CORROSION OF CONFORMITY – “Good God / Baad Man” (2026)
Autor: Wadim Filiks
Data dodania: 21-08-2026
Wyświetleń: 335

Corrosion of Conformity – “Good God / Baad Man” (2026)
Nuclear Blast Records
To będzie dramat w trzech aktach.
Akt pierwszy. Antycypacja.
W ostatnich latach przyszłość Corrosion of Conformity wisiała na włosku. Po śmierci perkusisty Reeda Mullina w 2020 roku oraz po odejściu Mike’a Deana w 2024 roku, wielu postawiło krzyżyk na dalszej działalności C.O.C. Decyzja oryginalnego basisty i wokalisty kapeli z Raleigh w Karolinie Północnej zbiegła się jednak z informacją o planowym powrocie grupy do studia. Nie wiadomo było jednak, czy nowy album rzeczywiście powstanie.
Pepper Keenan wziął ciężar nowego krążka na swoje barki. Kapela zatrudniła nowego basistę, znanego m.in. z udziału w sesjach do Down IV – Part 2 Bobby’ego Landgrafa. Za zestaw perkusyjny powrócił Stanton Moore, który grał już z C.O.C. na ich płycie I n the Arms of God w 2005 roku. Wszystko wskazywało na to, że antycypacja znajdzie swój kres. Oto po ośmiu latach od premiery No Cross No Crown światło dzienne w kwietniu 2026 roku ujrzała płyta Good God / Baad Man .
Akt drugi. Dezorientacja.
Nie pamiętam, ile razy zabierałem się do napisania tej recenzji.
Musiało minąć prawie pół roku, żebym w końcu zdobył się na odwagę przesłuchania krążka od deski do deski. Zwykle odpadałem po kilku numerach, co zaraz postaram się wyjaśnić.
Mój stosunek do twórczości Corrosion of Conformity jest raczej ambiwalentny. Trzy wydane w latach 90. albumy – Blind , Deliverance i Wiseblood – stoją na moim osobistym podium płyt studyjnych grupy (w kolejności dowolnej). Jednocześnie nie są to dźwięki, do których powracam regularnie, jak w przypadku innych przedstawicieli sceny NOLA.
Do jedenastego albumu w dyskografii kapeli poruszającej się po cienkiej granicy między southern metalem i sludgem podszedłem jednak pełen optymizmu. Początkowo byłem oczarowany tym, co usłyszałem po włączeniu Good God? / Final Dawn . Później moje odczucia zmieniały się kilkurotnie.
Otwierający ten emocjonalny rollercoaster numer zaczyna się od instrumentalnego intro na gitarze, do którego po chwili dołącza rozpędzona sekcja rytmiczna, która atakuje znienacka, łącząc klimat sprzed trzech dekad z nowoczesną produkcją. Pepper jest tu w swoim żywiole, kładąc nie tylko gitary przewodnie, ale i linie basu. „Mózgiem” tej kompozycji, podobnie jak większości kawałków na Good God / Baad Ma n jest Woody Weatherman, jedyny współzałożyciel C.O.C. w obecnym składzie.
Dalej mamy You or Me z połamanymi i poszarpanymi gitarami Woody’ego i Peppera, nieco bardziej bluesowym zacięciem, a przy tym wciąż odczuwalnym zakorzenieniem w klasycznych albumach grupy. Wszystko zmienia się po niespełna trzech minutach, gdy kompozycja przechodzi w zupełnie inną stylistykę i tempo. Utwór z jednej strony dziwny, z drugiej zaś należy do najmocniejszych punktów zaczepienia na płycie.
Płynne przejście w Gimme Some More to kolejne spojrzenie wstecz, bazujące na szybkości i agresji. Zespół nie zwalnia ani na chwilę, co czyni ten materiał świetnym singlem promującym całość. Kolejny na liście jest The Handler , którym muzycy udowadniają, że w nieco wolniejszych i bardziej psychodelicznych klimatach też potrafią dołożyć do pieca.
Wszystko zwalnia na czas instrumentalnego Bedouin’s Hand , zakorzenionego mocno w klimatach bliskowschodnich i północnoafrykańskich. Miałem wrażenie, jakbym słuchał nowego Mdou Moctar, a nie Corrosion of Conformity. Nie zrozumcie mnie źle, utwór jest świetny, ale nie pasuje mi do koncepcji tego krążka.
Szczęśliwie po chwili wracają starzy dobrzy południowcy, a pierwszą połowę albumu zamyka Run For Your Life . Najdłuższa, ponad dziewięciominutowa kompozycja eksploruje kierunek bardziej doomowy, powolny i ciężki. Za narrację pod koniec numeru odpowiedzialny jest Jason Everman, który w 1994 roku porzucił karierę muzyka na rzecz służby w armii amerykańskiej.
Drugą część wydawnictwa otwiera Baad Man, który na tle poprzednich numerów brzmi jak ponury żart. Trochę tu funku, trochę rocka w wydaniu Living Colour, a momentami trochę blues rockowej zabawy w stylu późniejszego ZZ Top. Mam wrażenie, że muzykom przyświecały tutaj słowa wypowiadane przez córkę Peppera, Flannery Keenan, która w kolejnym numerze, Lose Yourself mówi: I think we’ve fone too far. I think we’ve lost ourselves.
Instrumentalny zapychacz w postaci Mandra Sonos prowadzi słuchacza do najmocniejszego punktu na tej połowie albumu. Asleep on the Killing Floor . Najlepszy przykład na to, że groove metal wciąż ma się dobrze. To również dobry moment, by pochwalić Stantona Moore’a za sekcję perkusyjną, która w tych bardziej elektryzujących kawałkach stanowi jeden z charakterystycznych czynników płyty. Oficjalnie jednak w tym roku pałeczkę (sic!) perkusisty przejął Nick Shabatura.
Przed nami jeszcze cztery utwory, przez które najtrudniej było mi przebrnąć. Handcuff County wraca do stylistyki blues rocka, przypominając mi o twórczości grupy George Thorogood & The Destroyers. Swallowing the Anchor to kolejny joke entry, którego nie potrafię traktować poważnie. Brickman to akustyczne dziełko, osadzone gdzieś pomiędzy Jar of Flies z repertuaru Alice in Chains a twórczością Nicka Cave’a. Płytę zamyka ciężkie Forever Amplified , gdzie Peppera wspiera Angelina „Jelly” Joseph, a jej wokale przywodzą na myśl udział Merry Clayton w Gimme Shelter Stonesów czy Clare Torry w The Great Gig in the Sky Floydów.
Akt trzeci. Akceptacja.
Dźwiękami monitora pracy serca kończy się ta ponad godzinna podróż. Czasem jest good, czasem bad. Jeżeli taki był zamysł przed nagraniem albumu, to muzycy Corrosion of Conformity odnieśli sukces. Nam pozostaje to zaakceptować – może i nie każdy (w tym ja) będzie całkowicie usatysfakcjonowany wszystkimi kompozycjami na Good God / Baad Man , ale i tak jestem przekonany, że warto choć raz przesłuchać ten krążek. Z plusów – Pepper Keenan udowadnia, że jest w świetnej formie, co można uznać za dobry prognostyk przed nadchodzącą premierą Volume V supergrupy Down.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje

Corrosion of Conformity – “Good God / Baad Man” (2026)
Nuclear Blast Records
To będzie dramat w trzech aktach.
Akt pierwszy. Antycypacja.
W ostatnich latach przyszłość Corrosion of Conformity wisiała na włosku. Po śmierci perkusisty Reeda Mullina w 2020 roku oraz po odejściu Mike’a Deana w 2024 roku, wielu postawiło krzyżyk na dalszej działalności C.O.C. Decyzja oryginalnego basisty i wokalisty kapeli z Raleigh w Karolinie Północnej zbiegła się jednak z informacją o planowym powrocie grupy do studia. Nie wiadomo było jednak, czy nowy album rzeczywiście powstanie.
Pepper Keenan wziął ciężar nowego krążka na swoje barki. Kapela zatrudniła nowego basistę, znanego m.in. z udziału w sesjach do Down IV – Part 2 Bobby’ego Landgrafa. Za zestaw perkusyjny powrócił Stanton Moore, który grał już z C.O.C. na ich płycie I n the Arms of God w 2005 roku. Wszystko wskazywało na to, że antycypacja znajdzie swój kres. Oto po ośmiu latach od premiery No Cross No Crown światło dzienne w kwietniu 2026 roku ujrzała płyta Good God / Baad Man .
Akt drugi. Dezorientacja.
Nie pamiętam, ile razy zabierałem się do napisania tej recenzji.
Musiało minąć prawie pół roku, żebym w końcu zdobył się na odwagę przesłuchania krążka od deski do deski. Zwykle odpadałem po kilku numerach, co zaraz postaram się wyjaśnić.
Mój stosunek do twórczości Corrosion of Conformity jest raczej ambiwalentny. Trzy wydane w latach 90. albumy – Blind , Deliverance i Wiseblood – stoją na moim osobistym podium płyt studyjnych grupy (w kolejności dowolnej). Jednocześnie nie są to dźwięki, do których powracam regularnie, jak w przypadku innych przedstawicieli sceny NOLA.
Do jedenastego albumu w dyskografii kapeli poruszającej się po cienkiej granicy między southern metalem i sludgem podszedłem jednak pełen optymizmu. Początkowo byłem oczarowany tym, co usłyszałem po włączeniu Good God? / Final Dawn . Później moje odczucia zmieniały się kilkurotnie.
Otwierający ten emocjonalny rollercoaster numer zaczyna się od instrumentalnego intro na gitarze, do którego po chwili dołącza rozpędzona sekcja rytmiczna, która atakuje znienacka, łącząc klimat sprzed trzech dekad z nowoczesną produkcją. Pepper jest tu w swoim żywiole, kładąc nie tylko gitary przewodnie, ale i linie basu. „Mózgiem” tej kompozycji, podobnie jak większości kawałków na Good God / Baad Ma n jest Woody Weatherman, jedyny współzałożyciel C.O.C. w obecnym składzie.
Dalej mamy You or Me z połamanymi i poszarpanymi gitarami Woody’ego i Peppera, nieco bardziej bluesowym zacięciem, a przy tym wciąż odczuwalnym zakorzenieniem w klasycznych albumach grupy. Wszystko zmienia się po niespełna trzech minutach, gdy kompozycja przechodzi w zupełnie inną stylistykę i tempo. Utwór z jednej strony dziwny, z drugiej zaś należy do najmocniejszych punktów zaczepienia na płycie.
Płynne przejście w Gimme Some More to kolejne spojrzenie wstecz, bazujące na szybkości i agresji. Zespół nie zwalnia ani na chwilę, co czyni ten materiał świetnym singlem promującym całość. Kolejny na liście jest The Handler , którym muzycy udowadniają, że w nieco wolniejszych i bardziej psychodelicznych klimatach też potrafią dołożyć do pieca.
Wszystko zwalnia na czas instrumentalnego Bedouin’s Hand , zakorzenionego mocno w klimatach bliskowschodnich i północnoafrykańskich. Miałem wrażenie, jakbym słuchał nowego Mdou Moctar, a nie Corrosion of Conformity. Nie zrozumcie mnie źle, utwór jest świetny, ale nie pasuje mi do koncepcji tego krążka.
Szczęśliwie po chwili wracają starzy dobrzy południowcy, a pierwszą połowę albumu zamyka Run For Your Life . Najdłuższa, ponad dziewięciominutowa kompozycja eksploruje kierunek bardziej doomowy, powolny i ciężki. Za narrację pod koniec numeru odpowiedzialny jest Jason Everman, który w 1994 roku porzucił karierę muzyka na rzecz służby w armii amerykańskiej.
Drugą część wydawnictwa otwiera Baad Man, który na tle poprzednich numerów brzmi jak ponury żart. Trochę tu funku, trochę rocka w wydaniu Living Colour, a momentami trochę blues rockowej zabawy w stylu późniejszego ZZ Top. Mam wrażenie, że muzykom przyświecały tutaj słowa wypowiadane przez córkę Peppera, Flannery Keenan, która w kolejnym numerze, Lose Yourself mówi: I think we’ve fone too far. I think we’ve lost ourselves.
Instrumentalny zapychacz w postaci Mandra Sonos prowadzi słuchacza do najmocniejszego punktu na tej połowie albumu. Asleep on the Killing Floor . Najlepszy przykład na to, że groove metal wciąż ma się dobrze. To również dobry moment, by pochwalić Stantona Moore’a za sekcję perkusyjną, która w tych bardziej elektryzujących kawałkach stanowi jeden z charakterystycznych czynników płyty. Oficjalnie jednak w tym roku pałeczkę (sic!) perkusisty przejął Nick Shabatura.
Przed nami jeszcze cztery utwory, przez które najtrudniej było mi przebrnąć. Handcuff County wraca do stylistyki blues rocka, przypominając mi o twórczości grupy George Thorogood & The Destroyers. Swallowing the Anchor to kolejny joke entry, którego nie potrafię traktować poważnie. Brickman to akustyczne dziełko, osadzone gdzieś pomiędzy Jar of Flies z repertuaru Alice in Chains a twórczością Nicka Cave’a. Płytę zamyka ciężkie Forever Amplified , gdzie Peppera wspiera Angelina „Jelly” Joseph, a jej wokale przywodzą na myśl udział Merry Clayton w Gimme Shelter Stonesów czy Clare Torry w The Great Gig in the Sky Floydów.
Akt trzeci. Akceptacja.
Dźwiękami monitora pracy serca kończy się ta ponad godzinna podróż. Czasem jest good, czasem bad. Jeżeli taki był zamysł przed nagraniem albumu, to muzycy Corrosion of Conformity odnieśli sukces. Nam pozostaje to zaakceptować – może i nie każdy (w tym ja) będzie całkowicie usatysfakcjonowany wszystkimi kompozycjami na Good God / Baad Man , ale i tak jestem przekonany, że warto choć raz przesłuchać ten krążek. Z plusów – Pepper Keenan udowadnia, że jest w świetnej formie, co można uznać za dobry prognostyk przed nadchodzącą premierą Volume V supergrupy Down.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje








