SUN DONT SHINE – „From Birth to Death” (2026)
Autor: Wadim Filiks
Data dodania: 26-05-2026
Wyświetleń: 1546

SUN DONT SHINE – „From Birth to Death” (2026)
Corpse Paint Records
Muszę się do czegoś przyznać. Mam ambiwalentny stosunek do metalowych supergrup. Z jednej strony nie wyobrażam sobie swojej fonoteki bez takich grup jak Down, S.O.D. czy Them Crooked Vultures. Jednocześnie nigdy „nie robiły mi” kapele pokroju Audioslave, Velvet Revolver i Bloodbath. Ba, niektóre nowości wydawnicze zaobrączkowane ze stemplem supergrupy nawet nigdy nie trafiły do mojego odtwarzacza. Tym razem jednak miało być inaczej, bo oto doszło do zderzenia jakże odmiennych stylistyk z pogranicza sludge i gothic doom metalu. Mesdames et messieurs, przedstawiam Sun Dont Shine.
Gwoli wyjaśnienia, kto zacz. Sun Dont Shine (pisownia oryginalna – bez apostrofu) to projekt, za który odpowiadają znani przede wszystkim z Type O Negative Johnny Kelly (bębny) oraz Kenny Hickey (wokal, gitara). Za drugie sześciostrunowe wiosło chwycił występujący na co dzień w Crowbar Kirk Windstein, a stanowisko basisty obsadził Todd Strange, który z legendą sceny NOLA rozstał się w 2018 roku. Ten nowoorleańsko-nowojorski melting pot działał w latach 2023-2024 pod nazwą Eye Am, wydając dwa całkiem obiecujące single – Dreams Always Die with the Sun oraz Cryptomnesia .
Efektem kilkuletniej współpracy czwórki doświadczonych (ale wciąż jeszcze niepodstarzałych) muzyków jest pierwszy pełnowymiarowy krążek o obiecującym tytule From Birth to Death . Bez obaw, nie znajdziemy tu aż tak szerokiego przeglądu twórczości, który opowiadałby biografie twórców albumu od kołyski po grobową deskę. Choć, o czym warto przekonać się na własnych uszach, różnych inspiracji jest tu całkiem sporo. Kto zresztą słuchał 6 z 9 numerów wydanych w formie singli (dziwny to zabieg, nie przeczę), ten wie, czego spodziewać się po całokształcie placka Sun Dont Shine.
Sludge’owy brud wyrwany żywcem ze sceny NOLA miesza się tutaj z gotycko-doomowym charakterem, a mimo to wydawnictwo nie jest bezmyślnym autoplagiatem. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że motywy, które powinny kojarzyć się z twórczością Crowbar i Type O Negative, są tu delikatnie „rozwodnione” przez uciekanie w kierunku stonera i alternatywnego metalu.
Kompromis? Momentami za dużo tu pójścia na ustępstwa, co może powodować, że odbiór niespełna trzech kwadransów From Birth to Death staje się nieco monotonnym doświadczeniem. Otwierający album numer Power to Live narzuca stylistykę całości, a świetną robotę robią tu wspierające wokale Kirka, którego chrypa stanowi idealną przeciwwagę dla melodyjnego śpiewu Kenny’ego, do jakiego przyzwyczaił nas w grupie Silvertomb. Próbkę tej mikstury da się usłyszeć jeszcze w All You Wasted oraz What You Are, choć są tu kolejne kompozycje, jak Coming Down czy When it’s Time to Leave , które aż proszą się o więcej gardłowego sludge’owego żaru.
Pierwszy album Sun Dont Shine (celowo unikam określenia debiut, bo wydaje mi się to niepoważne w kontekście sześćdziesięcioletnich starych wyjadaczy) traktuję jako interesującą ciekawostkę. Nie jest to pozycja obowiązkowa, ale jednocześnie może pozytywnie zaskakiwać. Przede wszystkim czuć w tym wszystkim chęć do tworzenia czegoś nowego i jestem przekonany, że ta czwórka po prostu lubi ze sobą grać. Zresztą ekipa zna się jeszcze z lat 90., kiedy to grywali na największych scenach u boku Pantery, o czym Kenny wspominał w wywiadzie dla Metal Hammera. Serce włożone w muzykę to już połowa sukcesu, a gdy w parze z pasją idą skille, efekt jest prosty: From Birth to Death ma więcej ładu i składu niż niejedna płyta nagrana przez dwudziestoletnich nowicjuszy.
Reasumując, warto obrócić ten krążek przynajmniej parę razy, choćby z czystej nostalgii za minionymi latami. Bo w gruncie rzeczy jest to materiał bardzo „najntisowy”, choć jednocześnie świeży i nowocześnie wyprodukowany. A co najbardziej przypadło mi do gustu? Tłuściutkie basowe intro do What You Are . Z kolei największe rozczarowanie podsumuję tak: za mało Kirka w Kirku.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje

SUN DONT SHINE – „From Birth to Death” (2026)
Corpse Paint Records
Muszę się do czegoś przyznać. Mam ambiwalentny stosunek do metalowych supergrup. Z jednej strony nie wyobrażam sobie swojej fonoteki bez takich grup jak Down, S.O.D. czy Them Crooked Vultures. Jednocześnie nigdy „nie robiły mi” kapele pokroju Audioslave, Velvet Revolver i Bloodbath. Ba, niektóre nowości wydawnicze zaobrączkowane ze stemplem supergrupy nawet nigdy nie trafiły do mojego odtwarzacza. Tym razem jednak miało być inaczej, bo oto doszło do zderzenia jakże odmiennych stylistyk z pogranicza sludge i gothic doom metalu. Mesdames et messieurs, przedstawiam Sun Dont Shine.
Gwoli wyjaśnienia, kto zacz. Sun Dont Shine (pisownia oryginalna – bez apostrofu) to projekt, za który odpowiadają znani przede wszystkim z Type O Negative Johnny Kelly (bębny) oraz Kenny Hickey (wokal, gitara). Za drugie sześciostrunowe wiosło chwycił występujący na co dzień w Crowbar Kirk Windstein, a stanowisko basisty obsadził Todd Strange, który z legendą sceny NOLA rozstał się w 2018 roku. Ten nowoorleańsko-nowojorski melting pot działał w latach 2023-2024 pod nazwą Eye Am, wydając dwa całkiem obiecujące single – Dreams Always Die with the Sun oraz Cryptomnesia .
Efektem kilkuletniej współpracy czwórki doświadczonych (ale wciąż jeszcze niepodstarzałych) muzyków jest pierwszy pełnowymiarowy krążek o obiecującym tytule From Birth to Death . Bez obaw, nie znajdziemy tu aż tak szerokiego przeglądu twórczości, który opowiadałby biografie twórców albumu od kołyski po grobową deskę. Choć, o czym warto przekonać się na własnych uszach, różnych inspiracji jest tu całkiem sporo. Kto zresztą słuchał 6 z 9 numerów wydanych w formie singli (dziwny to zabieg, nie przeczę), ten wie, czego spodziewać się po całokształcie placka Sun Dont Shine.
Sludge’owy brud wyrwany żywcem ze sceny NOLA miesza się tutaj z gotycko-doomowym charakterem, a mimo to wydawnictwo nie jest bezmyślnym autoplagiatem. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że motywy, które powinny kojarzyć się z twórczością Crowbar i Type O Negative, są tu delikatnie „rozwodnione” przez uciekanie w kierunku stonera i alternatywnego metalu.
Kompromis? Momentami za dużo tu pójścia na ustępstwa, co może powodować, że odbiór niespełna trzech kwadransów From Birth to Death staje się nieco monotonnym doświadczeniem. Otwierający album numer Power to Live narzuca stylistykę całości, a świetną robotę robią tu wspierające wokale Kirka, którego chrypa stanowi idealną przeciwwagę dla melodyjnego śpiewu Kenny’ego, do jakiego przyzwyczaił nas w grupie Silvertomb. Próbkę tej mikstury da się usłyszeć jeszcze w All You Wasted oraz What You Are, choć są tu kolejne kompozycje, jak Coming Down czy When it’s Time to Leave , które aż proszą się o więcej gardłowego sludge’owego żaru.
Pierwszy album Sun Dont Shine (celowo unikam określenia debiut, bo wydaje mi się to niepoważne w kontekście sześćdziesięcioletnich starych wyjadaczy) traktuję jako interesującą ciekawostkę. Nie jest to pozycja obowiązkowa, ale jednocześnie może pozytywnie zaskakiwać. Przede wszystkim czuć w tym wszystkim chęć do tworzenia czegoś nowego i jestem przekonany, że ta czwórka po prostu lubi ze sobą grać. Zresztą ekipa zna się jeszcze z lat 90., kiedy to grywali na największych scenach u boku Pantery, o czym Kenny wspominał w wywiadzie dla Metal Hammera. Serce włożone w muzykę to już połowa sukcesu, a gdy w parze z pasją idą skille, efekt jest prosty: From Birth to Death ma więcej ładu i składu niż niejedna płyta nagrana przez dwudziestoletnich nowicjuszy.
Reasumując, warto obrócić ten krążek przynajmniej parę razy, choćby z czystej nostalgii za minionymi latami. Bo w gruncie rzeczy jest to materiał bardzo „najntisowy”, choć jednocześnie świeży i nowocześnie wyprodukowany. A co najbardziej przypadło mi do gustu? Tłuściutkie basowe intro do What You Are . Z kolei największe rozczarowanie podsumuję tak: za mało Kirka w Kirku.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje








