AngielskiPolski
Koszyk 0
Twój koszyk jest pusty...
Strona główna » Blog » Wywiady » WOJTEK LISICKI (Luciferion, Thresholder) - "stary duch i nowa jakość"
  • wrzesien

Prześlij nam swój adres e-mail, a my powiadomimy Cię o nowych produktach, najlepszych cenach, promocjach i wyprzedażach.

 
  • Ilość produktów: 401
  • Ilość kategorii: 33
  • Ilość promocji: 38
  • Ilość nowości: 34
  • Aktualnie klientów na stronie: 55
  • Sklep odwiedziło: 1318827 klientów
  • Sklep działa od: 09-01-2015

WOJTEK LISICKI (Luciferion, Thresholder) - "stary duch i nowa jakość"

Autor: Michał 'Buzzi' Kowalski Data dodania: 29-09-2026 Wyświetleń: 37
alt

Luciferion to dla mnie jeden z największych zespołów. Wydał zaledwie dwie płyty, ale za to jakie! Krążki "Demonication (The Manifest)" z 1994 roku i "The Apostate" z 2003 to prawdziwe pomniki polskiego death metalu. Obecnie twórca wspomnianych płyt tworzy Thresholder. Ale dobra, koniec pierdolenia! Przed Wami Wojtek "Protagonist" Lisicki!

Wojtek, zawsze zawracałem Ci głowę pytaniem: „kiedy nowy Luciferion?" i wiem, że masz dosyć takich pytań od ludzi. Mamy nowy twór, Thresholder, więc niech w końcu Luciferion spocznie tam, gdzie jego miejsce. Thresholder to stary duch, a nowa, jakość. Dobrze to interpretuję?

Jesteś faktycznie jednym z tych, którzy przez te wszystkie lata, w trybie sporadycznym, ale nieprzerwanym, nękają mnie tym pytaniem. I to nawet nie „czy”, a „kiedy”…

Ja jednak faktycznie mam od bardzo dawna dość tego wszechobecnego drążenia wątku Luciferion. Ale to też oczywiście trochę zależy – zależy od intencji i postrzegania u pytającego.

Dla większości Luciferion to głównie zespół, muzyka, przeżycia, feeling, z którymi formowali się w tamtych czasach i czego im w taki lub inny sposób brakuje. Inni natomiast na umór rzucają „motywującymi” hasłami o wskrzeszeniu, nie rozumiejąc zagadnienia.

alt

Ja zakończyłem działalność z powodów ultra-personalnych – poza nielicznymi, dla większości nieznanych i kompletnie niepojętych. Natomiast nawet z perspektywy czysto pragmatycznej, osobiście nie widziałbym sensu przywracania tej sygnatury do życia, pomijając, rozumie się, aspekt wyrobionej marki, popularności i wyraźnej, ciągłej fascynacji u ludzi. Ale wielu tendencyjnie wydaje się, że jeżeli ktoś wytwarza jakiś produkt lub powołuje do życia jakikolwiek koncept czy działalność – w tym przypadku buduje zespół – to jest to czymś oczywistym, a nawet należytym, by potem trzymać się go kurczowo i utożsamiać z nim, nawet i do końca życia.

Więc ja od razu mówię, że daleko mi do tego podejścia. Byt ludzki powinien być zróżnicowany życiowymi projektami i bogaty w przeżycia, niechby nawet w zakresie jednej dziedziny. Dla mnie Luciferion był jednym z etapów w życiu, który w tamtym czasie miał akurat taką formę ekspresji – i artystycznej, i muzycznej, i osobowościowej, i spirytualnej, i wizerunkowej itd.

Gdy przychodzi naturalny czas na koniec czegoś albo po prostu na coś nowego, to się to zakańcza i angażuje w inny koncept.
Natomiast rozumiem, oczywiście, że nie wszyscy mogą sobie na to pozwolić z perspektywy możliwości i wydolności – twórczych, jak również wielu innych. Ja w każdym razie nie będę odgrzewał kotletów z Luciferion tylko po to, by zaspokoić konsumenckie roszczenia z kapelusza i widzimisię innych, podczas gdy mi kojarzy się to z czasami mentalnej i duchowej udręki (niezwiązanej z okresem przed i po pierwszej płycie, a z czasami późniejszymi), ale też ogólnie z całą farsą w kwestii tematyki, formy i otoczki, które są dla mnie od dwóch i pół dekady niekoherentne z moją osobą, a przy tym w większości żenujące i żałosne.

A teraz, przechodząc do tematu Thresholder, wydaje się, że chyba dobrze to interpretujesz. Mówię „chyba”, bo sam nie zastanawiałem się nad tym jakoś szczególnie dogłębnie. Ale skoro tak to postrzegasz, to widocznie utwory mówią same za siebie. Plus to, że w kombinacji z moją osobą może też trudno o inną interpretację.

Jeżeli mam na szybko, bez rozkminy, ustosunkować się do tego, to mogę powiedzieć, że zamysł Thresholder jest już u podstaw stricte osadzony w klasycznym duchu i stylu death metalu – z tym że tutaj chodzi o jego bardzo specyficzną odmianę, czyli amerykańską szkołę, w szczególności florydzką. Oczywiście nie wliczając synthowych, solówkowych i aranżacyjnych akcentów typowych akurat dla mnie. Tu nie ma żadnych sekretów, niedomówień czy nawet pola do interpretacji. Wszystko jest jawne, transparentne i zamierzone. To ma tak brzmieć, nawet, jeżeli czasami brzmi za "ewidentnie purystycznie". My kochamy ten styl i wiemy, że mnóstwo ludzi podziela te emocje, czego dowodem jest jego ciągłe prosperowanie po trzech, jeżeli nie czterech dekadach.

To w temacie „stary duch”. Natomiast nowa jakość wyraża się w… no właśnie. To chyba jednak zostawię do osądu innym.

alt

Zdecydowanie inspiracja ówczesną sceną death metalową Florydy jest słyszalna w Twojej twórczości. Natomiast klawisze nadają tak specyficznego klimatu, że jak powiem, iż i Luciferion i Thresholder są mega oryginalnymi tworami, zapewne wiele osób przyklaśnie mi uszami, że to czysta prawda. Skąd takie inspiracje u Ciebie? Połączyć wściekły, opętany death metal z kosmicznymi klawiszami. Trzeba mieć naprawdę otwarty umysł.

Otwarty umysł niby mam, ale nie uważam, że do tego akurat potrzeba jakiejś szczególnej otwartości. Przede wszystkim trzeba mieć w ogóle upodobanie w takich rozwiązaniach aranżacyjnych. Potem odpowiednie pokłady fantazji, smaku, zmysłu kompozytorskiego, no i oczywiście odwagi – bo oczywistym jest, że wszelkie tego typu odejścia od ortodoksyjnej normy będą w rezultacie kosztować krytykę i narzekanie, a jak nie, to przynajmniej generować zdziwienie.

Ważnym aspektem jest również to, dla kogo robisz to, co robisz. Nie wiem, na ile muzycy – nazwijmy to niekomercyjni – tak naprawdę myślą o odbiorcach, ile o karierze, ile o branży, ile o kolegach ze sceny, ile o krytykach lub ile wyłącznie o własnej satysfakcji przy podejmowaniu przeróżnych decyzji w całym cyklu tworzenia. Co nimi tak naprawdę kieruje, co napędza, czym się przejmują, do czego są zmuszani itd.? W moim przypadku, praktycznie już od samego początku, nie było jakiejś szczególnej docelowości w tym, co robię. Mam tu na myśli rzeczy takie jak np. rynkowy kierunek, w którym pod konkretne forum odbiorców tworzysz produkt, by prosperować.

Ja w muzie zawsze robiłem to, co organicznie lubię i co przychodzi mi naturalnie. Na głębszym poziomie – czego pragnę i też co na swój sposób odśrodkowo muszę – a nawet powinienem. I jeszcze jedno: często daję się ponieść magii aranżacyjnej w momentach jej przejawów. Może ona zaistnieć nieoczekiwanie i niezamierzenie podczas komponowania. Wtedy decyduję też, czy za tym iść, czy nie.
Co do inspiracji związanej z tematem, o który pytasz, nie mam na to teraz konkretnej odpowiedzi. Może kiedyś by była, ale przepadła z czasem w rosnącej entropii różnych wpływów. Jedno jest pewne: klawisze w metalu są dla mnie naturalnym elementem aranżacji od wręcz samego początku styczności z nim. Już nawet pomijając oczywiste, liczne przykłady zespołów rockowych i hard rockowych z lat 60. i 70., prekursorzy metalu, tacy jak np. Black Sabbath, używali przecież syntezatorów w późniejszym czasie jako oczywistego elementu budowania magii w aranżacji. I to bardzo mrocznej, a jak nie, to mistycznej. Mówię oczywiście o erze już po Ozzym, czyli tej, która dla mnie jest tym Black Sabbath mającym te wartości muzyczne, które mnie oczarowywały i formowały, ale też przyczyniły się do ustanowienia jakości i sensu klawiszy w metalowych aranżacjach. Oczywiście jest to tylko część prawdy. Wiele innych, na dany czas współczesnych oraz późniejszych rockowych i heavy metalowych zespołów miało bezpośredni wpływ na formowanie się mojego smaku w tym temacie.

W kwestii oryginalności połączenia agresji z klawiszami, o której wspominasz, wszyscy patrzący na to bez uprzedzeń i wypaczeń, dostrzegą, że tak właśnie jest. Dla innych natomiast to żyzna gleba do automatycznego, żałosnego porównywania. Głównie do Nocturnus, ale też do kilku innych formacji z nieco mniejszym wykorzystaniem klawiszy w swojej muzyce, a z którymi fakt użycia ich w Luciferion nie ma dosłownie nic wspólnego. Jeżeli już, to w naszym przypadku ma to jedynie pewne źródła w black metalu lat 90.

Dla mnie osobiście syntezatory – nie mając tu na myśli wyłącznie klawiszy, jako formy instrumentu elektronicznego – reprezentują wymiar absolutnie mistyczny. Według mnie to obszar z największym i najszerszym potencjałem do generowania sonicznej „magii”, i to w trybie instant. A w kombinacji z instrumentami akustycznymi to już w ogóle jest mieszanka piorunująca, która jest nośnikiem i pomostem do jeszcze głębszych pokładów emocjonalnych i wyobraźni.

Czy Thresholder będzie istniał tylko w sieci, czy też interesuje Cię wydanie nośnika fizycznego? Fajnie byłoby mieć tak zajebisty materiał na CD, LP, czy na kasecie. Choć wielu młodych ludzi nie wie dziś, czym jest "kaseta", bo widzą tylko koniec swojego telefonu. Smutne.

Nie mam żadnych konkretnych planów w tej kwestii, nie myślę o tym kompletnie, a jak już, to w formie „potem się zobaczy”. Na ten moment mogę, co najwyżej powierzchownie odpowiedzieć na Twoje pytanie, wybiegając myślą w przyszłość, ale będzie to czysta fantazja chwili. Twoje pytanie ma w sobie dwa główne aspekty. Pierwszym jest symbol dopięcia albumu w formie, nazwijmy ją, ostatecznej, czyli fizycznej – dla samej sprawy nadania temu konkretnej formy. Spontanicznie niby bym tego i chciał, bo wtedy odziałoby się ten kolejny twór – w krwi, pocie i udręce ciosany – w konkretną postać. No i oczywiście to, że ludzie mogliby wtedy posiadać fizyczny egzemplarz z naszą muzyką. Drugim normalnie byłaby kwestia ewentualnego zarobku, co jednak w tym przypadku jest oczywiście skrajnym absurdem. Więc dobrze, gdyby wtedy, choć koszt wydania się zwrócił. I raczej wątpię, że temat sięgnąłby dalej niż do formatu CD. Choć kto wie, biorąc pod uwagę dzisiejszy nawrót zajawy na winyle. No i tutaj tak naprawdę kończy się na dzień dzisiejszy moje podstawowe zainteresowanie tematem. 

Co do kwestii istnienia materiału jedynie w sieci, to wydawałoby się, że człowiek mojego pokroju i z ery, w której liczyły się namacalne wydawnictwa, nie pragnie niczego innego. Ale tak nie jest. Zobacz, ja odbiegłem straszliwie daleko od wszystkiego związanego ze sceną i rządzącymi nią tendencjami oraz mechanizmami. Dlatego forma istnienia jedynie w sieci jest dla mnie na ten moment zupełnie wystarczająca. Nic z tego nie ma, ale chociaż każdy ma do tego bezpośredni dostęp, a ja nie muszę się jebać z wydawnictwami, tylko wykładam utwory, kiedy chcę i fajrant. A potem jeszcze – co dla mnie osobiście jest ultra ważne i komfortowe – mam w niektórych przypadkach (w zależności od platformy wydania) możliwość poprawek, zmian i aktualizacji.
Ale jestem też świadomy aspektów przemawiających (ostatnimi czasy coraz bardziej) za czymś sprzecznym z wystarczalnością istnienia jedynie w necie. No, ale tu się kłania ludzka psychika. Mam na myśli, że to, do czego mamy za łatwy dostęp, przestaje być atrakcyjne. Wręcz zaczyna być nieatrakcyjne. Nawet bardzo. Oczywiście największym powodem i problemem jest przesycenie rynku, a co za tym idzie, kompletne rozproszenie już i tak przeciążonej bodźcami uwagi oraz zmysłu ciekawości. Nastaje skrajna blaza i olew.

Osobiście, jako konsument, żyję wyłącznie nowoczesnym, wirtualnym i internetowym życiem w temacie wszelkich mediów, jak: muzyka, filmy, podcasty, słuchowiska, audycje itp. I właśnie takie życie z duchem czasu jest jednym z głównych powodów mojego odbiegnięcia – a czasem wyjebania na kwestie fizycznych nośników. Co nie oznacza, że jest to permanentnie wykute w skale, ale naprawdę nie jest też moim priorytetem ani nawet jakąś potrzebą. Po prostu nie żyję w tych realiach od dekad. Niekoniecznie z aktywnego wyboru – bardziej jako wypadkowa wpływów otoczenia i codzienności oraz dostępu i praktyczności.

No właśnie, powiedziałeś: „z moją muzyką (i riffami Adama)". W jaki sposób powstają utwory Thresholder? Rozumiem, że ten projekt tworzą dwie osoby. Jak wygląda wasza współpraca?

Od paru lat miałem na Messengerze dość regularny kontakt z Adamem z kalifornijskiego The New Plague, który inicjalnie skontaktował się ze mną na bazie absolutnej zajawy na „The Apostate” Luciferion. Na późniejszym etapie, nadal w pełni internetowej znajomości, poprosiłem go – a właściwie dałem mu zadanie – żeby usiadł przez cały kolejny weekend i odwalił riffowy blitzkrieg. Chodziło o to, żeby ze spontanu powykrzesywał przeróżne, dotychczas nieistniejące riffy, które naturalnie wyjdą z niego w ferworze ciosania na żywioł, i je ponagrywał. Oczywiście dość dokładnie nakreśliłem styl, co zresztą nie do końca było potrzebne, bo to, co przychodzi mu w trybie naturalnym, jest dla mnie akurat tym, co sam preferuję. Prawie zawsze odczuwam jego konstrukcje riffów, jako bliskie mi, pomimo że sam bym ich nie wykreował, bo przyzwyczajenia poprowadziłyby mnie innymi meandrami. Wszystko to, plus jego smak, styl, nawigowanie w bardzo podobnych obszarach jak moje, jak i podejście, było podłożem dla mojego pomysłu z tym eksperymentem.

Rozumie się, całość miał nagrać do metronomu. Rozmaite rzeczy w rożnych, pasujących pod riff tempach. Oczywiście, z umiarem, co do wariacji tych temp. I każdą część dwukrotnie – czyli dla lewego i prawego kanału.

Siadł i w transie powymyślał i ponagrywał całe morze stuffu! Riffy krótkie i kompletnie odcięte od jakiegokolwiek kontekstu, riffy bardziej kompleksowe i w końcu pewną część połączoną w dwuczłonowe segmenty. Summa summarum – jedną wielką kolekcję „chaosu”. Wór puzzli, ale bez jakiegokolwiek docelowego obrazka.

alt

Tyle, że ja akurat bardzo dobrze odnalazłem się w tym chaosie. Czego zresztą byłem świadomy już wcześniej – inaczej nie wziąłbym tego na siebie. To było intrygujące i ekscytujące „wyzwanie”. Kiedy nie wiesz, co dostaniesz i co możesz z tego stworzyć, ale i tak masz przeświadczenie, że wyjdzie coś zajebistego; i to w dodatku bez szczególnego wysiłku. Oczywiście mam na myśli samo zaaranżowanie spójnego materiału na płytę, a nie nagranie instrumentów i produkcję, co jest jak najbardziej jedną wielką Gehenną.

Poza tym, w tamtym konkretnym czasie postrzegałem zamysł tego projektu, jako o wiele bardziej ekscytujący i przemawiający do mnie, niż byłoby wymyślanie własnych riffów (najczęściej oscylujących w oklepanych i typowych dla mnie ramach i tendencjach) oraz komponowanie całkowicie własnego materiału. Co swoją drogą nawet nie miałoby w tamtym okresie racji bytu. Zresztą, jak mam być zupełnie szczery, to dzięki temu projektowi w ogóle wziąłem się znowu aktywnie za death metal. Coś w tym było takiego, że aż samo wzywało do podjęcia się tego.

Warunkiem z mojej strony, a zarazem podziałem wkładu, było: on dostarcza riffy, a ja potem robię z nimi dosłownie co zechcę; bez jakiegokolwiek mieszania się z jego strony w dalszy proces. Innymi słowy, od momentu wysłania mi ich, on totalnie odpuszcza, a ja komponuję, tworzę i produkuję całą resztę wedle woli. Tak, wiem – ultra nieproporcjonalne pod względem wkładu, ale sam tego chciałem, bo traktowałem to, jako pewnego rodzaju „terapię”, która miała mnie usadzić w blokach, uaktywnić i ogólnie wyciągnąć z otchłani niebytu w muzyce i graniu.

"Lovecraft inside" – ten dopisek istnieje przy wizualizacjach utworów Thresholder. Wizualizacjach, naprawdę robiących wrażenie w połączeniu ze świetną muzyką! Kto je tworzy? Twórczość Lovecrafta jest Ci bliska od dawna, prawda?

Tak, i to od prawie czterech dekad. To postać zdecydowanie zajmująca dla mnie czołowe miejsce w panteonie pisarzy. Zresztą sama tematyka również dominuje, więc dodatkowo też siłą rzeczy. Zaraz po nim plasuje się w niej niewątpliwie Brian Lumley. Potem już dalej inni, tacy jak np. August Derleth i Clark Ashton Smith. Co nie jest dziwne, bo w dużym zakresie dokładnie ta sama materia, czyli dedykowane dzieła kultywujące i podtrzymujące bezpośrednie dziedzictwo po Lovecrafcie.

Ale jest i inna płaszczyzna – osobista. Ja czuję z nim głębokie pokrewieństwo w wielu sferach, pomimo że nie żyje od niemal wieku. Pokrewieństwo mające stosunkowo mało wspólnego z tym, o czym pisał, a więcej z tym, dlaczego pisał i jak. Niektóre rzeczy są ponadczasowe i praktycznie niezmienne. Ogólnie, wiele aspektów jego życia, jak osobowość, postrzeganie, odczuwanie, relacje, pozycjonowanie się względem świata, jawi mi się, jako niezmiernie podobne do ich odpowiedników w moim.

Tak naprawdę to jednym z kluczowych powodów powołania Thresholder do życia był od dawna proszący się o ucieleśnienie zamysł stworzenia zespołu o totalnie Lovecraftowskiej tematyce. Tzn. nie jedynie z pośrednim użyciem jej różnych elementów i nie, jako jakaś hybryda, a dedykowany byt, całkowicie osadzony w jego twórczości. Cieszę się, że do tego doszło, w szczególności z dwóch powodów. Pierwszy: nareszcie można otwarcie i bez ograniczeń jechać na full w stricte Lovecraftowskich tematach, a które na dzień dzisiejszy dość wystarczająco spełniają mnie w spektrum potrzeb i zainteresowań związanych ze światem nadnaturalności, mroku, otchłani, abominacji etc. Drugi: można nieograniczenie (znowu) pławić się w okultyzmach, diabelstwach, mistycznościach, bluźnierstwach itd., nie musząc uciekać się do konwencjonalnych, ziemskich wierzeń i kultów, oklepywanych np. w metalu, ani też tłumaczyć się z rzekomej czy domniemanej przynależności do nich.
Dopisek pod wideoklipami na YouTube jest tam ulokowany gwoli ultraścisłości w kwestii informacyjnej, jak i dodatkowego atraktora uwagi dla żądnych tematyki; w danym momencie zatraconych w natłoku szrotu sugerowanych filmów.

Co do wizualizacji – sam jestem ich kreatorem, i w ogóle całej grafiki. Kto inny miałby to niby za mnie robić? To byłoby totalnie niemożliwe i niewykonalne pod twórczym, estetycznym, jak i perfekcjonistycznym. No i oczywiście ekonomicznym. Musiałem się w locie uczyć obsługi programów wideo i tajników całego kunsztu. W każdym razie do takiego poziomu, by móc sprostać zarówno wymaganiom technicznym, jak i własnym w kwestii, jakości i estetyki. No i też, jako takiej jakości. Zatem cieszę się, że się podoba, bo straszny nakład pracy został w to włożony... Jak zwykle skrajnie niewspółmierny i nieadekwatny do uzysku, ogólnie pojętego. Dlatego też więcej nie będzie. Basta, kurwa. Gdzieś trzeba postawić granicę. Jeżeli w ogóle będzie tego więcej, od teraz tylko jeden, stały obrazek, logo, tło i tytuł. A jedyna animacja, jaką dam, to tekstu utworu, bo to akurat kluczowe i sam chcę, żeby było w tej formie.

Ostatnie pytanie. Filozoficznie. I krótko. Co dalej? Jakie masz plany?

Niestety, nie mam na Twoje pytanie żadnej satysfakcjonującej odpowiedzi. Nie wiem, co dalej i nawet sam do końca nie wiem, co dalej z czymkolwiek. Ale pytasz, domyślam się, o Thresholder i pośrednio też o Luciferion (nie byłbyś sobą).

Z tego względu, że respons na dotychczasowy materiał Thresholder – czyli trzy utwory w formie wideoklipów – okazał się całkowicie niewspółmierny do oczekiwań, motywacja i sens kontynuowania tego projektu są na ten moment bardzo nikłe. Więc nawet nie wiem, czy w ogóle doprowadzę produkcję materiału do końca. Najprawdopodobniej wyjdzie jeszcze jeden utwór, bo jest już prawie gotowy, ale reszta staje pod dużym znakiem zapytania. Poziom produktu oraz zainwestowanej w niego pracy, zaangażowania i czasu jest w porównaniu do odzewu najczystszą formą rzucania pereł przed wieprze. Co widać już w przedbiegach – czyli w fazie „testowej”.

Taka apatia i otępienie, pomimo trzech dekad non-stop trucia mi dupy i nawoływania o nowy death metal, i w konsekwencji dostanie go w prawdziwej, esencjonalnej, oldschoolowej formie, jest dla mnie empirycznym dowodem na faktyczny stan ludzi. Stan zrozumiały w przypadku młodszej generacji, ale absolutnie nie starszej. Ani nawet tej pomiędzy. Wszystko to, paradoksalnie, przy jednoczesnym, aktywnym kultywowaniu ścierw dzisiejszej sceny, które z resztą w dużej mierze sami równocześnie flekują. Ja pierdolę, nie dogodzisz…

Zatem, jeżeli hipotetyczne wydanie albumu choćby w formie cyfrowej – a już nie mówiąc o formie fizycznej – miałoby przynieść podobny efekt jak te trzy wideoklipy, byłaby to absolutna porażka na różnych płaszczyznach. I z całą pewnością ostateczny argument do całkowitego jebnięcia całego tego neandertalskiego ekstremo-grajdołu raz na zawsze. Nie wiem, czy chce mi się marnować kolejny rok życia, by móc przekonać się o ewentualnej trafności tego scenariusza.
Na razie wydam ten czwarty utwór, dla jakiejś kontynuacji i żeby coś się działo, a co wyniknie i co zrobię potem zweryfikuje rzeczywistość

W kwestii Luciferion natomiast, jedyne co zostanie zrobione, to położenie kresu panoszącemu się ostatnimi czasy bootlegowemu pasożytnictwu. Następnie podejmiemy z Michaelem – wreszcie – działalność w temacie oficjalnego merchu. Możliwe też, że pewne kroki zostaną poczynione również w kwestii winyli i reedycji CD. Poza tym uznaliśmy ostatnio, że musi istnieć chociaż jedno oficjalne miejsce z rzetelnymi informacjami, i to z pierwszej ręki, o wszystkim związanym z zespołem. Dlatego zarejestrowaliśmy fanpage na Facebooku. Na razie to tylko rejestracja, ale za jakiś czas strona zostanie odpalona...



Notka redakcyjna: Pierwotnie wywiad miał się ukazać w Infernal Death'zine. Dziękujemy Przemkowi za zgodę na jego publikację.

 

Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Wywiady

Reklama

Bestsellery

Newsletter

 

Korzystanie z tej witryny oznacza wyrażenie zgody na wykorzystanie plików cookies. Więcej informacji możesz znaleźć w naszej Polityce Cookies.
Nie pokazuj więcej tego komunikatu