem ciężkiego sludge’u, a na koniec okrasić to wszystko czernią, co można zaszufladkować jako blackened sludge/doom metal. Dziś, szukając porównań do innych kapel pod kątem kompozycji, na myśl przychodzą mi amerykańskie ansamble Thou oraz Inter Arma, a może trochę też polski Obscure Sphinx.
Verdun kroczy jednak własną ścieżką. Nie wyznacza jakiegoś bardzo odkrywczego kierunku, za którym miałyby podążać masy młodych kapel. Cel jest zgoła inny. Ma być wolno, ciężko i gęsto, co da się wyczuć już od pierwszej sekundy otwierającego album numeru Funeral of the Cosmic Knight . Ten i następne utwory zbudowane są na elementach, które stanowiły jedynie dodatek do kompozycji umieszczonych na poprzednich albumach Francuzów.
Ciągnie to wszystko sekcja rytmiczna, tworząca podwaliny pod kolejne przejścia i zmiany – odpowiedzialny za bębny Géraud Jonquet i kostkujący na basie Florian Celdran robią naprawdę dobrą robotę, ułatwiając gitarze odnalezienie się w gąszczu wolniejszych i szybszych riffów, które przeplatają się i uzupełniają wzajemnie. Odpowiedzialny za elektryka Jay Pinelli bez większych przeszkód zmienia style, dając nawet chwilę oddechu w He Who Killed the Devil , gdzie brak klasycznej gitarowej solówki ustępuje miejsca pochodowi basowemu. Na szczycie, niczym Karol Wielki na tronie Franków i Longobardów, rozsiadł się David Sadok, którego gardłowe darcie trafia w sedno wypracowanej stylistyki, zarówno w języku angielskim, jak i francuskim.
Verdun niczego nie przeciąga. Jak na dzisiejsze standardy 39 minut muzyki to niewiele. Jednakże w tym czasie muzycy zmieścili wystarczająco dużo. Przeciąganie struny mogłoby doprowadzić do zmęczenia materiału, co zresztą da się zarzucić Francuzom pod koniec Abyssal Womb , gdzie kompozycja The Man Behind My Eyes zdaje się nieco odklejona od reszty płyty. Zamykający krążek Les Noces du Néant zaskakuje czystszym wokalem, co również może być mniej przekonujące w porównaniu do pierwszych pięciu kawałków z tej płyty.
Abyssal Womb grupy Verdun to propozycja warta uwagi. Przede wszystkim ze względu na brzmienie, na jakie zdecydowali się muzycy. Nie jest to bezmyślna mikstura złożona z inspiracji doomem, sludgem i blackiem, lecz wyważona i zharmonizowana kreatura, gdzie każda odnoga ma swoje określone zadanie i spełnia je z odpowiednim skutkiem.
Jeżeli kwartet z Montpellier pozostanie na obranym tu kursie, kolejne wydawnictwo w ich dyskografii ma spore szanse stać się ich opus magnum.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje

VERDUN – „Abyssal Womb” (2026)
Transcending Obscurity Records
Francuski zespół Verdun i ich najnowsze dziecko, niespełna czterdziestominutowy album Abyssal Womb , to jedna z tych premier, na którą trafia się zupełnie przez przypadek. Choć przyznam, że lipiec upłynął mi pod znakiem poszukiwania nowych wydawnictw muzycznych osadzonych w stylistyce sludge metalu, do czego przyczyniły się deszczowe i burzowe dni, których w tym miesiącu nie brakowało. Nieznośny ciężar gatunkowy, zwykle przyciągający mnie w okolicach końcówki jesieni, tego lata zadziałał ze zdwojoną siłą. Serwisy streamingowe podpowiadały różne twory, lecz to właśnie kwartet z Montpellier zachęcił mnie do napisania paru słów.
Fanom grupy przyszło czekać aż siedem lat na następcę Astral Sabbath (2019), albumu stanowiącego swoisty pomost pomiędzy debiutanckim The Eternal Drift's Canticles (2016) a Abyssal Womb (2026). Słuchając trzech krążków jeden po drugim można dostrzec ewolucję muzyczną grupy, która zaczynała od głębszych inspiracji stoner metalem, by następnie wejść w objęcia okraczonego doomowym brzmieniem ciężkiego sludge’u, a na koniec okrasić to wszystko czernią, co można zaszufladkować jako blackened sludge/doom metal. Dziś, szukając porównań do innych kapel pod kątem kompozycji, na myśl przychodzą mi amerykańskie ansamble Thou oraz Inter Arma, a może trochę też polski Obscure Sphinx.
Verdun kroczy jednak własną ścieżką. Nie wyznacza jakiegoś bardzo odkrywczego kierunku, za którym miałyby podążać masy młodych kapel. Cel jest zgoła inny. Ma być wolno, ciężko i gęsto, co da się wyczuć już od pierwszej sekundy otwierającego album numeru Funeral of the Cosmic Knight . Ten i następne utwory zbudowane są na elementach, które stanowiły jedynie dodatek do kompozycji umieszczonych na poprzednich albumach Francuzów.
Ciągnie to wszystko sekcja rytmiczna, tworząca podwaliny pod kolejne przejścia i zmiany – odpowiedzialny za bębny Géraud Jonquet i kostkujący na basie Florian Celdran robią naprawdę dobrą robotę, ułatwiając gitarze odnalezienie się w gąszczu wolniejszych i szybszych riffów, które przeplatają się i uzupełniają wzajemnie. Odpowiedzialny za elektryka Jay Pinelli bez większych przeszkód zmienia style, dając nawet chwilę oddechu w He Who Killed the Devil , gdzie brak klasycznej gitarowej solówki ustępuje miejsca pochodowi basowemu. Na szczycie, niczym Karol Wielki na tronie Franków i Longobardów, rozsiadł się David Sadok, którego gardłowe darcie trafia w sedno wypracowanej stylistyki, zarówno w języku angielskim, jak i francuskim.
Verdun niczego nie przeciąga. Jak na dzisiejsze standardy 39 minut muzyki to niewiele. Jednakże w tym czasie muzycy zmieścili wystarczająco dużo. Przeciąganie struny mogłoby doprowadzić do zmęczenia materiału, co zresztą da się zarzucić Francuzom pod koniec Abyssal Womb , gdzie kompozycja The Man Behind My Eyes zdaje się nieco odklejona od reszty płyty. Zamykający krążek Les Noces du Néant zaskakuje czystszym wokalem, co również może być mniej przekonujące w porównaniu do pierwszych pięciu kawałków z tej płyty.
Abyssal Womb grupy Verdun to propozycja warta uwagi. Przede wszystkim ze względu na brzmienie, na jakie zdecydowali się muzycy. Nie jest to bezmyślna mikstura złożona z inspiracji doomem, sludgem i blackiem, lecz wyważona i zharmonizowana kreatura, gdzie każda odnoga ma swoje określone zadanie i spełnia je z odpowiednim skutkiem.
Jeżeli kwartet z Montpellier pozostanie na obranym tu kursie, kolejne wydawnictwo w ich dyskografii ma spore szanse stać się ich opus magnum.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje









