AngielskiPolski
Koszyk 0
Twój koszyk jest pusty...
Strona główna » Blog » Koncerty » Summer Dying Loud 2026 - Dzień 1 (Relacja)
  • wrzesien

Prześlij nam swój adres e-mail, a my powiadomimy Cię o nowych produktach, najlepszych cenach, promocjach i wyprzedażach.

 
  • Ilość produktów: 395
  • Ilość kategorii: 33
  • Ilość promocji: 38
  • Ilość nowości: 28
  • Aktualnie klientów na stronie: 4
  • Sklep odwiedziło: 1292656 klientów
  • Sklep działa od: 09-01-2015

Summer Dying Loud 2026 - Dzień 1 (Relacja)

Autor: Łukasz Sarnacki Data dodania: 04-09-2026 Wyświetleń: 268
alt

Summer Dying Loud 2026 - Dzień 1 (Relacja)

Aleksandrów Łódzki 03-05.09.2026

Sezon festiwalowy zamykam w tym roku w Aleksandrowie Łódzkim na SUMMER DYING LOUD - festiwalu pięknym, stosunkowo kameralnym i pełnym nie tylko sprawdzonych nazw, ale i zaskakujących odkryć. A skoro już o odkryciach mowa to…

…na teren MOSiRu dotarłem tuż przed startem duńskiego BAEST. Od lat obija mi się ta nazwa o oczy. Miałem ich na celowniku na tegorocznym BRUTALu, ale grali rano o 7:45 czy o jakiejś innej durnej godzinie, więc siłą rzeczy przeszli mi koło nosa. Nigdy natomiast nie ciągnęło mnie przesadnie, aby sięgnąć po ich muzykę w warunkach domowych. Podobało mi się. Mocno energetyczny występ, z dystansem adekwatnym do oferowanej muzyki. Zespół wyluzowany, bez napinki, z jajem, ale bez popadania w przesadny kabaret. Świetne kompozycje pełne groovu z dużą dozą dobrych riffów. Simon Olsen zaśpiewał jeden utwór w samym środku względnie niewielkiego jeszcze tłumu. Fajny gest podkreślający to, jak ten zespół się świetnie bawi wykonując swój pełen powietrza death metal. Bardzo pozytywny start.

alt

Wskoczyłem na chwilę do Krypty (czyli na małą scenę) na koncert DISSEC… a nie czekaj, na STELLAR BLIGHT. Kto kocha ich szwedzką główną inspirację, szczególnie z okresu albumu „Reinkaos” , ten w STELLAR znajdzie sporo dla siebie. Koncertowy skład złożony z muzyków, którzy z niejednego pieca chleb jedli, więc można było spodziewać się jakościowego występu. Ogólny odbiór trochę psuł mi dość kiepski sound. Najgorzej było, gdy wjeżdżały dwa wokale. Wówczas nie było słychać nic innego. Nieco „puszkowe” brzmienie mocno zaburzało klarowność muzyki. Całościowo ok, ale nic mi nie urwało i wszystkie części ciała pozostały na swoim miejscu.

alt

A potem wybrałem się w podróż do Japonii, która momentami była doświadczeniem na granicy mojego muzycznego komfortu. Próbowałem zrozumieć się z muzyką SIGH wiele razy i wczorajsza próba była czymś między fascynacją, zażenowaniem, konsternacją, a niepewnością... Nie bardzo wiem jak to ubrać w słowa. Moją uwagę przykuł świetnie brzmiący bębniarz umiejący w szybko, w wolno i w groove też. Całościowo natomiast było to na pewno oryginalne, ale czy szukam tego typu wrażeń w muzyce? Sam nie jestem do końca przekonany. Performance owszem, bardzo ciekawy. Nie od dziś wiadomo, że Japonia lubi w przesadę. Uroczo prezentował się też mały chłopiec z djembe, który udawał że gra. Zaprezentował pokaz władania nunchaku, robił rogi, wystawiał język i pocieszenie powstrzymywał ziewanie. Koncert, który pewnie zapamiętam na długo, ale czy sięgnę po ich muzykę w domu? Szczerze wątpię.

alt

Organizatorzy SUMMER DYING LOUD przyzwyczaili nas do tego, że często w ofercie posiadają kultowych, klasycznych reprezentantów starej szkoły metalu śmierci. Ja natomiast nigdy nie pałałem przesadnym uwielbieniem do death metalu w formie, jaką oferuje MASSACRE, dlatego ich koncert spłynął po mnie nieco obojętnie i podejrzewam, że zostawi na mnie podobne wrażenia jak zeszłoroczny GRAVE lub TERRORIZER. Czyli żadne. Nie moja para sztifli. Natomiast w pełni rozumiem tych, dla których był to koncert wczorajszego wieczoru. Kwestia gustu.

alt

LUCIFER był przeze mnie tego dnia najbardziej oczekiwanym zespołem. Ciekawość ogromna, bo nie dość, że zadziało się grubo w lineup’ie zespołu w ostatnim czasie, to w dodatku w ramach zastępstwa za garami zasiadł Waltteri Väyrynen znany m.in. z OPETH - absolutny przekot perkusji. Ale co tam Waltteri… Na basie w LUCIFER gra teraz pochodząca z Hiszpanii Claudia González Diaz. Ale jak Ona gra! I jak Ona śpiewa! I w ogóle jak Ona wszystko! Oh ta latynoska, gorrrrąca krew... Dobrze, już dobrze, schodzimy na ziemię i skupiamy się na muzyce. A wiec nigdy ich nie widziałem live, a jestem fanem od pierwszej płyty. No i, choć obawiałem się, że te wszystkie roszady, rozwody i inne sensacje wpłyną negatywnie na całokształt koncertowej formy LUCIFER, to muszę przyznać, że było to bezzasadne. Setlista przekrojowa, wykonanie perfekcyjne, energia wspaniała, no i najwyższa jakość oferowanego przez nich retro rocka z diabłem w tle. Rewelacyjny występ i już myślałem, że lepiej tego dnia nie będzie, ale…

alt

…po półgodzinnej przerwie na scenie pojawił się TRIPTYKON i pozamiatał mnie bezlitośnie. Podobnie zresztą jak miesiąc temu na BRUTAL ASSAULT. Koncert niemal bliźniaczy względem tego co widziałem w Czechach, ale możliwość doświadczenia tego ponownie była dla mnie dużym przeżyciem. V. Santura wywodzący się z uwielbianego przeze mnie DARK FORTRESS, choć charyzmą odstaje stanowczo od lidera, jest jakby niezbędnym ogniwem tego cudownego zespołu. Hannes Grossmann znowu zabrzmiał jak cholerny król perkusji. Mistrz! Vanja Šlajh czarowała swoim urokiem i znów mi miękły kolana i, choć gra tam trzy dźwięki na krzyż, to jej bas brzmiał jakby walił się cmentarz. Jedynie Tom G. Warrior wydawał się jakby uleciało z niego nieco życia, bo w Czechach był nieco bardziej energetyczny i, chciałoby się rzec… radosny, choć to określenie zupełnie nieadekwatnie do aury jaką roztacza ten zespół. Mimo wszystko absolutny koncert dnia. Znów zostałem dotkliwie oczarowany.

alt

Próbując się pozbierać po wspaniałym występie TRIPTYKON poczułem potrzebę przeanalizowania doświadczonych chwil i poszedłem na spacer, który poniósł mnie do Krypty, a tam na scenie był już zespół HELGA z UK. Nie miałem pojęcia co to jest, więc wszedłem tam bez żadnych oczekiwań i… przepadłem. Kolejny raz SDL okazał się dla mnie festiwalem muzycznych odkryć i zdecydowanie HELGA to coś, w co z dziką rozkoszą zagłębię się w domowym zaciszu. Zjawiskowo dobra rzecz!

alt

Na sam koniec wróciłem na główną scenę sprawdzić, o co chodzi z tym CULT OF FIRE. Próbowałem wejść w ich muzykę już parokrotnie - zawsze uderzała mnie dość rażąca nijakość i ciężko mi było zawiesić na nich ucho na dłużej. Wczoraj przede wszystkim na łopatki rozłożyła mnie oprawa ich występu i faktycznie pierwsze utwory stałem jak wryty z rozdziawioną gębą. Scena wyglądała jak milion dolarów, natomiast po kilku utworach wkradło mi się znużenie. Niestety, muzycznie to wciąż jest zespół, który ma dla mnie niewiele do zaoferowania. Brakowało mi wyraźniejszego zaakcentowania orientalnego klimatu, tak obficie emanującego z całościowego aspektu wizualnego. Podsumowując - wyglądało to wspaniale, ale muzycznie było jak dla mnie nieco jałowe. Mimo wszystko fajne doświadczenie.

alt

Czwartek na SUMMER DYING LOUD był dla mnie dniem należącym do TRIPTYKON i LUCIFER.

Oczekiwania na resztę festiwalu - jeszcze więcej zjawiskowych odkryć.

 

Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Koncerty

Reklama

Bestsellery

Newsletter

 

Korzystanie z tej witryny oznacza wyrażenie zgody na wykorzystanie plików cookies. Więcej informacji możesz znaleźć w naszej Polityce Cookies.
Nie pokazuj więcej tego komunikatu