QUAZARRE (Ephialtes) - "wciąż odczuwam głód tworzenia"
Autor: Fabian Filiks
Data dodania: 22-09-2026
Wyświetleń: 618

Fot. Maciej Gębacz
Niedługo miną dwa lata od wydania „Melas Oneiros” zespołu Ephialtes, którego spiritus movens Quazarre, prywatnie Przemysław Olbryt, znany jest z wieloletnich występów w Asgaard, Devilish Impressions i Crionics. Kilka miesięcy temu zespół zjechał Polskę wzdłuż i wszerz jako bezpośredni support przed Patriarkh na trasie Hacele 2026. W oczekiwaniu na następcę zdecydowałem się poprosić frontmana zespołu o kilka refleksji na temat Ephialtes i nie tylko…
Przemek, znamy się już ponad dwadzieścia lat, a wychodzi na to, że to dopiero druga taka oficjalna rozmowa w formie wywiadu jaką z Tobą przeprowadzam…
Ojej, dopiero druga? Hmm, faktycznie, jeśli dobrze pamiętam to rozmawialiśmy kiedyś przy okazji jakiejś premiery Asgaard czy może Devilish Impressions? Za to tych rozmów nieoficjalnych, prowadzonych o rozmaitych porach dnia i nocy, w bardzo różnych stanach ciała czy umysłu jest za nami ilość chyba niezliczona.
Mam wrażenie, że mimo wszystko czas się obszedł z Tobą dość łagodnie. Wiem, że ostatnie lata były dla Ciebie dość „burzliwe”… Mimo wszystko nagrałeś nową płytę, wróciłeś do grania i chyba szybko nie powiesisz gitary na kołku, prawda?
Na kołku raczej nie, bo… koty mogłyby zrzucić, hahaha! Dość łagodnie? Wiesz dobrze, że z Diabłem dawno temu pakt podpisałem, stąd lat przybywa mi na tyle, by zgodność oficjalnie dotrzymywać z metryką li tylko i wyłącznie na potrzeby spraw doczesnych;-) Czy wróciłem do grania? Przecież ja nigdy od grania nie odszedłem. Fakt, mieliśmy kilka lat przerwy od koncertowania, ale to wynik nawarstwienia się wielu przeróżnych okoliczności, począwszy od niesławnej ery pandemii poprzez późniejsze perypetie, jakie pojawiły się w życiu każdego z nas. Czy możesz nam opowiedzieć skąd pomysł, żeby nagrać płytę pod nowym szyldem. Przez ostatnie lata, nie licząc epizodu w Crionics, występowałeś głównie z Devilish Impressions. Co się zmieniło, że zdecydowałeś się na taką zmianę i czy to jest tylko „podmianka szyldu” czy kryje się za nią coś więcej?
Ephialtes to kompletnie nowy rozdział w moim artystycznym curriculum vitae. Owszem, z pewnych względów sporo osób będzie - i ma oczywiście jak największe ku temu prawo, a po części i rację - postrzegać Ephialtes prze pryzmat tego, co jako ostatnie pozostawiłem światu pod szyldem Diabelskich Impresji. Tym bardziej, że nowy zespół w ¾ tworzą dokładnie te same osoby, co w/w. Jest to jednak, co za każdym razem wyraźnie podkreślam, totalnie nowy, odrębny byt. I – żeby była jasność - absolutnie nie odżegnuję się tutaj od czegokolwiek, co przez lata popełniłem z Devilish Impressions. Nagraliśmy kilka świetnie przyjętych płyt, zlecieliśmy wzdłuż i wszerz pewnie z pół świata i... niewykluczone, że gdzieś tam, kiedyś, pojawi się kolejny materiał pod tym sztandarem. Na chwilę obecną jednak to Ephialtes jest tak dla mnie, jak i dla pozostałych zespołem priorytetowym. Natomiast różnice między tym, co proponujemy jako Ephialtes, a Devilish Impressions dla wprawionego ucha są mimo wszystko nad wyraz zauważalne. I chociaż granic w zakresie przełamywania konwencji nie stawialiśmy sobie nigdy, Ephialtes jawi się jako twór charakteryzujący się zdecydowanie większą dozą melodyjności, czy może wręcz przebojowości. Ups, czy takie określenie w ogóle przystoi w ramach gatunku? Żartuję oczywiście, z natury jestem nonkonformistą, dlatego pewne „zasady” łamię nie tylko z premedytacją, ale i nieskrywaną przyjemnością.
W takim razie opowiedz nam nieco więcej o okolicznościach powstawania „Melas Oneiros”. Szczególnie ciekawi mnie metoda pisania numerów np. w porównaniu z tym jak powstawały kawałki Devilish Impressions.
Metodyka mojej pracy pozostaje w sumie niezmienna, niezależnie od tego, dla którego z zespołów komponuję. Pewne pomysły czy melodie rodzą się często najpierw w mojej głowie, po czym przenoszę je na określone instrumenty, w szczególności oczywiście na gitary, wokale, czasami na partie instrumentów klawiszowych. Czasem są to zaledwie zalążki pomysłów, które to stopniowo później rozbudowuję dodając kolejne warstwy, bawiąc się aranżacjami itd. Innym razem siadam z gitą i po prostu gram rejestrując na bieżąco to, co w danej chwili w duszy mi gra i wychodzi spod palców.

Fot. Robert Zembrzycki
A uważasz się za „control freaka”? Pytam o to w kontekście tego jak powstawały Twoje ostatnie płyty. Byłeś na nich często sam sobie żaglem, sterem i okrętem. Jesteś odpowiedzialny za kompozycje, rejestrację śladów i na pewno też ostro piłujesz realizatora, żeby osiągnąć zamierzony cel. Czy pozostali członkowie zespołu mieli jakiś wpływ na „Melas Oneiros”?
Ponoć charakter człowieka jakoś szczególnie się nie zmienia, więc podobnie jak w przypadku Devilish Impressions tak i tutaj jestem osobą najbardziej decyzyjną. Z ogromnym pietyzmem siedzę nad właściwie każdym etapem zarówno nagrań, jak i post-produkcji. Jednak, mimo iż jestem głównym autorem muzyki i tekstów Ephialtes, np. wymyślenie partii basu czy aranż bębnów pozostawiłem chłopakom. Bo to nie jest tak, że absolutnie nie dopuszczam nikogo do procesu tworzenia. Jedynym kryterium jest to, czy pomysł przedstawiony przez kogoś innego wpisuje się w pewną stworzoną przez mnie wizję tego zespołu. Już teraz mogę ujawnić, że na „dwójce” Ephialtes pojawi się np. kilka zajebistych rzeczy autorstwa drugiego gitarzysty (Hubert ‘Stiggma’ Wawrzyniak – dop.).
Zawsze wydawało mi się, że jesteś typowym „zwierzęciem scenicznym”. Że dopiero na dechach odpalasz się na maxa przez co muzyka, czy to Devilish Impressions czy Ephialtes bardzo zyskuje. Zgodzisz się z takim stwierdzeniem?
Zdecydowanie! Uwielbiam scenę, uwielbiam kontakt z publicznością, adrenalinę, jaką wyzwala moment wejścia na dechy... Uwielbiam atmosferę, a nawet zapach klubów i sal koncertowych. No i to nieuchwytne zespolenie emocji łączące ludzi uczestniczących w tym swoistym misterium, jakim bez wątpienia jest koncert.

Fot. Ilona Matuszewska
W marcu zjechałeś Polskę z Patriarkh (i nie tylko). Grałeś wiele tego typu „przejazdów” i masz porównanie. Teraz, gdy już kurz opadł, możesz ocenić jak ta trasa wypadła?
To był naprawdę fenomenalny przelot. Udany nie tylko pod kątem osobowościowym, ale i poprzez dość mocno, rzekłbym, zróżnicowany line-up oferujący uczestnikom każdego z koncertów naprawdę szerokie muzyczno-wizualne spektrum. Do tego świetne kluby, profesjonalizm wszystkich osób odpowiedzialnych za produkcję trasy, no i rewelacyjna frekwencja w większości miast, w których zagraliśmy. Czy można chcieć więcej? Jesteśmy bardzo wdzięczni Bartkowi z Patriarkh za zaproszenie i za możliwość przedstawienia twórczości Ephialtes tak szerokiej publiczności.
Nie macie w planach zrobić jakiejś rundy po Europie? Wydaje mi się, że to co gra Ephialtes zarówno w Niemczech jak i we Francji trafiłoby na podatny grunt…
Wiesz co, jeszcze całkiem niedawno były do tego dość poważne przymiarki, współpracowaliśmy nawet z pewnymi agentami, którzy do tematu zasiedli, nie na tyle poważnie jednak, by wyszło z tego coś konstruktywnego. Finalnie zrezygnowaliśmy. Nie dlatego, że tego nie chcemy, przeciwnie. Wciąż bardzo zależy nam, by taką trasę zagrać, ale by zrobić to na możliwie najlepszych warunkach. W przerwie od grania dłubiesz już jakieś nowe numery?
Nadchodzi jesień, a to taki okres, kiedy to moja twórcza płodność rozkwita bardziej, niż o jakiejkolwiek innej porze roku...
Gdybyś miał porównać początki Devilish Impressions (okres „Plurima Mortis Imago”) a nowe otwarcie z Ephialtes. Dużo się zmieniło z punktu widzenia grania w zespole?
Zmieniło się niemal wszystko. Wiesz, Devilish Impressions założyłem oficjalnie w roku 2000, jednak zainteresowani wiedzą, iż w rozmaitych, lokalnych składach grałem już od 1994. O rozwoju technologii i związanej z nim różnicy sprzętowej nawet chyba nie ma co mówić, bo to kwestia nad wyraz oczywista, przynajmniej dla ludzi nieco starszych, do których to siłą rzeczy dziś się zaliczam. Zmieniła się scena, jej etos, zmieniły się formy komunikacji międzyludzkiej. Inne są dziś nie tylko sposoby promocji, ale i sposoby obcowania z muzyką. Mam wrażenie, że w obecnych czasach, z racji powszechnie już obecnej kultury konsumpcji, którą to w największym skrócie można określić mianem „instant”, trudno o tak silną emocjonalnie więź, tę nieuchwytną bliskość, jaka dawniej łączyła fanów z propozycją danego artysty. Znacznie mniej dzisiaj tych wszystkich wariatów i zapaleńców, którzy z albumem określonego twórcy zaznajamiali się w sposób dosłownie absolutny. Teraz większość z nas scrolluje tekst po przeczytaniu kilku wersów, albo też po wysłuchaniu kilkunastu sekund nowego singla danego zespołu przerzuca track na kolejny, i kolejny, i kolejny. I tak bez końca. Bezwiednie, kompulsywnie, bezsensownie. Do tego mając poczucie jakiejś wyjątkowej zdolności czy nawet predestynacji do tak naprawdę równie bezwiednej, kompulsywnej i bezsensownej oceny owoców pracy innych ludzi. Smutne to, aczkolwiek chyba nie ma nawet co próbować z tym walczyć. Jesteśmy zalewani miliardem informacji, tonami nowych premier setek tysięcy artystów, którzy na swoim kompie właśnie nagrali album stulecia. Jedyną metodą jest cedzenie tego wszystkiego przez sito. Jeśli zaś chodzi o zmiany postrzegane stricte z perspektywy grania w zespole to wydaje mi się, że pewne kwestie pozostają niezmienne. Najważniejsza nadal jest szczerość przekazu, wiara w siłę własnej twórczości i pozostawanie w zgodzie z samym sobą.
Skoro jesteśmy już przy wspominkach. Nie mogę nie zapytać o Twój „epizod” z Crionics. Wydawało się wtedy, że kapela z Tobą na wokalu ruszyła znowu z kopyta i nic jej nie zatrzyma. Życie miało jednak inne plany. Co się stało?
Istotnie, po wydaniu EPki „N.O.I.R.” szliśmy jak burza. W ramach promocji tejże zagraliśmy grubo ponad 100 koncertów, tak w kraju, jak i za granicą i faktycznie w tamtym okresie wydawało się, że nic nie jest w stanie nas zatrzymać. Mieliśmy świetny skład, naprawdę dobre perspektywy i ten – często bardzo pożądany w przypadku jakiegokolwiek zespołu – młodzieńczy wkurw i bezczelność, które to były swoistym paliwem dla naszych działań, ale też, jak się okazało, paliwem do swoistej samo-destrukcji. Co się stało? Rock and roll w ostatniej jego fazie plus pierdyliard innych czynników na raz. Pavulon zaczął wtedy grać w Vader więc już na potrzeby mojej pierwszej trasy z Crionics, jaką zagraliśmy z Rotting Christ, musieliśmy w zastępstwie za niego szukać innego człowieka. Zatrudniliśmy nikomu jeszcze szerzej nieznanego wówczas Jamesa Stewarta, po czym Paweł zmienił barwy na Decapitated, a James dołączył do Vader (później zasilił skład Dekapów, z którymi gra do dzisiaj). Na którąś z kolejnych tras wzięliśmy sesyjnie Lucassa – jak powszechnie wiadomo, to wszystko mega-utalentowani, najlepsi z najlepszych bębniarzy, aczkolwiek trudno było wtedy, przez wszystkie te zawirowania, któregokolwiek z nich nazwać pełnoprawnym członkiem Crionics. Jednocześnie Vac-V (klawiszowiec Crionics) zaczął w tamtym okresie ogarniać technikę dla innych zespołów (dzisiaj pracuje m.in. dla gigantów pokroju Mayhem oraz Dimmu Borgir), Yanuary skupił się na własnym studio, ja z Brovarem natomiast mieliśmy pomysł na jakiś nowy band, ale ostatecznie wszystko, łącznie z Crionics, rozeszło się po kościach.
Oprócz Ephialtes drugim czynnym zespołem, w którym się udzielasz jest Asgaard. Myślisz, że jest szansa, że zespół wróci jeszcze do regularnego lub chociaż okazjonalnego grania? Chodzą słuchy, że bracia Kostrzewa rzeźbią jakieś nowe riffy…
Wątpię, by Asgaard kiedykolwiek jeszcze wystąpił na żywo. Oczywiście „nigdy nie mów nigdy”, wydaje mi się jednak, że formuła przeobrażenia regularnego zespołu w projekt studyjny, jaką obraliśmy w okolicach „Stairs to nowhere”, jest dla Asgaard najbardziej dziś chyba optymalna. I tak, ponoć coś tam Bracia K. rzeźbią, póki co jednak niczego z tych nowych rzeczy nie słyszałem.

Fot. Ilona Matuszewska
To trochę rozczarowujące... No dobrze, może to jeszcze nie pora na takie rozkminy ale masz już za sobą prawie trzy dekady doświadczeń na scenie. Jak oceniasz swoją drogę muzyczną z perspektywy czasu?
Przez wszystkie te lata nagrałem sporo płyt, zagrałem mnóstwo koncertów w przeróżnych, czasem bardzo egzotycznych zakątkach świata, dzieliłem sceny z wieloma wspaniałymi zespołami, w których twórczości rozkochiwałem się jeszcze jako małolat, poznałem mnóstwo wspaniałych ludzi – za to wszystko jestem losowi naprawdę wdzięczny. Wciąż jednak odczuwam głód tworzenia i podbijania. Nie wyobrażam sobie życia bez muzyki i mam nadzieję, że będę mógł się nią zajmować możliwie długo, a nawet jeden dzień dłużej.
Dziękuję za rozmowę. Ostanie słowo należy do Ciebie.
To ja bardzo dziękuję. Pozdrawiam też Ciebie, Drogi Czytelniku, Ciebie, któryś dotrwał do końca!
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Wywiady

Fot. Maciej Gębacz
Niedługo miną dwa lata od wydania „Melas Oneiros” zespołu Ephialtes, którego spiritus movens Quazarre, prywatnie Przemysław Olbryt, znany jest z wieloletnich występów w Asgaard, Devilish Impressions i Crionics. Kilka miesięcy temu zespół zjechał Polskę wzdłuż i wszerz jako bezpośredni support przed Patriarkh na trasie Hacele 2026. W oczekiwaniu na następcę zdecydowałem się poprosić frontmana zespołu o kilka refleksji na temat Ephialtes i nie tylko…
Przemek, znamy się już ponad dwadzieścia lat, a wychodzi na to, że to dopiero druga taka oficjalna rozmowa w formie wywiadu jaką z Tobą przeprowadzam…
Ojej, dopiero druga? Hmm, faktycznie, jeśli dobrze pamiętam to rozmawialiśmy kiedyś przy okazji jakiejś premiery Asgaard czy może Devilish Impressions? Za to tych rozmów nieoficjalnych, prowadzonych o rozmaitych porach dnia i nocy, w bardzo różnych stanach ciała czy umysłu jest za nami ilość chyba niezliczona.
Mam wrażenie, że mimo wszystko czas się obszedł z Tobą dość łagodnie. Wiem, że ostatnie lata były dla Ciebie dość „burzliwe”… Mimo wszystko nagrałeś nową płytę, wróciłeś do grania i chyba szybko nie powiesisz gitary na kołku, prawda?
Na kołku raczej nie, bo… koty mogłyby zrzucić, hahaha! Dość łagodnie? Wiesz dobrze, że z Diabłem dawno temu pakt podpisałem, stąd lat przybywa mi na tyle, by zgodność oficjalnie dotrzymywać z metryką li tylko i wyłącznie na potrzeby spraw doczesnych;-) Czy wróciłem do grania? Przecież ja nigdy od grania nie odszedłem. Fakt, mieliśmy kilka lat przerwy od koncertowania, ale to wynik nawarstwienia się wielu przeróżnych okoliczności, począwszy od niesławnej ery pandemii poprzez późniejsze perypetie, jakie pojawiły się w życiu każdego z nas. Czy możesz nam opowiedzieć skąd pomysł, żeby nagrać płytę pod nowym szyldem. Przez ostatnie lata, nie licząc epizodu w Crionics, występowałeś głównie z Devilish Impressions. Co się zmieniło, że zdecydowałeś się na taką zmianę i czy to jest tylko „podmianka szyldu” czy kryje się za nią coś więcej?
Ephialtes to kompletnie nowy rozdział w moim artystycznym curriculum vitae. Owszem, z pewnych względów sporo osób będzie - i ma oczywiście jak największe ku temu prawo, a po części i rację - postrzegać Ephialtes prze pryzmat tego, co jako ostatnie pozostawiłem światu pod szyldem Diabelskich Impresji. Tym bardziej, że nowy zespół w ¾ tworzą dokładnie te same osoby, co w/w. Jest to jednak, co za każdym razem wyraźnie podkreślam, totalnie nowy, odrębny byt. I – żeby była jasność - absolutnie nie odżegnuję się tutaj od czegokolwiek, co przez lata popełniłem z Devilish Impressions. Nagraliśmy kilka świetnie przyjętych płyt, zlecieliśmy wzdłuż i wszerz pewnie z pół świata i... niewykluczone, że gdzieś tam, kiedyś, pojawi się kolejny materiał pod tym sztandarem. Na chwilę obecną jednak to Ephialtes jest tak dla mnie, jak i dla pozostałych zespołem priorytetowym. Natomiast różnice między tym, co proponujemy jako Ephialtes, a Devilish Impressions dla wprawionego ucha są mimo wszystko nad wyraz zauważalne. I chociaż granic w zakresie przełamywania konwencji nie stawialiśmy sobie nigdy, Ephialtes jawi się jako twór charakteryzujący się zdecydowanie większą dozą melodyjności, czy może wręcz przebojowości. Ups, czy takie określenie w ogóle przystoi w ramach gatunku? Żartuję oczywiście, z natury jestem nonkonformistą, dlatego pewne „zasady” łamię nie tylko z premedytacją, ale i nieskrywaną przyjemnością.
W takim razie opowiedz nam nieco więcej o okolicznościach powstawania „Melas Oneiros”. Szczególnie ciekawi mnie metoda pisania numerów np. w porównaniu z tym jak powstawały kawałki Devilish Impressions.
Metodyka mojej pracy pozostaje w sumie niezmienna, niezależnie od tego, dla którego z zespołów komponuję. Pewne pomysły czy melodie rodzą się często najpierw w mojej głowie, po czym przenoszę je na określone instrumenty, w szczególności oczywiście na gitary, wokale, czasami na partie instrumentów klawiszowych. Czasem są to zaledwie zalążki pomysłów, które to stopniowo później rozbudowuję dodając kolejne warstwy, bawiąc się aranżacjami itd. Innym razem siadam z gitą i po prostu gram rejestrując na bieżąco to, co w danej chwili w duszy mi gra i wychodzi spod palców.

Fot. Robert Zembrzycki
A uważasz się za „control freaka”? Pytam o to w kontekście tego jak powstawały Twoje ostatnie płyty. Byłeś na nich często sam sobie żaglem, sterem i okrętem. Jesteś odpowiedzialny za kompozycje, rejestrację śladów i na pewno też ostro piłujesz realizatora, żeby osiągnąć zamierzony cel. Czy pozostali członkowie zespołu mieli jakiś wpływ na „Melas Oneiros”?
Ponoć charakter człowieka jakoś szczególnie się nie zmienia, więc podobnie jak w przypadku Devilish Impressions tak i tutaj jestem osobą najbardziej decyzyjną. Z ogromnym pietyzmem siedzę nad właściwie każdym etapem zarówno nagrań, jak i post-produkcji. Jednak, mimo iż jestem głównym autorem muzyki i tekstów Ephialtes, np. wymyślenie partii basu czy aranż bębnów pozostawiłem chłopakom. Bo to nie jest tak, że absolutnie nie dopuszczam nikogo do procesu tworzenia. Jedynym kryterium jest to, czy pomysł przedstawiony przez kogoś innego wpisuje się w pewną stworzoną przez mnie wizję tego zespołu. Już teraz mogę ujawnić, że na „dwójce” Ephialtes pojawi się np. kilka zajebistych rzeczy autorstwa drugiego gitarzysty (Hubert ‘Stiggma’ Wawrzyniak – dop.).
Zawsze wydawało mi się, że jesteś typowym „zwierzęciem scenicznym”. Że dopiero na dechach odpalasz się na maxa przez co muzyka, czy to Devilish Impressions czy Ephialtes bardzo zyskuje. Zgodzisz się z takim stwierdzeniem?
Zdecydowanie! Uwielbiam scenę, uwielbiam kontakt z publicznością, adrenalinę, jaką wyzwala moment wejścia na dechy... Uwielbiam atmosferę, a nawet zapach klubów i sal koncertowych. No i to nieuchwytne zespolenie emocji łączące ludzi uczestniczących w tym swoistym misterium, jakim bez wątpienia jest koncert.

Fot. Ilona Matuszewska
W marcu zjechałeś Polskę z Patriarkh (i nie tylko). Grałeś wiele tego typu „przejazdów” i masz porównanie. Teraz, gdy już kurz opadł, możesz ocenić jak ta trasa wypadła?
To był naprawdę fenomenalny przelot. Udany nie tylko pod kątem osobowościowym, ale i poprzez dość mocno, rzekłbym, zróżnicowany line-up oferujący uczestnikom każdego z koncertów naprawdę szerokie muzyczno-wizualne spektrum. Do tego świetne kluby, profesjonalizm wszystkich osób odpowiedzialnych za produkcję trasy, no i rewelacyjna frekwencja w większości miast, w których zagraliśmy. Czy można chcieć więcej? Jesteśmy bardzo wdzięczni Bartkowi z Patriarkh za zaproszenie i za możliwość przedstawienia twórczości Ephialtes tak szerokiej publiczności.
Nie macie w planach zrobić jakiejś rundy po Europie? Wydaje mi się, że to co gra Ephialtes zarówno w Niemczech jak i we Francji trafiłoby na podatny grunt…
Wiesz co, jeszcze całkiem niedawno były do tego dość poważne przymiarki, współpracowaliśmy nawet z pewnymi agentami, którzy do tematu zasiedli, nie na tyle poważnie jednak, by wyszło z tego coś konstruktywnego. Finalnie zrezygnowaliśmy. Nie dlatego, że tego nie chcemy, przeciwnie. Wciąż bardzo zależy nam, by taką trasę zagrać, ale by zrobić to na możliwie najlepszych warunkach. W przerwie od grania dłubiesz już jakieś nowe numery?
Nadchodzi jesień, a to taki okres, kiedy to moja twórcza płodność rozkwita bardziej, niż o jakiejkolwiek innej porze roku...
Gdybyś miał porównać początki Devilish Impressions (okres „Plurima Mortis Imago”) a nowe otwarcie z Ephialtes. Dużo się zmieniło z punktu widzenia grania w zespole?
Zmieniło się niemal wszystko. Wiesz, Devilish Impressions założyłem oficjalnie w roku 2000, jednak zainteresowani wiedzą, iż w rozmaitych, lokalnych składach grałem już od 1994. O rozwoju technologii i związanej z nim różnicy sprzętowej nawet chyba nie ma co mówić, bo to kwestia nad wyraz oczywista, przynajmniej dla ludzi nieco starszych, do których to siłą rzeczy dziś się zaliczam. Zmieniła się scena, jej etos, zmieniły się formy komunikacji międzyludzkiej. Inne są dziś nie tylko sposoby promocji, ale i sposoby obcowania z muzyką. Mam wrażenie, że w obecnych czasach, z racji powszechnie już obecnej kultury konsumpcji, którą to w największym skrócie można określić mianem „instant”, trudno o tak silną emocjonalnie więź, tę nieuchwytną bliskość, jaka dawniej łączyła fanów z propozycją danego artysty. Znacznie mniej dzisiaj tych wszystkich wariatów i zapaleńców, którzy z albumem określonego twórcy zaznajamiali się w sposób dosłownie absolutny. Teraz większość z nas scrolluje tekst po przeczytaniu kilku wersów, albo też po wysłuchaniu kilkunastu sekund nowego singla danego zespołu przerzuca track na kolejny, i kolejny, i kolejny. I tak bez końca. Bezwiednie, kompulsywnie, bezsensownie. Do tego mając poczucie jakiejś wyjątkowej zdolności czy nawet predestynacji do tak naprawdę równie bezwiednej, kompulsywnej i bezsensownej oceny owoców pracy innych ludzi. Smutne to, aczkolwiek chyba nie ma nawet co próbować z tym walczyć. Jesteśmy zalewani miliardem informacji, tonami nowych premier setek tysięcy artystów, którzy na swoim kompie właśnie nagrali album stulecia. Jedyną metodą jest cedzenie tego wszystkiego przez sito. Jeśli zaś chodzi o zmiany postrzegane stricte z perspektywy grania w zespole to wydaje mi się, że pewne kwestie pozostają niezmienne. Najważniejsza nadal jest szczerość przekazu, wiara w siłę własnej twórczości i pozostawanie w zgodzie z samym sobą.
Skoro jesteśmy już przy wspominkach. Nie mogę nie zapytać o Twój „epizod” z Crionics. Wydawało się wtedy, że kapela z Tobą na wokalu ruszyła znowu z kopyta i nic jej nie zatrzyma. Życie miało jednak inne plany. Co się stało?
Istotnie, po wydaniu EPki „N.O.I.R.” szliśmy jak burza. W ramach promocji tejże zagraliśmy grubo ponad 100 koncertów, tak w kraju, jak i za granicą i faktycznie w tamtym okresie wydawało się, że nic nie jest w stanie nas zatrzymać. Mieliśmy świetny skład, naprawdę dobre perspektywy i ten – często bardzo pożądany w przypadku jakiegokolwiek zespołu – młodzieńczy wkurw i bezczelność, które to były swoistym paliwem dla naszych działań, ale też, jak się okazało, paliwem do swoistej samo-destrukcji. Co się stało? Rock and roll w ostatniej jego fazie plus pierdyliard innych czynników na raz. Pavulon zaczął wtedy grać w Vader więc już na potrzeby mojej pierwszej trasy z Crionics, jaką zagraliśmy z Rotting Christ, musieliśmy w zastępstwie za niego szukać innego człowieka. Zatrudniliśmy nikomu jeszcze szerzej nieznanego wówczas Jamesa Stewarta, po czym Paweł zmienił barwy na Decapitated, a James dołączył do Vader (później zasilił skład Dekapów, z którymi gra do dzisiaj). Na którąś z kolejnych tras wzięliśmy sesyjnie Lucassa – jak powszechnie wiadomo, to wszystko mega-utalentowani, najlepsi z najlepszych bębniarzy, aczkolwiek trudno było wtedy, przez wszystkie te zawirowania, któregokolwiek z nich nazwać pełnoprawnym członkiem Crionics. Jednocześnie Vac-V (klawiszowiec Crionics) zaczął w tamtym okresie ogarniać technikę dla innych zespołów (dzisiaj pracuje m.in. dla gigantów pokroju Mayhem oraz Dimmu Borgir), Yanuary skupił się na własnym studio, ja z Brovarem natomiast mieliśmy pomysł na jakiś nowy band, ale ostatecznie wszystko, łącznie z Crionics, rozeszło się po kościach.
Oprócz Ephialtes drugim czynnym zespołem, w którym się udzielasz jest Asgaard. Myślisz, że jest szansa, że zespół wróci jeszcze do regularnego lub chociaż okazjonalnego grania? Chodzą słuchy, że bracia Kostrzewa rzeźbią jakieś nowe riffy…
Wątpię, by Asgaard kiedykolwiek jeszcze wystąpił na żywo. Oczywiście „nigdy nie mów nigdy”, wydaje mi się jednak, że formuła przeobrażenia regularnego zespołu w projekt studyjny, jaką obraliśmy w okolicach „Stairs to nowhere”, jest dla Asgaard najbardziej dziś chyba optymalna. I tak, ponoć coś tam Bracia K. rzeźbią, póki co jednak niczego z tych nowych rzeczy nie słyszałem.

Fot. Ilona Matuszewska
To trochę rozczarowujące... No dobrze, może to jeszcze nie pora na takie rozkminy ale masz już za sobą prawie trzy dekady doświadczeń na scenie. Jak oceniasz swoją drogę muzyczną z perspektywy czasu?
Przez wszystkie te lata nagrałem sporo płyt, zagrałem mnóstwo koncertów w przeróżnych, czasem bardzo egzotycznych zakątkach świata, dzieliłem sceny z wieloma wspaniałymi zespołami, w których twórczości rozkochiwałem się jeszcze jako małolat, poznałem mnóstwo wspaniałych ludzi – za to wszystko jestem losowi naprawdę wdzięczny. Wciąż jednak odczuwam głód tworzenia i podbijania. Nie wyobrażam sobie życia bez muzyki i mam nadzieję, że będę mógł się nią zajmować możliwie długo, a nawet jeden dzień dłużej.
Dziękuję za rozmowę. Ostanie słowo należy do Ciebie.
To ja bardzo dziękuję. Pozdrawiam też Ciebie, Drogi Czytelniku, Ciebie, któryś dotrwał do końca!
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Wywiady








