VENOM – „Into Oblivion” (2026)
Autor: Wadim Filiks
Data dodania: 08-06-2026
Wyświetleń: 550

VENOM – „Into Oblivion” (2026)
Noise Records
Czy możemy już oficjalnie uznać rok 2026 rokiem powrotów legend metalu? Recenzowane przez nas nowości od Mayhem, Dimmu Borgir czy Immolation, nowe płyty Black Label Society, Exodus i Neurosis – wielu starych wyjadaczy udowadnia nam, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Podobnie rzecz ma się w przypadku Venom. Którego Venom? Ano, tego z Cronosem na wokalu.
Aż trudno uwierzyć, że tegoroczne wydawnictwo Into Oblivion to już szesnasty album sygnowany nazwą kapeli, która w latach 1981 i 1982 spłodziła legendarne krążki Welcome to Hell i Black Metal . Ostatnie lata przyniosły fanom grupy z Newcastle niemało rozczarowań – ledwie przeciętne płyty, zmiany w składzie, walka o prawa do nazwy, którą tak dobrze znamy z lokalnego podwórka (piję oczywiście do Kombi i Kombii). Co tu dużo mówić – po Into Oblivion nie podziewałem się niczego wybitnego.
Pierwsze spojrzenie na okładkę albumu wzbudziło ze mnie mieszane uczucia. Z jednej strony mamy tu hołd w kierunku rozpoznawalnego motywu przewodniego katalogu Venom, a jednocześnie unowocześnienie tego klasycznego elementu twórczości Anglików może rodzić pewne wątpliwości w zakresie wykorzystania sztucznej inteligencji przy stworzeniu grafiki. Ważniejsze jest jednak to, co znajduje się pod powierzchnią. Z dewizą hope for the best, expect the worst w głowie przyznam, że tu pozytywnie się zaskoczyłem.
Otwierający album numer tytułowy to klasa sama w sobie – miks thrash i speed metalu, podsycony inspiracjami z pierwszych dwóch płyt kapeli. Te stają się najbardziej oczywiste w drugim kawałku, Lay Down Your Soul , którego tytuł i refren nawiązują do bodaj najbardziej znanego numeru grupy, Black Metal . Gdy na początku kompozycji Man & Beast Cronos woła „what the hell?”, powtarzam za nim to pytanie, bo trudno mi uwierzyć, że ten materiał jest aż tak obiecujący.
W porównaniu do paru poprzednich płyt Venom tutaj w końcu czuć, że wokal Cronosa ewoluował, nabrał dodatkowej głębi i nie jest już oddzielony od sekcji instrumentalnej, lecz tworzy z nią pewną całość. Wyraźnie słuchać to przy zestawieniu Into Oblivion z poprzednim plackiem trio, a mianowicie Storm the Gates z 2018 roku. Nagrany w tym samym składzie (poza Cronosem to: Rage – gitara, Danté – perkusja), tamten album był chaotyczny, brakowało mu spójności, a przy tym produkcja brzmiała dość „płasko”. Najnowsze wydawnictwo grupy odcina się grubą kreską od tamtych eksperymentów, powracając do stylistyki, jaka wprowadziła oryginalną kapelę do panteonu największych brytyjskich metalowców lat 80.
Odwołania do źródeł są tu praktycznie w każdym numerze, czego kulminację znajdziemy w As Above, So Below . Jesteśmy w połowie albumu, a ten nieoczekiwanie zrywa z oczywistościami na rzecz bardziej nowoczesnego grania. Solówki takie jak w Kicked Outta Hell czy Live Loud są bardziej progresywne, a linie basu, które wyraźnie przebijają się przez całą płytę, mają tu jeszcze większe znaczenie. W tym romansowaniu z nowoczesnością Venom powolutku staje się nieco karykaturalny, czego ostatecznym potwierdzeniem jest Dogs of War – dwie minut kakofonii podsyconej dźwiękami elektroniki. Niepotrzebna wstawka, która sprawia, że Into Oblivion przestaje być albumem typu no-skip.
Nowy krążek kończy się dwoma całkiem udanymi kompozycjami. Deathwitch udowadnia, że brytyjskie trio potrafi grać agresywnie, harmonizując ejtisowe inspiracje ze współczesnym spojrzeniem na heavy metal. Z kolei w Unholy Mother jest miejsce na melodyjne partie klawiszy i efekty dźwiękowe burzy (cliché), które uzupełniają ostrość metalowej kompozycji.
Powrót Venom po 8 latach to przede wszystkim radosna nowina dla wszystkich fanów tej legendarnej kapeli. Fani starej szkoły metalu odnajdą tu sporo odniesień do klasycznej twórczości zespołu, choć trio w składzie Cronos, Rage i Danté stworzyło zupełnie nowe brzmienie balansujące pomiędzy tradycją a nowoczesnością. Z technicznego punktu widzenia krążkowi nie można niczego zarzucić, a jeśli chodzi o kompozycje, to jest kilka kawałków, przy których nóżka sama zaczyna tupać.
Nie jest to poziom Black Metal i nigdy nie będzie, ale czy o to w tym chodzi, żeby gonić za własnym ogonem? Finalnie Into Oblivion to po prostu dobry album, obok którego nie można przejść obojętnie. Warto dać mu szansę, a szczególnie, jeżeli to on ma być Twoją przepustką do oryginalnych dokonań Venom z początku lat 80. Metal for maniacs pure? Zdecydowanie.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje

VENOM – „Into Oblivion” (2026)
Noise Records
Czy możemy już oficjalnie uznać rok 2026 rokiem powrotów legend metalu? Recenzowane przez nas nowości od Mayhem, Dimmu Borgir czy Immolation, nowe płyty Black Label Society, Exodus i Neurosis – wielu starych wyjadaczy udowadnia nam, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Podobnie rzecz ma się w przypadku Venom. Którego Venom? Ano, tego z Cronosem na wokalu.
Aż trudno uwierzyć, że tegoroczne wydawnictwo Into Oblivion to już szesnasty album sygnowany nazwą kapeli, która w latach 1981 i 1982 spłodziła legendarne krążki Welcome to Hell i Black Metal . Ostatnie lata przyniosły fanom grupy z Newcastle niemało rozczarowań – ledwie przeciętne płyty, zmiany w składzie, walka o prawa do nazwy, którą tak dobrze znamy z lokalnego podwórka (piję oczywiście do Kombi i Kombii). Co tu dużo mówić – po Into Oblivion nie podziewałem się niczego wybitnego.
Pierwsze spojrzenie na okładkę albumu wzbudziło ze mnie mieszane uczucia. Z jednej strony mamy tu hołd w kierunku rozpoznawalnego motywu przewodniego katalogu Venom, a jednocześnie unowocześnienie tego klasycznego elementu twórczości Anglików może rodzić pewne wątpliwości w zakresie wykorzystania sztucznej inteligencji przy stworzeniu grafiki. Ważniejsze jest jednak to, co znajduje się pod powierzchnią. Z dewizą hope for the best, expect the worst w głowie przyznam, że tu pozytywnie się zaskoczyłem.
Otwierający album numer tytułowy to klasa sama w sobie – miks thrash i speed metalu, podsycony inspiracjami z pierwszych dwóch płyt kapeli. Te stają się najbardziej oczywiste w drugim kawałku, Lay Down Your Soul , którego tytuł i refren nawiązują do bodaj najbardziej znanego numeru grupy, Black Metal . Gdy na początku kompozycji Man & Beast Cronos woła „what the hell?”, powtarzam za nim to pytanie, bo trudno mi uwierzyć, że ten materiał jest aż tak obiecujący.
W porównaniu do paru poprzednich płyt Venom tutaj w końcu czuć, że wokal Cronosa ewoluował, nabrał dodatkowej głębi i nie jest już oddzielony od sekcji instrumentalnej, lecz tworzy z nią pewną całość. Wyraźnie słuchać to przy zestawieniu Into Oblivion z poprzednim plackiem trio, a mianowicie Storm the Gates z 2018 roku. Nagrany w tym samym składzie (poza Cronosem to: Rage – gitara, Danté – perkusja), tamten album był chaotyczny, brakowało mu spójności, a przy tym produkcja brzmiała dość „płasko”. Najnowsze wydawnictwo grupy odcina się grubą kreską od tamtych eksperymentów, powracając do stylistyki, jaka wprowadziła oryginalną kapelę do panteonu największych brytyjskich metalowców lat 80.
Odwołania do źródeł są tu praktycznie w każdym numerze, czego kulminację znajdziemy w As Above, So Below . Jesteśmy w połowie albumu, a ten nieoczekiwanie zrywa z oczywistościami na rzecz bardziej nowoczesnego grania. Solówki takie jak w Kicked Outta Hell czy Live Loud są bardziej progresywne, a linie basu, które wyraźnie przebijają się przez całą płytę, mają tu jeszcze większe znaczenie. W tym romansowaniu z nowoczesnością Venom powolutku staje się nieco karykaturalny, czego ostatecznym potwierdzeniem jest Dogs of War – dwie minut kakofonii podsyconej dźwiękami elektroniki. Niepotrzebna wstawka, która sprawia, że Into Oblivion przestaje być albumem typu no-skip.
Nowy krążek kończy się dwoma całkiem udanymi kompozycjami. Deathwitch udowadnia, że brytyjskie trio potrafi grać agresywnie, harmonizując ejtisowe inspiracje ze współczesnym spojrzeniem na heavy metal. Z kolei w Unholy Mother jest miejsce na melodyjne partie klawiszy i efekty dźwiękowe burzy (cliché), które uzupełniają ostrość metalowej kompozycji.
Powrót Venom po 8 latach to przede wszystkim radosna nowina dla wszystkich fanów tej legendarnej kapeli. Fani starej szkoły metalu odnajdą tu sporo odniesień do klasycznej twórczości zespołu, choć trio w składzie Cronos, Rage i Danté stworzyło zupełnie nowe brzmienie balansujące pomiędzy tradycją a nowoczesnością. Z technicznego punktu widzenia krążkowi nie można niczego zarzucić, a jeśli chodzi o kompozycje, to jest kilka kawałków, przy których nóżka sama zaczyna tupać.
Nie jest to poziom Black Metal i nigdy nie będzie, ale czy o to w tym chodzi, żeby gonić za własnym ogonem? Finalnie Into Oblivion to po prostu dobry album, obok którego nie można przejść obojętnie. Warto dać mu szansę, a szczególnie, jeżeli to on ma być Twoją przepustką do oryginalnych dokonań Venom z początku lat 80. Metal for maniacs pure? Zdecydowanie.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje








