WDOWA (Infernal Flame) - "nigdy nie grałem w Batushce"
Autor: Fabian Filiks
Data dodania: 25-08-2026
Wyświetleń: 1241

Fot. Empty Glass (https://www.facebook.com/Emptyglassf)
Gitarzysta, wokalista, producent muzyczny i technik gitar. Człowiek wielu talentów, obdarzony ciętym językiem i mocnym głosem, który mogliśmy usłyszeć ostatnio na świetnej płycie Infernal Flame pt. „The Grave” oraz na żywo podczas marcowej trasy z Patriarkh. Namówiłem go na krótką rozmowę, która, mam nadzieję, pozwoli przybliżyć nieco jego działalność (gdyby jeszcze ktoś o niej nie wiedział). Przed państwem Paweł Wdowski znany szerzej pod pseudonimem „Wdowa”.
Ładną laurkę Ci wystawiłem? Inspirowałem się trochę Wojtkiem Jagielskim…
Jest mi niezmiernie miło z wielu powodów. Przede wszystkim ze względu na zaproszenie do udziału w tym wywiadzie. Laurka jest oczywiście wspaniała, jednak nazwanie mnie producentem muzycznym to raczej spore nadużycie. Tworzenie muzyki towarzyszy mi od lat, zazwyczaj jest to dogrywanie się do muzyki stworzonej przez bardziej uzdolnionych kolegów. W tej materii udzielam się głównie od strony wokalnej, ale zdarzyły się również epizody gitarowo-basowe.
Dodatkowo rozdzieliłbym technika gitar i technika backline. Przez ostatnie lata współpracowałem z firmą Ruf Guitars, obecnie w wolnym czasie serwisuję instrumenty dla wszelkiej maści muzyków. Od dziecka bardziej ciekawiło mnie, z czego gitara jest zrobiona, niż jak się na niej gra.
Backline to z kolei historia, z którą związany jestem przez ostatnią dekadę, miałem okazję pracować z wieloma znamienitymi artystami zarówno metalowymi, jak i tymi działającymi w nurcie muzyki popularnej.
No to śmiało, pochwal się z kim pracowałeś. Podbijemy sobie tym zasięgi tego wywiadu (śmiech)
Lista jest długa, często były to pojedyncze trasy, czy koncerty, czasem długoletnie współprace. W światku metalowym miałem przyjemność pracować z zespołami pokroju Belphegor, Nordjevel, Deicide, Taake, czy Vader. W popie lista jest oczywiście krótsza, ale cieszę się z tego, co los rzuca mi pod nogi!
Czyli można powiedzieć, że z niejednego pieca jadłeś chleb. Grałeś w Soulless i Spirits Way, byłeś rozśpiewanym mnichem w Batushce… Traktujesz Infernal Flame jako kolejny punkt w swoim muzycznym CV czy szansę na nowe otwarcie?
Cieszę się, że to pytanie padło na początku rozmowy. Oficjalnie wyjaśniam - NIGDY nie grałem w Batushce. Przez wiele lat byłem ich technikiem gitarowym, ktoś dodał dwa do, dwóch, czego owocem była ta dezinformacja na Wikipedii i Metal Archives.
Wracając do meritum - uważam, że jest wręcz przeciwnie. Spirits Way było krótkim epizodem, zagrałem z nimi kilka koncertów będąc bardzo młodym człowiekiem, po czym skupiłem się na swoim zespole (Soulless), z którym również zagraliśmy raptem parę sztuk, nagraliśmy dwie płyty (jedną EPkę i jeden Long Play). Obydwie z resztą przeszły zupełnie bez echa.
Infernal Flame to pierwsza taka “poważna” kapela, z którą gram. Do występów live (wliczając w to nagranie wokali na płytę) przygotowywaliśmy się prawie dwa lata. Moja sumaryczna przerwa od sceny w charakterze muzyka wyniosła przeszło 10 lat. Tyle czasu potrzebowałem, żeby przełamać się do powrotu. Poprzednie doświadczenia nie były szczególnie budujące, a przez ostatnie lata czułem się znacznie bardziej komfortowo zza kulis, niż będąc w oku cyklonu. IF otworzyło nowe perspektywy - zaczęliśmy z dużo fajniejszego miejsca - zagraliśmy pierwsze koncerty u boku Hate i Hostii, zespołów, które ogromnie szanuję i cenię za ich dorobek artystyczny, debiutowaliśmy z nimi na deskach gdyńskiego klubu “Podwórko Art” (dawniej “Ucho”), gdzie zebrał się naprawdę solidny tłum. Nie każdy zespół ma możliwość zagrania pierwszego koncertu do sali wypełnionej ludźmi. Było to absolutnie wspaniałe doświadczenie.
Zapytałem o to, bo w ubiegłym roku zadebiutowaliście z Infernal Flame, choć trudno kogokolwiek z muzyków tworzących ten zespół nazwać tak naprawdę debiutantem. Skąd pomysł na wspólne granie pod tym szyldem? Vivi na to wpadł?
Tak! Vivi zadzwonił do mnie pod koniec 2023, czy nie dogram mu wokali na w zasadzie skończoną płytę - do szuflady. Zdziwiło mnie to, ponieważ do tej pory sam udzielał się gitarowo i wokalnie w poznańskim Anthem.
Z tego, co opowiadał, ten album miał być inny. Chciał skupić się na ekspresji gitarowej, wokale miały być odmienne niż na jego dotychczasowych nagraniach. Wysłałem mu jeden numer, który dzisiaj jest tytułowym utworem na “The Grave”. Nie zmieniliśmy w nim od tego czasu ani słowa, siadł od strzała.
W międzyczasie odezwał się również do Betona (bas), wysłał mu materiał i wspólnie stwierdziliśmy, że można spróbować zagrać to chociaż na sali i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Do grudnia mieliśmy piloty do wszystkich piosenek, przed świętami nagraliśmy je na gotowo w Monroe Sound Studio i zaczęliśmy mix. Brakowało nam już tylko perkusisty.
No właśnie. Zdążyłem zauważyć, że macie “rotacyjnych” perkusistów (przynajmniej na koncertach), ale stałym garowy jest Kuba?
Rotacja wystąpiła na razie tylko w trakcie Haceli. Kuba jest bardzo młodym gościem i musimy się liczyć z jego absencją. W tym wypadku były to przygotowania do matury, więc trzeba było zdecydować, czy szukamy zastępstwa, czy nie jedziemy w ogóle. Kubie udało się wtedy wyrwać na jeden weekend, resztę trasy zagrał za niego James Stewart z Decapitated. Tu nie ma za bardzo o czym rozmawiać, bo James pozamiatał tak, że do dzisiaj zbieramy szczęki z podłogi. Natomiast stałym perkusistą jest Kuba Muranowicz i to z nim będziemy grali zdecydowaną większość koncertów. Na dzień dzisiejszy występuje również sesyjnie z Hate, więc zobaczymy jak będą zazębiały się nasze kalendarze.

Opowiedz nam trochę o procesie powstawania „The Grave”. Płyta ma black metalowe smaczki ale jej kręgosłup to death metal. Celowy zabieg czy pewnego rodzaju odium, z którego nie mogliście się uwolnić patrząc na śmierćmetalową przeszłość większości z was?
To już pytanie bardziej do Viviego. On tę płytę napisał w zasadzie całkowicie sam. Chłop ma okrutną łapę do death metalu i lubi napierdol. Całe “The Grave” nie ma nawet zmian tempa, 240 bpm na wciąż, bez oddechu. Riffy sadzi, jakby nic innego w życiu nie robił, a te wszystkie “słodkie” melodie tylko dopełniają obraz. No i jakbym się nie starał, to nie zaśpiewam jak Doedsadmiral, czy Heljarmadr. Zdecydowanie pewniej czuję się w growlu. Można zatem pokusić się o stwierdzenie, że gramy death metal z blackowymi smaczkami.
Płyta „The Grave” zaskakuje swoją intensywnością przy jednoczesnej, nazwijmy to, „czytelności”. Nie jest może to muzyka mega przystępna, ale nie jest to też ściana dźwięku. Na ile jest to zasługa kompozycji a na ile produkcji?
Myślę, że udział jest 50/50. Vivi ma wybitnie restrykcyjne podejście do komponowania i często nie da się go przekonać, żeby coś zmienił, bo ma zaplanowane w głowie, jak zabrzmi to już po dograniu reszty instrumentów i miksie. Dobrze czuje co komponuje. Co do produkcji, to Aro (Monroe Sound Studio) miał tu kolosalny udział. Wyłącznie wokale zostały nagrane u niego, reszta to home recording przez duże H. Bębny zarejestrował w swoim domowym studio Krzysztof Klingbein, resztę instrumentów Vivi nagrał u siebie w mieszkaniu. Dobrze, że nagrał też czyste ślady, zdecydowanie pomogło to przy reampie i budowaniu struktury miksu.
Wspomniałeś, że nagrywaliście materiał pod okiem (i uchem) Arka Jabłońskiego w Monroe Sound Studio. Z wiadomych względów Aro doskonale czuje death metalowe klimaty. To was przekonało do współpracy z nim?
Aro nagrywał pierwsze EP Soulless oraz prawie wszystkie płyty Anthem. Prywatnie przyjaźni się również z Vivim, pracowało nam się z nim naturalnie i nie widzieliśmy innej opcji, niż zrobienie tej płyty z nim. Sesja wokalna to był czysty ogień, 9 numerów w dwa dni. Nie obyło się bez przygód, a ponieważ była to głęboka zima, to nawet udało mi się wysiąść w połowie, jednak wszystko zakończyło się pełnym sukcesem.
Słuchanie „The Grave” z płyty to jedno. Ale słuchanie tych numerów na żywo to jeszcze lepsze doświadczenie. Od początku zakładaliście granie koncertów z Infernal Flame?
Absolutnie nie. Z założenia był to projekt “do szuflady”, jak już wcześniej wspomniałem. Ja wtedy byłem zupełnie wyłączony z grania, a tym bardziej nagrywania, bo pracowałem w zasadzie 7 dni w tygodniu. Od poniedziałku do piątku praca 8-16, po 16 jakieś dodatkowe fuchy serwisowe, a w weekendy trasy z lokalnymi zespołami.
Dopiero po nagraniu pilotów wokali zobaczyliśmy w tym potencjał koncertowy. Zespół składa się ze starych kumpli, więc szansa na udane koncerty była spora, bo czujemy między sobą solidną chemię. Znamy się wszyscy dobre 15 lat, z Kubą (perkusja) poznaliśmy się dopiero w 2024. Szybko zaiskrzyło i graliśmy próby, tak często, jak tylko była ku temu możliwość.
Infernal Flame, oprócz samej muzy, stawia dość mocno na aspekt wizualny. Scenografia, jakiej używaliście na trasie z Patriarkh zwracała uwagę…
Ogromną wagę stanowi dla mnie otoczka i scenografia. Estetyka Infernal Flame jest mocno cmentarna, stąd liczne nawiązania do grobów, czy trumien. Taki mieliśmy pomysł na teksty i płytę, więc dosyć naturalnie udało się to przerodzić w elementy scenograficzne.
Zagrane musi być oczywiście porządnie i szczerze. Jednak koncert to dla nas zarówno muzyka jak i aspekty wizualne. Nie warto grać na żywo, jeżeli nie ma, na co patrzeć. W drugą stronę oczywiście działa to tak samo.
Działasz na scenie jak i za kulisami. Masz całkiem pokaźne świadczenie na dechach jak i dobrze znasz zagadnienia produkcyjne koncertów. Jak oceniasz Hacele pod względem organizacji i na tle innych tego typu tras, w których brałeś udział?
Było nas tam sporo. 5 zespołów, w tym 2 solistów, to organizacyjne wyzwanie. Mały festiwal, co wieczór. Jednak ekipa dała radę, za co jestem im wszystkim ogromnie wdzięczny. Chłopaki od dźwięku, światła, lokalna obsługa, organizator - działało to jak dobrze naoliwiony mechanizm. Życzę sobie i wszystkim innych więcej takich stras.

Fot. Ilona Matuszewska
Każdy, kto choć trochę orientuje się w temacie wie, że zajmujesz się technika gitar dobre kilka lat. Skąd to się wzięło, że oprócz szarpania strun zainteresowałeś się też ich budową i mechaniką oraz czy uważasz się za gitarowego „nerda”?
Zdecydowanie nie czuję się “nerdem”. Znam ich kilku i nie umiem z nimi rozmawiać, większość tych rzeczy, o których rozmawiają to dla mnie czarna magia.
Gitary kocham od dziecka. Mój pierwszy elektryk był półką mid-entry level i ciągle coś mi nie pasowało. Stare powiedzenie: “złej baletnicy…” aplikuje się do mnie zero-jedynkowo. Breaking point w moim lutniczym życiu stanowił Covid. Na początku 2020 byłem na trasie z Sabatonem, a chwilę po niej z Belphegor. Te drugą przerwał wirus, podczas koncertu w Szwajcarii. Wróciliśmy do Polski 30 minut przed obowiązkową kwarantanną. Po powrocie do domu okazało się, że pieniędzy nie wystarczy na długo, więc musiałem w końcu pociągnąć za spust i wydać oszczędności na narzędzia, którymi będę w stanie serwisować instrumenty dla klientów. W tamtym czasie robiłem to w kuchni w wynajmowanym mieszkaniu, chwilę później przeniosłem się na Iwicką do Sound Division. Pod koniec 2020 dostałem propozycję pracy w Ruf Guitars, gdzie spędziłem kolejne 5 lat życia. Reszta to już historia.
Pozwól, że dopytam o to studio. Miałem przyjemność gościć w Sound Division w 2014 na odsłuchach mojej płyty, gdy “rezydentem” był tam Malta. Wtedy było to prężnie działająca “instytucja”. Teraz nie zostało po niej wiele śladu. Wiesz może, co się stało?
Byłem poniekąd świadkiem schyłku Sound Division. W 2019 roku właściciel studia, Tomek Hryniszyn, podczas mojej wizyty u Malty zaczął opowiadać o problemach studia, po czym chwilę później rozmawialiśmy już o pracy. Przez chwilę próbowaliśmy reanimować studio poprzez facelift strony, social media itp, ale niestety w czasach home recordingu studia nagraniowe nie zawsze są w stanie przetrwać próbę czasu. Po odejściu Malty w zasadzie nie bardzo było tam komu nagrywać, na chwilę przejął to Sebastian Has, który w tym momencie również działa wyłącznie na swój rachunek.
Szkoda, bo dzięki ludziom, którzy tworzyli to miejsce panowała tam świetna atmosfera... Wróćmy może do spraw aktualnych. Na scenie wolisz wiosłowanie, gardłowanie czy może mix tych obu zajęć?
Nigdy nie miałem okazji być na scenie bez instrumentu w rękach. W Soulless był to bas, w IF gitara. Nie wiem, jak odnalazłbym się w roli wyłącznie wokalisty, ale mam nadzieję, że kiedyś będzie dane mi się o tym przekonać.
Mówią, że na “basie da się” a gitara jakby nie patrzeć jest nieco bardziej wymagająca… Nie masz problemu z pilnowaniem time’u, palców na gryfie i tekstów numerów Infernal Flame, gdy występujesz?
Jasne, że mam. Nie robiłem tego ponad 10 lat, nawet z basem miałbym pewnie problem z upilnowaniem, co i jak. Na pierwszym koncercie mimo cue w uszach i tak pomyliłem riffy na ostatnim numerze. Jedno to granie w salce, scena to inna historia. Emocje, stres, temperatura, ludzie. Problemem są zwykłe teksty, bo w ferworze koncertowym czasem za bardzo skupiasz się na tym, co pod ręką i słowa nagle uciekają z głowy. Na szczęście śpiewa nas tam trzech, w razie czego jest się, do kogo wyrównać.
Podryfujmy na koniec nieco w kierunku planów na przyszłość. Rzeźbicie już „dwójkę” z Infernalami czy to jeszcze nieruszony temat. Wiem, że w międzyczasie nagrałeś już kolejną płytę, ale to kompletnie inne granie niż to, które słyszeliśmy na „The Grave”.
Rzeczywiście mam drugi projekt na tapecie, ale przed nim jeszcze długa droga!
Z Infernal Flame rozpoczęliśmy prace nad “2” już jakiś czas temu, ale po raz pierwszy przyznajemy się do tego oficjalnie. W momencie przeprowadzenia tego wywiadu mamy gotowe już 6 numerów, które bez wątpienia poziomem dorównają “The Grave”.
Uchodzisz za mistrza ciętej riposty… Do dzieła! Ostatnie słowo należy do Ciebie!
Wyjątkowo pójdę pod prąd i nie uraczę nikogo moimi obelżywościami. Dziękuję za zaproszenie do rozmowy, a wszystkim, którzy dobrnęli do jej końca, dziękuję po dwakroć. Cieszę się, że podczas naszych Marcowych występów udało nam się zainteresować kogoś na tyle, by chciał porozmawiać ze mną o muzyce i ludziach, którzy ją tworzą. Jesteście the best. Dziękuję Fabian i do następnego!
Dzięki!
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Wywiady

Fot. Empty Glass (https://www.facebook.com/Emptyglassf)
Gitarzysta, wokalista, producent muzyczny i technik gitar. Człowiek wielu talentów, obdarzony ciętym językiem i mocnym głosem, który mogliśmy usłyszeć ostatnio na świetnej płycie Infernal Flame pt. „The Grave” oraz na żywo podczas marcowej trasy z Patriarkh. Namówiłem go na krótką rozmowę, która, mam nadzieję, pozwoli przybliżyć nieco jego działalność (gdyby jeszcze ktoś o niej nie wiedział). Przed państwem Paweł Wdowski znany szerzej pod pseudonimem „Wdowa”.
Ładną laurkę Ci wystawiłem? Inspirowałem się trochę Wojtkiem Jagielskim…
Jest mi niezmiernie miło z wielu powodów. Przede wszystkim ze względu na zaproszenie do udziału w tym wywiadzie. Laurka jest oczywiście wspaniała, jednak nazwanie mnie producentem muzycznym to raczej spore nadużycie. Tworzenie muzyki towarzyszy mi od lat, zazwyczaj jest to dogrywanie się do muzyki stworzonej przez bardziej uzdolnionych kolegów. W tej materii udzielam się głównie od strony wokalnej, ale zdarzyły się również epizody gitarowo-basowe.
Dodatkowo rozdzieliłbym technika gitar i technika backline. Przez ostatnie lata współpracowałem z firmą Ruf Guitars, obecnie w wolnym czasie serwisuję instrumenty dla wszelkiej maści muzyków. Od dziecka bardziej ciekawiło mnie, z czego gitara jest zrobiona, niż jak się na niej gra.
Backline to z kolei historia, z którą związany jestem przez ostatnią dekadę, miałem okazję pracować z wieloma znamienitymi artystami zarówno metalowymi, jak i tymi działającymi w nurcie muzyki popularnej.
No to śmiało, pochwal się z kim pracowałeś. Podbijemy sobie tym zasięgi tego wywiadu (śmiech)
Lista jest długa, często były to pojedyncze trasy, czy koncerty, czasem długoletnie współprace. W światku metalowym miałem przyjemność pracować z zespołami pokroju Belphegor, Nordjevel, Deicide, Taake, czy Vader. W popie lista jest oczywiście krótsza, ale cieszę się z tego, co los rzuca mi pod nogi!
Czyli można powiedzieć, że z niejednego pieca jadłeś chleb. Grałeś w Soulless i Spirits Way, byłeś rozśpiewanym mnichem w Batushce… Traktujesz Infernal Flame jako kolejny punkt w swoim muzycznym CV czy szansę na nowe otwarcie?
Cieszę się, że to pytanie padło na początku rozmowy. Oficjalnie wyjaśniam - NIGDY nie grałem w Batushce. Przez wiele lat byłem ich technikiem gitarowym, ktoś dodał dwa do, dwóch, czego owocem była ta dezinformacja na Wikipedii i Metal Archives.
Wracając do meritum - uważam, że jest wręcz przeciwnie. Spirits Way było krótkim epizodem, zagrałem z nimi kilka koncertów będąc bardzo młodym człowiekiem, po czym skupiłem się na swoim zespole (Soulless), z którym również zagraliśmy raptem parę sztuk, nagraliśmy dwie płyty (jedną EPkę i jeden Long Play). Obydwie z resztą przeszły zupełnie bez echa.
Infernal Flame to pierwsza taka “poważna” kapela, z którą gram. Do występów live (wliczając w to nagranie wokali na płytę) przygotowywaliśmy się prawie dwa lata. Moja sumaryczna przerwa od sceny w charakterze muzyka wyniosła przeszło 10 lat. Tyle czasu potrzebowałem, żeby przełamać się do powrotu. Poprzednie doświadczenia nie były szczególnie budujące, a przez ostatnie lata czułem się znacznie bardziej komfortowo zza kulis, niż będąc w oku cyklonu. IF otworzyło nowe perspektywy - zaczęliśmy z dużo fajniejszego miejsca - zagraliśmy pierwsze koncerty u boku Hate i Hostii, zespołów, które ogromnie szanuję i cenię za ich dorobek artystyczny, debiutowaliśmy z nimi na deskach gdyńskiego klubu “Podwórko Art” (dawniej “Ucho”), gdzie zebrał się naprawdę solidny tłum. Nie każdy zespół ma możliwość zagrania pierwszego koncertu do sali wypełnionej ludźmi. Było to absolutnie wspaniałe doświadczenie.
Zapytałem o to, bo w ubiegłym roku zadebiutowaliście z Infernal Flame, choć trudno kogokolwiek z muzyków tworzących ten zespół nazwać tak naprawdę debiutantem. Skąd pomysł na wspólne granie pod tym szyldem? Vivi na to wpadł?
Tak! Vivi zadzwonił do mnie pod koniec 2023, czy nie dogram mu wokali na w zasadzie skończoną płytę - do szuflady. Zdziwiło mnie to, ponieważ do tej pory sam udzielał się gitarowo i wokalnie w poznańskim Anthem.
Z tego, co opowiadał, ten album miał być inny. Chciał skupić się na ekspresji gitarowej, wokale miały być odmienne niż na jego dotychczasowych nagraniach. Wysłałem mu jeden numer, który dzisiaj jest tytułowym utworem na “The Grave”. Nie zmieniliśmy w nim od tego czasu ani słowa, siadł od strzała.
W międzyczasie odezwał się również do Betona (bas), wysłał mu materiał i wspólnie stwierdziliśmy, że można spróbować zagrać to chociaż na sali i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Do grudnia mieliśmy piloty do wszystkich piosenek, przed świętami nagraliśmy je na gotowo w Monroe Sound Studio i zaczęliśmy mix. Brakowało nam już tylko perkusisty.
No właśnie. Zdążyłem zauważyć, że macie “rotacyjnych” perkusistów (przynajmniej na koncertach), ale stałym garowy jest Kuba?
Rotacja wystąpiła na razie tylko w trakcie Haceli. Kuba jest bardzo młodym gościem i musimy się liczyć z jego absencją. W tym wypadku były to przygotowania do matury, więc trzeba było zdecydować, czy szukamy zastępstwa, czy nie jedziemy w ogóle. Kubie udało się wtedy wyrwać na jeden weekend, resztę trasy zagrał za niego James Stewart z Decapitated. Tu nie ma za bardzo o czym rozmawiać, bo James pozamiatał tak, że do dzisiaj zbieramy szczęki z podłogi. Natomiast stałym perkusistą jest Kuba Muranowicz i to z nim będziemy grali zdecydowaną większość koncertów. Na dzień dzisiejszy występuje również sesyjnie z Hate, więc zobaczymy jak będą zazębiały się nasze kalendarze.

Opowiedz nam trochę o procesie powstawania „The Grave”. Płyta ma black metalowe smaczki ale jej kręgosłup to death metal. Celowy zabieg czy pewnego rodzaju odium, z którego nie mogliście się uwolnić patrząc na śmierćmetalową przeszłość większości z was?
To już pytanie bardziej do Viviego. On tę płytę napisał w zasadzie całkowicie sam. Chłop ma okrutną łapę do death metalu i lubi napierdol. Całe “The Grave” nie ma nawet zmian tempa, 240 bpm na wciąż, bez oddechu. Riffy sadzi, jakby nic innego w życiu nie robił, a te wszystkie “słodkie” melodie tylko dopełniają obraz. No i jakbym się nie starał, to nie zaśpiewam jak Doedsadmiral, czy Heljarmadr. Zdecydowanie pewniej czuję się w growlu. Można zatem pokusić się o stwierdzenie, że gramy death metal z blackowymi smaczkami.
Płyta „The Grave” zaskakuje swoją intensywnością przy jednoczesnej, nazwijmy to, „czytelności”. Nie jest może to muzyka mega przystępna, ale nie jest to też ściana dźwięku. Na ile jest to zasługa kompozycji a na ile produkcji?
Myślę, że udział jest 50/50. Vivi ma wybitnie restrykcyjne podejście do komponowania i często nie da się go przekonać, żeby coś zmienił, bo ma zaplanowane w głowie, jak zabrzmi to już po dograniu reszty instrumentów i miksie. Dobrze czuje co komponuje. Co do produkcji, to Aro (Monroe Sound Studio) miał tu kolosalny udział. Wyłącznie wokale zostały nagrane u niego, reszta to home recording przez duże H. Bębny zarejestrował w swoim domowym studio Krzysztof Klingbein, resztę instrumentów Vivi nagrał u siebie w mieszkaniu. Dobrze, że nagrał też czyste ślady, zdecydowanie pomogło to przy reampie i budowaniu struktury miksu.
Wspomniałeś, że nagrywaliście materiał pod okiem (i uchem) Arka Jabłońskiego w Monroe Sound Studio. Z wiadomych względów Aro doskonale czuje death metalowe klimaty. To was przekonało do współpracy z nim?
Aro nagrywał pierwsze EP Soulless oraz prawie wszystkie płyty Anthem. Prywatnie przyjaźni się również z Vivim, pracowało nam się z nim naturalnie i nie widzieliśmy innej opcji, niż zrobienie tej płyty z nim. Sesja wokalna to był czysty ogień, 9 numerów w dwa dni. Nie obyło się bez przygód, a ponieważ była to głęboka zima, to nawet udało mi się wysiąść w połowie, jednak wszystko zakończyło się pełnym sukcesem.
Słuchanie „The Grave” z płyty to jedno. Ale słuchanie tych numerów na żywo to jeszcze lepsze doświadczenie. Od początku zakładaliście granie koncertów z Infernal Flame?
Absolutnie nie. Z założenia był to projekt “do szuflady”, jak już wcześniej wspomniałem. Ja wtedy byłem zupełnie wyłączony z grania, a tym bardziej nagrywania, bo pracowałem w zasadzie 7 dni w tygodniu. Od poniedziałku do piątku praca 8-16, po 16 jakieś dodatkowe fuchy serwisowe, a w weekendy trasy z lokalnymi zespołami.
Dopiero po nagraniu pilotów wokali zobaczyliśmy w tym potencjał koncertowy. Zespół składa się ze starych kumpli, więc szansa na udane koncerty była spora, bo czujemy między sobą solidną chemię. Znamy się wszyscy dobre 15 lat, z Kubą (perkusja) poznaliśmy się dopiero w 2024. Szybko zaiskrzyło i graliśmy próby, tak często, jak tylko była ku temu możliwość.
Infernal Flame, oprócz samej muzy, stawia dość mocno na aspekt wizualny. Scenografia, jakiej używaliście na trasie z Patriarkh zwracała uwagę…
Ogromną wagę stanowi dla mnie otoczka i scenografia. Estetyka Infernal Flame jest mocno cmentarna, stąd liczne nawiązania do grobów, czy trumien. Taki mieliśmy pomysł na teksty i płytę, więc dosyć naturalnie udało się to przerodzić w elementy scenograficzne.
Zagrane musi być oczywiście porządnie i szczerze. Jednak koncert to dla nas zarówno muzyka jak i aspekty wizualne. Nie warto grać na żywo, jeżeli nie ma, na co patrzeć. W drugą stronę oczywiście działa to tak samo.
Działasz na scenie jak i za kulisami. Masz całkiem pokaźne świadczenie na dechach jak i dobrze znasz zagadnienia produkcyjne koncertów. Jak oceniasz Hacele pod względem organizacji i na tle innych tego typu tras, w których brałeś udział?
Było nas tam sporo. 5 zespołów, w tym 2 solistów, to organizacyjne wyzwanie. Mały festiwal, co wieczór. Jednak ekipa dała radę, za co jestem im wszystkim ogromnie wdzięczny. Chłopaki od dźwięku, światła, lokalna obsługa, organizator - działało to jak dobrze naoliwiony mechanizm. Życzę sobie i wszystkim innych więcej takich stras.

Fot. Ilona Matuszewska
Każdy, kto choć trochę orientuje się w temacie wie, że zajmujesz się technika gitar dobre kilka lat. Skąd to się wzięło, że oprócz szarpania strun zainteresowałeś się też ich budową i mechaniką oraz czy uważasz się za gitarowego „nerda”?
Zdecydowanie nie czuję się “nerdem”. Znam ich kilku i nie umiem z nimi rozmawiać, większość tych rzeczy, o których rozmawiają to dla mnie czarna magia.
Gitary kocham od dziecka. Mój pierwszy elektryk był półką mid-entry level i ciągle coś mi nie pasowało. Stare powiedzenie: “złej baletnicy…” aplikuje się do mnie zero-jedynkowo. Breaking point w moim lutniczym życiu stanowił Covid. Na początku 2020 byłem na trasie z Sabatonem, a chwilę po niej z Belphegor. Te drugą przerwał wirus, podczas koncertu w Szwajcarii. Wróciliśmy do Polski 30 minut przed obowiązkową kwarantanną. Po powrocie do domu okazało się, że pieniędzy nie wystarczy na długo, więc musiałem w końcu pociągnąć za spust i wydać oszczędności na narzędzia, którymi będę w stanie serwisować instrumenty dla klientów. W tamtym czasie robiłem to w kuchni w wynajmowanym mieszkaniu, chwilę później przeniosłem się na Iwicką do Sound Division. Pod koniec 2020 dostałem propozycję pracy w Ruf Guitars, gdzie spędziłem kolejne 5 lat życia. Reszta to już historia.
Pozwól, że dopytam o to studio. Miałem przyjemność gościć w Sound Division w 2014 na odsłuchach mojej płyty, gdy “rezydentem” był tam Malta. Wtedy było to prężnie działająca “instytucja”. Teraz nie zostało po niej wiele śladu. Wiesz może, co się stało?
Byłem poniekąd świadkiem schyłku Sound Division. W 2019 roku właściciel studia, Tomek Hryniszyn, podczas mojej wizyty u Malty zaczął opowiadać o problemach studia, po czym chwilę później rozmawialiśmy już o pracy. Przez chwilę próbowaliśmy reanimować studio poprzez facelift strony, social media itp, ale niestety w czasach home recordingu studia nagraniowe nie zawsze są w stanie przetrwać próbę czasu. Po odejściu Malty w zasadzie nie bardzo było tam komu nagrywać, na chwilę przejął to Sebastian Has, który w tym momencie również działa wyłącznie na swój rachunek.
Szkoda, bo dzięki ludziom, którzy tworzyli to miejsce panowała tam świetna atmosfera... Wróćmy może do spraw aktualnych. Na scenie wolisz wiosłowanie, gardłowanie czy może mix tych obu zajęć?
Nigdy nie miałem okazji być na scenie bez instrumentu w rękach. W Soulless był to bas, w IF gitara. Nie wiem, jak odnalazłbym się w roli wyłącznie wokalisty, ale mam nadzieję, że kiedyś będzie dane mi się o tym przekonać.
Mówią, że na “basie da się” a gitara jakby nie patrzeć jest nieco bardziej wymagająca… Nie masz problemu z pilnowaniem time’u, palców na gryfie i tekstów numerów Infernal Flame, gdy występujesz?
Jasne, że mam. Nie robiłem tego ponad 10 lat, nawet z basem miałbym pewnie problem z upilnowaniem, co i jak. Na pierwszym koncercie mimo cue w uszach i tak pomyliłem riffy na ostatnim numerze. Jedno to granie w salce, scena to inna historia. Emocje, stres, temperatura, ludzie. Problemem są zwykłe teksty, bo w ferworze koncertowym czasem za bardzo skupiasz się na tym, co pod ręką i słowa nagle uciekają z głowy. Na szczęście śpiewa nas tam trzech, w razie czego jest się, do kogo wyrównać.
Podryfujmy na koniec nieco w kierunku planów na przyszłość. Rzeźbicie już „dwójkę” z Infernalami czy to jeszcze nieruszony temat. Wiem, że w międzyczasie nagrałeś już kolejną płytę, ale to kompletnie inne granie niż to, które słyszeliśmy na „The Grave”.
Rzeczywiście mam drugi projekt na tapecie, ale przed nim jeszcze długa droga!
Z Infernal Flame rozpoczęliśmy prace nad “2” już jakiś czas temu, ale po raz pierwszy przyznajemy się do tego oficjalnie. W momencie przeprowadzenia tego wywiadu mamy gotowe już 6 numerów, które bez wątpienia poziomem dorównają “The Grave”.
Uchodzisz za mistrza ciętej riposty… Do dzieła! Ostatnie słowo należy do Ciebie!
Wyjątkowo pójdę pod prąd i nie uraczę nikogo moimi obelżywościami. Dziękuję za zaproszenie do rozmowy, a wszystkim, którzy dobrnęli do jej końca, dziękuję po dwakroć. Cieszę się, że podczas naszych Marcowych występów udało nam się zainteresować kogoś na tyle, by chciał porozmawiać ze mną o muzyce i ludziach, którzy ją tworzą. Jesteście the best. Dziękuję Fabian i do następnego!
Dzięki!
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Wywiady









