Mystic Festival 2026 - Dzień 3 - 05.06.26 (Relacja)
Data dodania: 06-06-2026
Wyświetleń: 444

Mystic Festival 2026 - Dzień 3 - 05.06.26 (Relacja)
Stocznia Gdańska, 05.06.2026
Pochmurny piątek od rana nastrajał na nowoorleańskie klimaty, więc aura w zasadzie akuratna względem tego, co mnie tego dnia interesowało na festiwalu.
Zacząłem od EYEHATEGOD na głównej scenie. Rok temu nie udało mi się ich zobaczyć, więc ucieszyłem się, że wracają na MYSTIC w 2026. Czołg przejechał po zalanej strugami deszczu publice. Absolutny minimalizm wizualny mocno potęgował undergroundowy sznyt tej załogi. Bardzo dobre brzmienie, pozbawione bolączki głównej mysticowej sceny z uciekającym dźwiękiem za podmuchami wiatru. Dobry początek, choć sam koncert wydał mi się nieco nużący.
Następny był CORONER na Park Stage, czyli zespół, który w zeszłym roku, po 32 latach wydał powrotny album, jeden z lepszych, jakie słyszałem w ostatnim czasie. Szwajcarzy są określani mianem technicznego thrash metalu. Mam lekki problem z tym szyldem, zwłaszcza w kontekście nowej płyty. No, bo, gdy postawimy ich obok czwartkowych reprezentantów spod znaku umpa-umpa thrash’u, to ja tu za dużo podobieństw nie dostrzegam. Nieważne. Koncert był piękny, elegancki i dostojny. Świetne, selektywne brzmienie i perfekcyjne wykonanie potęgowały wrażenia.

Pobiegłem na Main Stage, bo tam pojawili się już kolejni reprezentanci południowo-amerykańskiej szkoły groove’u - CORROSION OF CONFORMITY. Świetny, rozbujany hard rock w wykonaniu tych zasłużonych gentlemanów okraszony soczystym brzmieniem wszedł mi mięciutko i z dużą przyjemnością. Miodzio.

Przyszedł czas na DEATH TO ALL na Park Stage. Miałem duże oczekiwania względem tego występu, które zostały zaspokojone tylko połowicznie. Nie wiem, co się momentami dzieje z brzmieniem na tej scenie, szczególnie w kontekście perkusji. W czwartek DECAPITATED został kompletnie skrzywdzony, a werbel Jamesa brzmiał jak garnek. Wczoraj werbel Hoglana brzmiał jak deska. Poprawiło się nieco na wysokości „Lack Of Comprehension” . Ubolewam nad tym, że muzycy tej klasy są tak boleśnie krzywdzeni przez kwestie, na które nie mają wpływu. Poza perkusją, nie było, do czego się przyczepić. Największe wrażenie robił na mnie Max Phelps - dźwigający kolosalne brzemię odpowiedzialności mierzenia się z rolą, jaką pełnił na scenie Chuck Schuldiner. Można tego typu projekty lubić lub nie. Kontrowersyjne bywają cover bandy często określane „skokiem na kasę na czyimś sukcesie”. W przypadku DEATH TO ALL nie można tej inicjatywie odmówić autentyczności.

A potem poszedłem dać się dobrowolnie pogrzebać w dymie. Koncert DOWN był wspaniały - surowy, naturalny i do bólu szczery. „NOLA” jest jedną z nielicznych płyt, które od lat słucham niemal codziennie, więc doświadczenie tego w takiej formie było dla mnie doznaniem szczególnym. Phil Anselmo parokrotnie wspominał o tym, jak niezwykle dobrany został tego dnia line up głównej sceny. Na koniec zespół dał upust przyjacielskich więzi wykonując „Bury Me In Smoke” z członkami EYEHATEGOD i CORROSION OF CONFORMITY.

Ścisk na ROTTING CHRIST świadczył o tym, że zespół został nieco niefortunnie umiejscowiony na Desert Stage. Obejrzałem więc końcówkę z dość dużej odległości, ale nawet z samego końca tłumu sound był bardzo czytelny, dynamiczny i nawet było słychać blachy, a werbel brzmiał jak instrument, a nie przypadkowy przedmiot kuchenno-stolarski. Widać też było, że zespół grając w Polsce regularnie od lat, wyrobił sobie ogromną rzeszę fanów. Ja sam widziałem ich przynajmniej z 30 razy (głównie z racji występowania w roli supportu na ich polskich trasach koncertowych). Ta konsekwencja działa skutecznie, co dokładnie było widać na Desert Stage.
W drodze na danie główne Main Stage zatrzymałem się na ELECTRIC WIZZARD. Nie jestem w stanie zliczyć ile razy próbowałem zrozumieć fenomen tego zespołu. Zawsze bezskutecznie. Koncertowo natomiast nabrało to zupełnie innego wymiaru. Bardzo dobre ciężkie brzmienie, wspaniałe wizualizacje potęgujące psychodeliczno-piekielny nastrój i transowy klimat, który mnie całkowicie pochłonął. Słyszałem i widziałem przynajmniej kilka podobnych muzycznych tworów i uważam, że to dość niebywałe ile ten zespół ma naśladowców, ale było w tym coś iście magicznego. Jedna zadra - strojenie gitary na pełnym nagłośnieniu między utworami będzie dla mnie niepojętym hitem tego występu - moment, który w pył rozsypał całą atmosferę.

Nadszedł czas na danie główne - BLACK LABEL SOCIETY. No ludzie złoci, co to był za gig! Przeorało mnie niesamowicie. Przepiękny, po prostu przepiękny koncert. Nie byłem w stanie ustać spokojnie. Setlista kipiąca hitami, gitarowe dialogi i ten rasowy, rockowy groove. Super, że Dario Lorina tak często był dopuszczany do głosu i ciął wcale nie gorsze sola niż Zakk. Bardzo mnie ujął ten brak przerostu ego lidera zespołu, bo grali jak równy z równym. Wzruszający był też hołd dla OZZY’ego, Dimebaga i Vinniego Paul’a - aż mi się oczy spociły. I jak to brzmiało! W połowie koncertu BLS miałem udać się na Desert Stage na PRIMORDIAL, ale nie byłem w stanie wyjść. Szczęka pogubiona. Cudowne zamknięcie dużej sceny. Póki co bezsprzeczny faworyt całego festiwalu.
Na PRIMORDIAL dotarłem dopiero w połowie. Bardzo lubię ten zespół i koncertowo utwierdziłem się w przekonaniu, że moje zamiłowanie nie jest bezzasadne. Ciężko mi jednak było wczuć się w klimat, bo wciąż byłem rozjechany po błocie koncertem BLS. Zagrane na koniec „Empire Falls” było dla mnie więc idealnym zwieńczeniem trzeciego dnia festiwalu.

Ale kierując się do wyjścia mijałem Park Stage i przystanąłem jeszcze na chwilę na CARPENTER BRUT. Zupełnie nie znałem tego zespołu, i choć początkowo byłem trochę zniesmaczony, to zainteresowałem się i obejrzałem kilka numerów. Sympatyczna dyskoteka z przesterowaną gitarą, taki powiew radości po dość posępnym, nieco depresyjnym klimacie PRIMORDIAL.
Koncert dnia - bez najmniejszego zastanowienia BLACK LABEL SOCIETY. Dawno nie widziałem czegoś tak porywającego i dobrego.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Koncerty

Mystic Festival 2026 - Dzień 3 - 05.06.26 (Relacja)
Stocznia Gdańska, 05.06.2026
Pochmurny piątek od rana nastrajał na nowoorleańskie klimaty, więc aura w zasadzie akuratna względem tego, co mnie tego dnia interesowało na festiwalu.
Zacząłem od EYEHATEGOD na głównej scenie. Rok temu nie udało mi się ich zobaczyć, więc ucieszyłem się, że wracają na MYSTIC w 2026. Czołg przejechał po zalanej strugami deszczu publice. Absolutny minimalizm wizualny mocno potęgował undergroundowy sznyt tej załogi. Bardzo dobre brzmienie, pozbawione bolączki głównej mysticowej sceny z uciekającym dźwiękiem za podmuchami wiatru. Dobry początek, choć sam koncert wydał mi się nieco nużący.
Następny był CORONER na Park Stage, czyli zespół, który w zeszłym roku, po 32 latach wydał powrotny album, jeden z lepszych, jakie słyszałem w ostatnim czasie. Szwajcarzy są określani mianem technicznego thrash metalu. Mam lekki problem z tym szyldem, zwłaszcza w kontekście nowej płyty. No, bo, gdy postawimy ich obok czwartkowych reprezentantów spod znaku umpa-umpa thrash’u, to ja tu za dużo podobieństw nie dostrzegam. Nieważne. Koncert był piękny, elegancki i dostojny. Świetne, selektywne brzmienie i perfekcyjne wykonanie potęgowały wrażenia.

Pobiegłem na Main Stage, bo tam pojawili się już kolejni reprezentanci południowo-amerykańskiej szkoły groove’u - CORROSION OF CONFORMITY. Świetny, rozbujany hard rock w wykonaniu tych zasłużonych gentlemanów okraszony soczystym brzmieniem wszedł mi mięciutko i z dużą przyjemnością. Miodzio.

Przyszedł czas na DEATH TO ALL na Park Stage. Miałem duże oczekiwania względem tego występu, które zostały zaspokojone tylko połowicznie. Nie wiem, co się momentami dzieje z brzmieniem na tej scenie, szczególnie w kontekście perkusji. W czwartek DECAPITATED został kompletnie skrzywdzony, a werbel Jamesa brzmiał jak garnek. Wczoraj werbel Hoglana brzmiał jak deska. Poprawiło się nieco na wysokości „Lack Of Comprehension” . Ubolewam nad tym, że muzycy tej klasy są tak boleśnie krzywdzeni przez kwestie, na które nie mają wpływu. Poza perkusją, nie było, do czego się przyczepić. Największe wrażenie robił na mnie Max Phelps - dźwigający kolosalne brzemię odpowiedzialności mierzenia się z rolą, jaką pełnił na scenie Chuck Schuldiner. Można tego typu projekty lubić lub nie. Kontrowersyjne bywają cover bandy często określane „skokiem na kasę na czyimś sukcesie”. W przypadku DEATH TO ALL nie można tej inicjatywie odmówić autentyczności.

A potem poszedłem dać się dobrowolnie pogrzebać w dymie. Koncert DOWN był wspaniały - surowy, naturalny i do bólu szczery. „NOLA” jest jedną z nielicznych płyt, które od lat słucham niemal codziennie, więc doświadczenie tego w takiej formie było dla mnie doznaniem szczególnym. Phil Anselmo parokrotnie wspominał o tym, jak niezwykle dobrany został tego dnia line up głównej sceny. Na koniec zespół dał upust przyjacielskich więzi wykonując „Bury Me In Smoke” z członkami EYEHATEGOD i CORROSION OF CONFORMITY.

Ścisk na ROTTING CHRIST świadczył o tym, że zespół został nieco niefortunnie umiejscowiony na Desert Stage. Obejrzałem więc końcówkę z dość dużej odległości, ale nawet z samego końca tłumu sound był bardzo czytelny, dynamiczny i nawet było słychać blachy, a werbel brzmiał jak instrument, a nie przypadkowy przedmiot kuchenno-stolarski. Widać też było, że zespół grając w Polsce regularnie od lat, wyrobił sobie ogromną rzeszę fanów. Ja sam widziałem ich przynajmniej z 30 razy (głównie z racji występowania w roli supportu na ich polskich trasach koncertowych). Ta konsekwencja działa skutecznie, co dokładnie było widać na Desert Stage.
W drodze na danie główne Main Stage zatrzymałem się na ELECTRIC WIZZARD. Nie jestem w stanie zliczyć ile razy próbowałem zrozumieć fenomen tego zespołu. Zawsze bezskutecznie. Koncertowo natomiast nabrało to zupełnie innego wymiaru. Bardzo dobre ciężkie brzmienie, wspaniałe wizualizacje potęgujące psychodeliczno-piekielny nastrój i transowy klimat, który mnie całkowicie pochłonął. Słyszałem i widziałem przynajmniej kilka podobnych muzycznych tworów i uważam, że to dość niebywałe ile ten zespół ma naśladowców, ale było w tym coś iście magicznego. Jedna zadra - strojenie gitary na pełnym nagłośnieniu między utworami będzie dla mnie niepojętym hitem tego występu - moment, który w pył rozsypał całą atmosferę.

Nadszedł czas na danie główne - BLACK LABEL SOCIETY. No ludzie złoci, co to był za gig! Przeorało mnie niesamowicie. Przepiękny, po prostu przepiękny koncert. Nie byłem w stanie ustać spokojnie. Setlista kipiąca hitami, gitarowe dialogi i ten rasowy, rockowy groove. Super, że Dario Lorina tak często był dopuszczany do głosu i ciął wcale nie gorsze sola niż Zakk. Bardzo mnie ujął ten brak przerostu ego lidera zespołu, bo grali jak równy z równym. Wzruszający był też hołd dla OZZY’ego, Dimebaga i Vinniego Paul’a - aż mi się oczy spociły. I jak to brzmiało! W połowie koncertu BLS miałem udać się na Desert Stage na PRIMORDIAL, ale nie byłem w stanie wyjść. Szczęka pogubiona. Cudowne zamknięcie dużej sceny. Póki co bezsprzeczny faworyt całego festiwalu.
Na PRIMORDIAL dotarłem dopiero w połowie. Bardzo lubię ten zespół i koncertowo utwierdziłem się w przekonaniu, że moje zamiłowanie nie jest bezzasadne. Ciężko mi jednak było wczuć się w klimat, bo wciąż byłem rozjechany po błocie koncertem BLS. Zagrane na koniec „Empire Falls” było dla mnie więc idealnym zwieńczeniem trzeciego dnia festiwalu.

Ale kierując się do wyjścia mijałem Park Stage i przystanąłem jeszcze na chwilę na CARPENTER BRUT. Zupełnie nie znałem tego zespołu, i choć początkowo byłem trochę zniesmaczony, to zainteresowałem się i obejrzałem kilka numerów. Sympatyczna dyskoteka z przesterowaną gitarą, taki powiew radości po dość posępnym, nieco depresyjnym klimacie PRIMORDIAL.
Koncert dnia - bez najmniejszego zastanowienia BLACK LABEL SOCIETY. Dawno nie widziałem czegoś tak porywającego i dobrego.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Koncerty









