AngielskiPolski
Koszyk 0
Twój koszyk jest pusty...
Strona główna » Blog » Recenzje » WORM – „Necropalace” (2026)
  • sauron

Prześlij nam swój adres e-mail, a my powiadomimy Cię o nowych produktach, najlepszych cenach, promocjach i wyprzedażach.

 
  • Ilość produktów: 395
  • Ilość kategorii: 33
  • Ilość promocji: 38
  • Ilość nowości: 28
  • Aktualnie klientów na stronie: 4
  • Sklep odwiedziło: 1292603 klientów
  • Sklep działa od: 09-01-2015

WORM – „Necropalace” (2026)

Autor: Fabian Filiks Data dodania: 03-06-2026 Wyświetleń: 568
alt

WORM – „Necropalace” (2026)
Century Media Records

Nostalgiczna podróż ścieżką wspomnień czy może black metalowy cosplay? To trochę cios poniżej pasa, choć można zrozumieć wątpliwości jakie budzi nowe wcielenie pochodzącego z Florydy zespołu Worm. Mimo sporego stażu na amerykańskiej scenie (początki projektu sięgają 2014 roku) wydaje się, że to dopiero „Necropalace” zwrócił szerszą uwagę na ten projekt/zespół. Na pewno „nie bez winy” jest tu wydanie pod skrzydłami CM oraz „VHSowy” klip do numeru tytułowego – szeroko komentowany na YT w innych social mediach. Wizualny aspekt tego wydawnictwa to jedno. Inspiracje (bardzo mocne!) wczesnym Dimmu Borgir, Cradle of Filth, Ancient czy Limbonic Art to drugie. A co z samą muzyką? Na ile ona broni się sama bez tego marketingu bazującego na sentymentalizmie? 

Myślę, że trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Tego typu wydawnictwa zawsze będą polaryzujące. Ukazują się niejako „w nie swoim czasie”, co utrudnia ich obiektywną ocenę. Gdyby „Necropalace” ujrzało światło dzienne pod koniec lat 90-tych na pewno byłoby płytą dużą, może nawet ważną. Problem w tym, że ta płyta wyszła dwadzieścia kilka lat po tym jak ukazały się najlepsze płyty wspomnianych wcześniej kapel, więc tego statusu kultowości raczej nigdy nie osiągnie. Tu nie ma oryginalności. Jest sporo odtwórczości i "hołdowania" klasykom tego typu grania. Nie zmienia to jednak faktu, że ten krążek jest dobry, dobrze napisany i nagrany i na tle tego, co się obecnie hołubi wyróżnia się swoją anachronicznością. Należy pamiętać, że materiał został zrealizowany współczesnymi środkami w studiu Elektric City Recording w Portland. Retro-feeling tu jest, ale to nie jest to samo, co nagrywanie na taśmie w latach 90-tych. Wydaje się, że Phantom Slaughterer dobrze o tym wie stąd jego list miłosny do sympho-blacku tamtych lat (tym razem) nie jest próbą rekonstrukcji historycznej. 

Napisałem „tym razem”, gdyż, jeśli przesłuchacie poprzednie wydawnictwa Worm to usłyszycie, że w dużej mierze różnią się od „Necropalace” . Na takim „Gloomlord” sprzed sześciu lat przeważają doomowe klimaty zaś na wydanym w 2021 „Foreverglade” mamy specyficzny amalgamat death i trochę black metalu (wciąż w doomowym sosie). Nie wydaje mi się, żeby lider Worm był jakimś „muzycznym kameleonem” i skakał po stylach wyłącznie dla swojej przyjemności. To raczej specyficzna ścieżka rozwoju, którą podąża, co słychać w tym jak zmienia się, jakość (a przede wszystkim umiejętności) nie tylko produkcji, ale przede wszystkim aranżów. Przez te wszystkie lata Worm przeszedł drogę od dość prostego (czyt. krzywego) metalowego ciosania o piwniczym brzmieniu do dobrze wyprodukowanego symfonicznego black metalu (w stylu retro) z progowym zacięciem. Może faktycznie wpłynął na niego dokument „ Until the Light Takes Us” ? Może miał to wszystko w sobie od początku. Niezależnie od tego jego aktualne wcielenie wydaje się być szczere i niewymuszone. Trudno mu zarzucić jakiś koniunkturalizm. Tego typ granie wciąż stanowi ciekawostkę, choć rośnie zainteresowanie „retro metalem”, czego dowodem może być „sukces” Castle Rat czy Void

Worm jednak nie gra tak przebojowo jak wspomniane powyżej zespoły (notabene też z USA). Tu kompozycje są nieco rozciągnięte, płynące i wielowątkowe (np. „Halls of Weeping” ). Nie brakuje tu patosu i przesady (utwór tytułowy i po części także „Dragon Dreams” ) oraz intensywności i polotu (szczególnie w „The Night Has Fangs”). Monumentalny „Witchmoon: The Infernal Masquerade” z gościnnym udziałem Marty’ego Friedmana (chyba nie trzeba go przedstawiać, prawda?) wieńczy dzieło i stawia przysłowiową kropkę nad „i”.

Godzinny „Necropalace” dobiega końca i zostawia słuchacza z pogłębionym uczuciem nostalgii. Tą tęsknotą za czymś, co wydawało się nam prostsze, czystsze i prawdziwsze niż wszystko, co dotyka nas obecnie. I choć dla skażonych cynizmem post-postmodernizmu ludzi drugiej dekady XXI wieku to wszystko może wydawać się naiwne, przerysowane czy wręcz teatralne to jest zrobione sprawnie i z pomysłem. Muzyka Worm (w jego obecnym wcieleniu), moim zdaniem, broni się i zasługuje na docenienie. I nawet jeśli jest to jednorazowy „strzał” Phantom Slaughterera to było warto, przez filtr „Necropalace” , przypomnieć sobie co wielu z nas przyciągnęło do black metalu i przyznać, chociaż przed sobą, że był to pewnie nieco inny pałac, ale podobnież był w żałobie…
 


 

Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje

Reklama

Bestsellery

Newsletter

 

ostatnio oglądane produkty
Korzystanie z tej witryny oznacza wyrażenie zgody na wykorzystanie plików cookies. Więcej informacji możesz znaleźć w naszej Polityce Cookies.
Nie pokazuj więcej tego komunikatu