LEFT TO DIE - "Initium Mortis" (2026)
Left to Die – „Initium Mortis” (2026)
Relapse Records
Najbardziej kontrowersyjna płyta tego roku? Wiele na to wskazuje, gdyż
Initium Mortis
zespołu Left to Die to album, który polaryzuje środowisko słuchaczy metalu, a w szczególności fanów twórczości kultowego Death, działającego w latach 1983-84 pod nazwą Mantas. To właśnie do wczesnych nagrań pod wodzą nieodżałowanego Chucka Schuldinera odwołuje się ansambl, który dałoby się oflagować mianem supergrupy. Dla jednych naruszanie świętości i bluźnierstwo, dla innych otwarta furtka do dalszych eksploracji jednej z kluczowych dla death metalu postaci. Pora spojrzeć na ten tribute album z dystansem i bez zbędnych emocji.
Zacznijmy od wprowadzenia na scenę kluczowych aktorów tego spektaklu. Za gitary odpowiedzialny jest Rick Rozz, jeden z założycieli Mantas i Death, grający z Schuldinerem w latach 1984-54 oraz 1987-89 (jego grę możemy usłyszeć m.in. na Leprosy). Na basie gra Terry Butler, który dołączył do Death po wydaniu wspomnianej płyty, a następnie brał udział w nagraniach
Spiritual Healing
i był członkiem kapeli od 1987 do 1990 roku. Drugim gitarzystą i jednocześnie wokalistą jest Matt Harvey, szerszej publiczności znany głównie z występów w Exhumed, Gruesome i Pounder. Za bębny odpowiada jego kolega z Gruesome, Gus Ríos, były pałkarz Malevolent Creation.
Cover bandów i tribute bandów Death świat metalu widział już sporo. Left to Die powstał w 2022 roku z tym samym zamysłem, co inne twory tego typu – by móc prezentować twórczość Schuldinera na żywo, ułatwiając kontakt ze spuścizną legendy młodszemu pokoleniu słuchaczy. Choć nagrania studyjnie początkowo nie wchodziły w rachubę, kwartet wziął na warsztat materiał wydany przed przełomowym dla Death pełnoprawnym debiutem
Scream Bloody Gore
z 1987 roku. Biblioteka nagrań z sesji i prób jest na tyle obszerna, że muzykom nie sprawiło trudności sięgnięcie po 10 kompozycji, jakich covery usłyszymy na
Initium Mortis
.
Płyta otwiera się w najlepszy możliwy sposób, a więc od pierwszej kompozycji z pierwszej demówki Death, a mianowicie
Legion of Doom
. Jest tu też
Power of Darkness
, a ostatni numer, tytułowy
Death by Metal
zamyka z kolei tegoroczny hołd. Są tu kawałki
Summoned to Die
,
Witch of Hell
,
Slaughterhouse
, a także instrumentalne
Zombie
z dema
Reign of Terror
. Z
Infernal Death
chłopaki wzięli się za
Archangel
. Przegląd twórczości Schuldinera sięga jeszcze głębiej w odmęty historii, obejmując nagrywane jeszcze pod nazwą Mantas kompozycje
Rise of Satan
i
Mantas
.
Ta dziesiątka to swoisty creme de la creme, który pozwala na nowo odkryć stare demówki
Death/Mantas
, Puryści kręcą nosem, krytykując tego typu zabiegi. Oryginalne nagrania traktują niczym relikwie i jest to w pełni usprawiedliwione. Idąc tym tropem, Left to Die można nazwać cynicznym skokiem na kasę, jakich nie brakuje dziś wśród twórców odwołujących się do nostalgii za minionymi dekadami. Wniosek nasuwa się tu jeden: jeżeli należysz do grupy die hard fanów Chucka Schuldinera, po prostu omijaj
Initium Mortis
szerokim łukiem.
Jeżeli jednak oczekujesz świeżego spojrzenia na materiał, który przed ponad czterdziestu laty nagrywany był w surowych warunkach, ten album powinien przypaść Ci do gustu. Członkowie Left to Die podchodzą do treści źródłowych z należytym szacunkiem, nie mącąc w strukturze utworów. Surowe brzmienie taśmy zastąpiono tutaj nowoczesną i dopieszczoną produkcją cyfrową. Na uwagę zasługują tu na pewno wokale Matta Harvey’a, którego głos zbliżony jest do stylu Chucka z pierwszych demówek Death, co słychać też na koncertach tego zespołu hołdującego legendzie. Technicznie „żre” to wszystko bardzo dobrze i rzuca nowe światło na poziom, jaki prekursorzy death metalu z Florydy osiągali już na swoich dziewiczych nagraniach.
Jednym z zastrzeżeń, jakie mam wobec tego krążka, jest jego długość: niespełna 27 minut. Oczywiście, zanim Chuck Schuldiner i Death zaczęli nagrywać ponad sześciominutowe numery, jak
Symbolic
czy
Spirit Crusher
, wiele kawałków nie przekraczało nawet trzech minut. Niemniej jednak zastanawia fakt pominięcia niektórych kompozycji z pierwszego etapu twórczości legendarnego zespołu, które wydłużyłyby
Initium Mortis
do standardowych 40 minut. Brak
Evil Dead
,
Beyond the Unholy Grave
czy
Corpse Grinder
to zastanawiający zabieg. Cóż, nie można mieć wszystkiego.
Niedosyt. Tak jednym wyrazem mógłbym podsumować moje wrażenia po kilku odsłuchach albumu z coverami Mantas i Death w wykonaniu Left to Die. To całkiem solidna propozycja skierowana głównie do okazjonalnych odbiorców wczesnej twórczości Chucka Schuldinera. Hołd, o jaki nikt nie prosił i nikt z wiernych fanów nie potrzebował. Z drugiej strony materiał pokazuje, że Amerykanie już w latach 1984-85 byli gotowi zawojować rynek metalowy – odświeżenie niektórych kompozycji z tego okresu tylko to udowadnia.
Gdy za robotę bierze się czwórka doświadczonych weteranów sceny, efekt końcowy zadowala. Nawet, jeśli negujesz podobne zabiegi, warto choć raz odpalić
Initium Mortis
, choćby dla samego porównania z materiałem źródłowym. Jeżeli w ten sposób oryginalne nagrania Death trafią do nowych odbiorców, tym bardziej należą się pochwały.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje








