Summer Dying Loud 2026 - Dzień 3 (Relacja)
Autor: Łukasz Sarnacki
Data dodania: 06-09-2026
Wyświetleń: 296

Summer Dying Loud 2026 - Dzień 3 (Relacja)
Aleksandrów Łódzki, 03-05.09.2026
Jak lunęło w piątek, tak w sobotę otrzymaliśmy pogodowy miszmasz - raz słońce, raz deszcz, do tego wiatr i częściej zimno, niż ciepło. To jednak nie zdołało zepsuć mi wrażeń i ostatni dzień SUMMER DYING LOUD rozpocząłem od szybkiego, rozruchowego rzutu uchem na CRYPTIC SHIFT (scena główna) i DROWNED IN SILVER (Krypta), które niejako były tłem dla kilku istotnych spotkań biznesowych, pamiątkowych zakupów oraz stały się schronieniem przed deszczem.

THY WORSHIPER był pierwszym istotnym punktem mojego sobotniego programu. Zainteresowanie podszyte sentymentem względem debiutanckiej płyty zderzyło mnie z zespołem grającym dość kiepsko i chaotycznie, ponadto obficie ubranym w folkowe szaty, co nie do końca trafia w moje preferencje. Irytował mnie niemal bez przerwy cykający tamburyn. A jak zagrali „Wśród Cieni i Mgieł” napompowany stukającą djembe to skutecznie zabrało mi element mocy, jaki bije z tego utworu z tej legendarnej już płyty. Choć szukam głębi w muzyce, to ta reprezentowana przez THY WORSHIPER nie za bardzo do mnie przemawia. Nie znam żadnej płyty wydanej po reaktywacji i chyba tak już zostanie.

FRONTSIDE wywołuje we mnie zawsze pozytywne emocje. Mam do nich słabość - i personalnie, i muzycznie. Teoretycznie to zupełnie nie moja estetyka, ale mają w sobie coś, co po prostu zawsze dobrze mi robi. Nie znajdę w moich muzycznych preferencjach drugiego podobnie grającego zespołu. FRONTSIDE zawsze trzyma równy, wysoki poziom wykonawczy, bawi się swoją muzyką i od ponad trzech dekad robi swoje, nie oglądając się na komentarze i skomlenie malkontentów. Jak widać, w tej konsekwencji jest metoda. Koncert jak zawsze świetny, z uśmiechem, choć w strugach deszczu. Widziałem ich pierwszy występ po zmianie wokalisty i przyznać trzeba, że Mollie, jako frontman się po prostu bardzo wyrobił. Widać gołym okiem, że dobrze się czuje w zespole.

Trudno nie zauważyć, że SUMMER DYING LOUD to impreza, która nie boi się wyzwań. Każdy dzień festiwalu dostarcza artystów topowych, znanych i sprawdzonych, ale też takich, którzy zaskakują czy otwierają oczy. JESU, choć jest zespołem ze szlachetnym rodowodem, był wczoraj tego typu atrakcją. Hipnotyczne dźwięki ubrane w skrajnie oszczędny automat perkusyjny rozlały się po płycie festiwalu leniwie niczym smoła. Dziwny to był koncert. Z jednej strony okropnie oszczędny, a z drugiej niezwykle wciągający.

Ile razy w swoich relacjach wspomniałem, że SUMMER DYING LOUD to festiwal odkryć? Pewnie przynajmniej kilka. No i proszę. Wizyta w Krypcie zamieniła mnie z gościa niemającego pojęcia o norweskim ÅRABROT w, może nie od razu fana, ale osobę silnie zainteresowaną. Orajuniu, jaki to był fajny występ. Co za prześwietna forma dark rock’n’rolla. I ta energia. Cios w nos z półobrotu!

Pozostanę na chwilę w temacie odkryć i zjawisk. DOOL to nazwa, która obijała mi się o oczy i uszy od lat, lecz znów zabrakło jakiegoś magicznego przyciągania, bo nie znałem ani sekundy muzyki. Do wczoraj. Zupełnie nie spodziewałem się takich wrażeń. Zwłaszcza, że wiem, iż nasz rodzimy TARABAN grał z nimi trasę po Europie, więc spodziewałem się czegoś bardziej nazwijmy to… skocznego. Świetne, emocjonalne granie z genialną/nym wokalistką/tą. Doprecyzowując - Raven van Dorst identyfikuje się, jako osoba niebinarna. Będzie słuchane w domu. I to tak bardzo bardzo!

Tak często jak wczoraj nie odwiedzałem Krypty nigdy. Wszystko przez temperaturę powietrza, a przestrzeń małej sceny okazała się doskonałym miejscem, aby zaznać nieco ciepła. No, więc, chcąc nie chcąc, trafiłem na koncert niemieckiego ROPE SECT i odetchnąłem z ulgą, bo wreszcie pojawiło się na festiwalu coś, co mi się nie podobało. Może muzycznie było to jeszcze jakieś, ale wokalnie strasznie męczące. Piosenkarz brzmiał jak z podrzędnego zespołu biorącego udział w przeglądzie talentów w gminnym domu kultury. Tak więc prawie wszystko się zgadzało, hehe, wszak sala MOSiRu to taka trochę przestrzeń „domokulturowa”. Na szczęście za chwilę czekał mnie metal. I to taki uważany za najprawdziwszy.

Moja relacja z thrash metalem jest taka jak z piłką nożną. Jak są mistrzostwa świata lub Europy to oglądam finał. Dlatego też, gdy tam gdzie akurat jestem gra thrashowa ekstraklasa, to idę z przyzwoitości i szacunku. Dobrze, że DESTRUCTION był ulokowany właśnie o takiej porze, bo publiczność już chyba potrzebowała lekkiego wstrząsu na rozbudzenie. Całkiem dobrze mi się tego słuchało i oglądało, choć momentami trochę nużyło te charakterystyczne thrashowe umpaumpa i riffy skrojone wg jednego schematu. Thrash nigdy nie był moją mocną stroną, ale rozumiem legendę i wyznawców takiej estetyki. Ja po prostu w muzyce szukam innych wrażeń.

Kolejna wizyta w Krypcie celem ogrzania się przywitała mnie koncertem zespołu SATURNALIA TEMPLE. Uh, gęste, ciężkie, wolne jak diabli. Dla mnie, aż za bardzo. Ciężko mi było wystać 15 minut.

Wróciłem na główną scenę na koncert mojej najważniejszej atrakcji wieczoru - NEVERMORE. Tego, że ten obecnie amerykańsko-turecki band jest w niebywałej formie, doświadczyłem już na BRUTAL ASSAULT, więc jedyne, co mnie mogło zaskoczyć to inna setlista. No i dostałem to! Znów zakręciła mi się łezka przy „The Heart Collector” i na łopatki ponownie rozwalił mnie Jack Cattoi - niezwykły młodzieniec z czerwoną gitarą. Wiele osób usilnie nie chciało uwierzyć w moc i sens powrotu NEVERMORE bez Warrel’a Dane, ale zespół zjeżdża świat wzdłuż i wszerz bezproblemowo przekonując niedowiarków. Pięknie to brzmiało i znów uświadomiło mnie w przekonaniu, że NEVERMORE, choć personalnie się dość znacznie zmienił, to wciąż jest jednym z najlepszych zespołów na świecie. Bardzo chciałbym usłyszeć kiedyś nową muzykę stworzoną w tym składzie. Przypuszczam, że potoczą się głowy.

Koncert dnia - NEVERMORE. Rozdane zostało bezlitośnie.
Odkrycie dnia - DOOL.
XVII edycja SUMMER DYING LOUD stała się historią. Kolejny raz ów festiwal stał się kolebką ściskających serce wzruszeń, spektakularnych odkryć, sentymentalnych podróży i niezapomnianych muzycznych wrażeń.
Czy wrócę za rok?
ZAWSZE!
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Koncerty

Summer Dying Loud 2026 - Dzień 3 (Relacja)
Aleksandrów Łódzki, 03-05.09.2026
Jak lunęło w piątek, tak w sobotę otrzymaliśmy pogodowy miszmasz - raz słońce, raz deszcz, do tego wiatr i częściej zimno, niż ciepło. To jednak nie zdołało zepsuć mi wrażeń i ostatni dzień SUMMER DYING LOUD rozpocząłem od szybkiego, rozruchowego rzutu uchem na CRYPTIC SHIFT (scena główna) i DROWNED IN SILVER (Krypta), które niejako były tłem dla kilku istotnych spotkań biznesowych, pamiątkowych zakupów oraz stały się schronieniem przed deszczem.

THY WORSHIPER był pierwszym istotnym punktem mojego sobotniego programu. Zainteresowanie podszyte sentymentem względem debiutanckiej płyty zderzyło mnie z zespołem grającym dość kiepsko i chaotycznie, ponadto obficie ubranym w folkowe szaty, co nie do końca trafia w moje preferencje. Irytował mnie niemal bez przerwy cykający tamburyn. A jak zagrali „Wśród Cieni i Mgieł” napompowany stukającą djembe to skutecznie zabrało mi element mocy, jaki bije z tego utworu z tej legendarnej już płyty. Choć szukam głębi w muzyce, to ta reprezentowana przez THY WORSHIPER nie za bardzo do mnie przemawia. Nie znam żadnej płyty wydanej po reaktywacji i chyba tak już zostanie.

FRONTSIDE wywołuje we mnie zawsze pozytywne emocje. Mam do nich słabość - i personalnie, i muzycznie. Teoretycznie to zupełnie nie moja estetyka, ale mają w sobie coś, co po prostu zawsze dobrze mi robi. Nie znajdę w moich muzycznych preferencjach drugiego podobnie grającego zespołu. FRONTSIDE zawsze trzyma równy, wysoki poziom wykonawczy, bawi się swoją muzyką i od ponad trzech dekad robi swoje, nie oglądając się na komentarze i skomlenie malkontentów. Jak widać, w tej konsekwencji jest metoda. Koncert jak zawsze świetny, z uśmiechem, choć w strugach deszczu. Widziałem ich pierwszy występ po zmianie wokalisty i przyznać trzeba, że Mollie, jako frontman się po prostu bardzo wyrobił. Widać gołym okiem, że dobrze się czuje w zespole.

Trudno nie zauważyć, że SUMMER DYING LOUD to impreza, która nie boi się wyzwań. Każdy dzień festiwalu dostarcza artystów topowych, znanych i sprawdzonych, ale też takich, którzy zaskakują czy otwierają oczy. JESU, choć jest zespołem ze szlachetnym rodowodem, był wczoraj tego typu atrakcją. Hipnotyczne dźwięki ubrane w skrajnie oszczędny automat perkusyjny rozlały się po płycie festiwalu leniwie niczym smoła. Dziwny to był koncert. Z jednej strony okropnie oszczędny, a z drugiej niezwykle wciągający.

Ile razy w swoich relacjach wspomniałem, że SUMMER DYING LOUD to festiwal odkryć? Pewnie przynajmniej kilka. No i proszę. Wizyta w Krypcie zamieniła mnie z gościa niemającego pojęcia o norweskim ÅRABROT w, może nie od razu fana, ale osobę silnie zainteresowaną. Orajuniu, jaki to był fajny występ. Co za prześwietna forma dark rock’n’rolla. I ta energia. Cios w nos z półobrotu!

Pozostanę na chwilę w temacie odkryć i zjawisk. DOOL to nazwa, która obijała mi się o oczy i uszy od lat, lecz znów zabrakło jakiegoś magicznego przyciągania, bo nie znałem ani sekundy muzyki. Do wczoraj. Zupełnie nie spodziewałem się takich wrażeń. Zwłaszcza, że wiem, iż nasz rodzimy TARABAN grał z nimi trasę po Europie, więc spodziewałem się czegoś bardziej nazwijmy to… skocznego. Świetne, emocjonalne granie z genialną/nym wokalistką/tą. Doprecyzowując - Raven van Dorst identyfikuje się, jako osoba niebinarna. Będzie słuchane w domu. I to tak bardzo bardzo!

Tak często jak wczoraj nie odwiedzałem Krypty nigdy. Wszystko przez temperaturę powietrza, a przestrzeń małej sceny okazała się doskonałym miejscem, aby zaznać nieco ciepła. No, więc, chcąc nie chcąc, trafiłem na koncert niemieckiego ROPE SECT i odetchnąłem z ulgą, bo wreszcie pojawiło się na festiwalu coś, co mi się nie podobało. Może muzycznie było to jeszcze jakieś, ale wokalnie strasznie męczące. Piosenkarz brzmiał jak z podrzędnego zespołu biorącego udział w przeglądzie talentów w gminnym domu kultury. Tak więc prawie wszystko się zgadzało, hehe, wszak sala MOSiRu to taka trochę przestrzeń „domokulturowa”. Na szczęście za chwilę czekał mnie metal. I to taki uważany za najprawdziwszy.

Moja relacja z thrash metalem jest taka jak z piłką nożną. Jak są mistrzostwa świata lub Europy to oglądam finał. Dlatego też, gdy tam gdzie akurat jestem gra thrashowa ekstraklasa, to idę z przyzwoitości i szacunku. Dobrze, że DESTRUCTION był ulokowany właśnie o takiej porze, bo publiczność już chyba potrzebowała lekkiego wstrząsu na rozbudzenie. Całkiem dobrze mi się tego słuchało i oglądało, choć momentami trochę nużyło te charakterystyczne thrashowe umpaumpa i riffy skrojone wg jednego schematu. Thrash nigdy nie był moją mocną stroną, ale rozumiem legendę i wyznawców takiej estetyki. Ja po prostu w muzyce szukam innych wrażeń.

Kolejna wizyta w Krypcie celem ogrzania się przywitała mnie koncertem zespołu SATURNALIA TEMPLE. Uh, gęste, ciężkie, wolne jak diabli. Dla mnie, aż za bardzo. Ciężko mi było wystać 15 minut.

Wróciłem na główną scenę na koncert mojej najważniejszej atrakcji wieczoru - NEVERMORE. Tego, że ten obecnie amerykańsko-turecki band jest w niebywałej formie, doświadczyłem już na BRUTAL ASSAULT, więc jedyne, co mnie mogło zaskoczyć to inna setlista. No i dostałem to! Znów zakręciła mi się łezka przy „The Heart Collector” i na łopatki ponownie rozwalił mnie Jack Cattoi - niezwykły młodzieniec z czerwoną gitarą. Wiele osób usilnie nie chciało uwierzyć w moc i sens powrotu NEVERMORE bez Warrel’a Dane, ale zespół zjeżdża świat wzdłuż i wszerz bezproblemowo przekonując niedowiarków. Pięknie to brzmiało i znów uświadomiło mnie w przekonaniu, że NEVERMORE, choć personalnie się dość znacznie zmienił, to wciąż jest jednym z najlepszych zespołów na świecie. Bardzo chciałbym usłyszeć kiedyś nową muzykę stworzoną w tym składzie. Przypuszczam, że potoczą się głowy.

Koncert dnia - NEVERMORE. Rozdane zostało bezlitośnie.
Odkrycie dnia - DOOL.
XVII edycja SUMMER DYING LOUD stała się historią. Kolejny raz ów festiwal stał się kolebką ściskających serce wzruszeń, spektakularnych odkryć, sentymentalnych podróży i niezapomnianych muzycznych wrażeń.
Czy wrócę za rok?
ZAWSZE!
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Koncerty









