Mystic Festival 2026 - Dzień 2 - 04.06.26 (Relacja)
Autor: Łukasz Sarnacki
Data dodania: 05-06-2026
Wyświetleń: 395

Mystic Festival 2026 - Dzień 2 - 04.06.26 (Relacja)
Stocznia Gdańska, 04.06.2026
Wczorajszy „Warm Up Day” wspaniale mnie nastroił na dalsze festiwalowe hulanki i czwartkowy dzień, od deski do deski, spędziłem na terenie festiwalu, początkowo oddając się zakupowemu szaleństwu i rekreacyjnym rozmowom ze znajomymi.
Część koncertową zacząłem na Main Stage koncertem HEATHEN. Nigdy nie zatrzymałem się przy ich muzyce na tak długo jak wczoraj i nie sądzę, aby cokolwiek miało się w tej materii zmienić. Nie do końca moja para kaloszy, ale z pewnością było to jakościowe wprowadzenie w thrashowy nastrój.

Na oficjalnym merchu pojawił się JEDEN ciuch BLOOD INCANTATION, więc okienko czasowe wykorzystałem na 30 minutowe stanie w kolejce, aby dowiedzieć się że dostępne są tylko rozmiary XXXL… Dobra moja!
Mój stosunek do OVERKILL wygląda dość ambiwalentnie. Niestety, od zawsze nieco irytował mnie wokal Blitza, który skutecznie odpycha mnie od ich muzyki. Nic się nie zmieniło. Choć nie można im odmówić ognia i niesamowitej energii, to wciąż nie jest to oferta w 100% dla mnie. Szacunku mam do nich ogrom, ale to nie wystarczy, abym mógł określić się fanem oferowanego przez nich thrash metalu.
Zaraz po nich na Park Stage pojawił się DECAPITATED. Choć widziałem ich z 70 razy i chyba w każdej możliwej konfiguracji kadrowej, włącznie z oryginalnym, legendarnym już line up’em, to zawsze z dużą radością uczestniczę w ich koncertach. Mimo mojej szczerej sympatii do członków zespołu, muszę przyznać, że jestem trochę rozczarowany. Pierwsze 2 utwory były brzmieniową katastrofą. Słychać było tylko werbel i stopę, a pod tym buczącą ścianę zamulonego hałasu i przedzierający się, bardzo dobry zresztą, wokal. Zero blach, zero tomów, zero selektywności. Na wysokości „Earth Scar” zaczęło się nieco poprawiać, ale już do samego końca brzmiało to tak, jakby na system nagłośnieniowy ktoś nałożył wielką kołdrę, spod której sporadycznie się coś wydostawało. Po tym jak rok temu na tej samej scenie zabrzmiał VADER, miałem wobec występu polsko-fińsko-brytyjskiej załogi bardzo wysokie oczekiwania, które niestety nie zostały spełnione. A przecież wiem jak ten zespół potrafi zabrzmieć. Oby tylko po tym wpisie nie poleciała czyjaś głowa…

Nie będę udawał specjalisty od ANTHRAX, bo nim nie jestem i stosunek mam do nich może nieco bardziej przychylny niż do OVERKILL. Wszystko było słychać jak należy. Dobrze widzieć weteranów w tak dobrej formie. Nie raz wspominałem, że nie do końca czuję tę ich umowną przynależność do wielkiej czwórki thrash metalu, ale nie będę się tu licytował. Usłyszałem „Caught In A Mosh” i udałem się w stronę Desert Stage, aby zająć strategiczną miejscówkę na MARDUK. Okazało się, że wkradło się 30 minutowe opóźnienie i występ miał się zacząć równocześnie z CAVALERA.

Zdecydowałem na początek postawić na słynnych braci z Brazylii, tym bardziej, że szykowali nam ucztę pod postacią „Chaos A.D.” w całości. Przed startem w tłumie rozległy się gromkie krzyki „NO CAVALERA NO SEPULTURA”. Koncert brzmiał potężnie i moc bijąca ze sceny przewracała bebechy. Igor Cavalera, choć wygląda jakby połknął sam siebie, wciąż gra fantastycznie, z uderzającym groovem. Byłem stosunkowo blisko sceny, więc gry ruszył młyn na „Refuse/Resist” to całe te piaszczyste klepisko zaczęło unosić się w powietrzu i uznałem, że trzeba zrobić kilka kroków w tył, bo przed snem wydmucham z nosa złogi błota.

I choć koncert CAVALERA był bardzo dobry to musiałem wyrwać się, chociaż na połowę MARDUK i autentycznie, po raz pierwszy tego dnia, serce zabiło mi jakby mocniej. Simon na perkusji to jest jakiś nadczłowiek. Niesamowity muzyk. Bardzo, ale to bardzo kupił mnie swoimi wokalami i wytwarzaną aurą Mortuus. Nie raz wspominałem, że jestem fanem MARDUK za czasów Legiona, ale to, czego wczoraj doświadczyłem rozpaliło mój ogień na nowo. Komfort odbioru wspomagał stosunkowo nieduży tłum. Było luźno, a ja lubię jak mi nikt nie depcze po butach i nie rozlewa piwska na ciuchy. Po raz pierwszy na MYSTICu byłem tak blisko sceny i miałem dookoła jeszcze sporo miejsca. Podobało mi się.

MEGADETH przestał mnie interesować po „Cryptic Writings” (1997), czyli dość dawno. Żadna późniejsza płyta nie zrobiła na mnie większego wrażenia, i nawet pożegnalna (???) „Megadeth” , która jak się okazało otrzymała w Polsce status złotej płyty, wcale mnie niczym szczególnym nie zainteresowała. Z dużą więc rezerwą podchodziłem do wczorajszego koncertu. Biję się w pierś, zwracam honor i przepraszam, bo to był FANTASTYCZNY występ, w 100% na miarę głównej sceny. Zespół zabrzmiał jak milion dolarów. Setlista przekrojowa, z dużą ilością ponadczasowych sztosów. Bardzo mi się podobało. Od dłuższego czasu otwarcie dzielę się swoją niechęcią do Dave Mustaine’a, ale to nie jest czas i miejsce, aby kolejny raz to roztrząsać. Co by jednak o nim nie mówić, to jest on prawdziwą legendą metalu. Kropka. W moim odczuciu trochę niepotrzebna była część poświęcona METALLICA (tak, wiem, kto jest kompozytorem tych utworów!). Uważam, że ten zespół ma tyle fantastycznych kompozycji, że wcale nie musiał sięgać po takie rozwiązania. Jeżeli to był manewr, by dostarczyć jeszcze więcej uciechy zgromadzonej publiczności, to w moim odczuciu był zupełnie niepotrzebny. No chyba, że to taka forma pogodzenia się z przeszłością. Tak czy siak - świetny koncert.
A na koniec dnia poleciałem w kosmos z BLOOD INCANRATION. To mój top of the tops muzycznych odkryć ostatnich lat, więc był to koncert, na jaki czekałem wczoraj najbardziej. Bardzo się cieszę, że mogłem usłyszeć „Absolute Elsewhere” odegrany w całości. Wspaniała oprawa, brzmienie i elegancja bijąca z dźwięków i aparycji muzyków tylko potęgowały moje odczucia. Przepiękne zakończenie dnia.

Medal za koncert, który zostanie mi w pamięci na dłużej przyznaję BLOOD INCANTATION. Wyróżnienie za całokształt i mega pozytywne wrażenia przyznaję MEGADETH.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Koncerty

Mystic Festival 2026 - Dzień 2 - 04.06.26 (Relacja)
Stocznia Gdańska, 04.06.2026
Wczorajszy „Warm Up Day” wspaniale mnie nastroił na dalsze festiwalowe hulanki i czwartkowy dzień, od deski do deski, spędziłem na terenie festiwalu, początkowo oddając się zakupowemu szaleństwu i rekreacyjnym rozmowom ze znajomymi.
Część koncertową zacząłem na Main Stage koncertem HEATHEN. Nigdy nie zatrzymałem się przy ich muzyce na tak długo jak wczoraj i nie sądzę, aby cokolwiek miało się w tej materii zmienić. Nie do końca moja para kaloszy, ale z pewnością było to jakościowe wprowadzenie w thrashowy nastrój.

Na oficjalnym merchu pojawił się JEDEN ciuch BLOOD INCANTATION, więc okienko czasowe wykorzystałem na 30 minutowe stanie w kolejce, aby dowiedzieć się że dostępne są tylko rozmiary XXXL… Dobra moja!
Mój stosunek do OVERKILL wygląda dość ambiwalentnie. Niestety, od zawsze nieco irytował mnie wokal Blitza, który skutecznie odpycha mnie od ich muzyki. Nic się nie zmieniło. Choć nie można im odmówić ognia i niesamowitej energii, to wciąż nie jest to oferta w 100% dla mnie. Szacunku mam do nich ogrom, ale to nie wystarczy, abym mógł określić się fanem oferowanego przez nich thrash metalu.
Zaraz po nich na Park Stage pojawił się DECAPITATED. Choć widziałem ich z 70 razy i chyba w każdej możliwej konfiguracji kadrowej, włącznie z oryginalnym, legendarnym już line up’em, to zawsze z dużą radością uczestniczę w ich koncertach. Mimo mojej szczerej sympatii do członków zespołu, muszę przyznać, że jestem trochę rozczarowany. Pierwsze 2 utwory były brzmieniową katastrofą. Słychać było tylko werbel i stopę, a pod tym buczącą ścianę zamulonego hałasu i przedzierający się, bardzo dobry zresztą, wokal. Zero blach, zero tomów, zero selektywności. Na wysokości „Earth Scar” zaczęło się nieco poprawiać, ale już do samego końca brzmiało to tak, jakby na system nagłośnieniowy ktoś nałożył wielką kołdrę, spod której sporadycznie się coś wydostawało. Po tym jak rok temu na tej samej scenie zabrzmiał VADER, miałem wobec występu polsko-fińsko-brytyjskiej załogi bardzo wysokie oczekiwania, które niestety nie zostały spełnione. A przecież wiem jak ten zespół potrafi zabrzmieć. Oby tylko po tym wpisie nie poleciała czyjaś głowa…

Nie będę udawał specjalisty od ANTHRAX, bo nim nie jestem i stosunek mam do nich może nieco bardziej przychylny niż do OVERKILL. Wszystko było słychać jak należy. Dobrze widzieć weteranów w tak dobrej formie. Nie raz wspominałem, że nie do końca czuję tę ich umowną przynależność do wielkiej czwórki thrash metalu, ale nie będę się tu licytował. Usłyszałem „Caught In A Mosh” i udałem się w stronę Desert Stage, aby zająć strategiczną miejscówkę na MARDUK. Okazało się, że wkradło się 30 minutowe opóźnienie i występ miał się zacząć równocześnie z CAVALERA.

Zdecydowałem na początek postawić na słynnych braci z Brazylii, tym bardziej, że szykowali nam ucztę pod postacią „Chaos A.D.” w całości. Przed startem w tłumie rozległy się gromkie krzyki „NO CAVALERA NO SEPULTURA”. Koncert brzmiał potężnie i moc bijąca ze sceny przewracała bebechy. Igor Cavalera, choć wygląda jakby połknął sam siebie, wciąż gra fantastycznie, z uderzającym groovem. Byłem stosunkowo blisko sceny, więc gry ruszył młyn na „Refuse/Resist” to całe te piaszczyste klepisko zaczęło unosić się w powietrzu i uznałem, że trzeba zrobić kilka kroków w tył, bo przed snem wydmucham z nosa złogi błota.

I choć koncert CAVALERA był bardzo dobry to musiałem wyrwać się, chociaż na połowę MARDUK i autentycznie, po raz pierwszy tego dnia, serce zabiło mi jakby mocniej. Simon na perkusji to jest jakiś nadczłowiek. Niesamowity muzyk. Bardzo, ale to bardzo kupił mnie swoimi wokalami i wytwarzaną aurą Mortuus. Nie raz wspominałem, że jestem fanem MARDUK za czasów Legiona, ale to, czego wczoraj doświadczyłem rozpaliło mój ogień na nowo. Komfort odbioru wspomagał stosunkowo nieduży tłum. Było luźno, a ja lubię jak mi nikt nie depcze po butach i nie rozlewa piwska na ciuchy. Po raz pierwszy na MYSTICu byłem tak blisko sceny i miałem dookoła jeszcze sporo miejsca. Podobało mi się.

MEGADETH przestał mnie interesować po „Cryptic Writings” (1997), czyli dość dawno. Żadna późniejsza płyta nie zrobiła na mnie większego wrażenia, i nawet pożegnalna (???) „Megadeth” , która jak się okazało otrzymała w Polsce status złotej płyty, wcale mnie niczym szczególnym nie zainteresowała. Z dużą więc rezerwą podchodziłem do wczorajszego koncertu. Biję się w pierś, zwracam honor i przepraszam, bo to był FANTASTYCZNY występ, w 100% na miarę głównej sceny. Zespół zabrzmiał jak milion dolarów. Setlista przekrojowa, z dużą ilością ponadczasowych sztosów. Bardzo mi się podobało. Od dłuższego czasu otwarcie dzielę się swoją niechęcią do Dave Mustaine’a, ale to nie jest czas i miejsce, aby kolejny raz to roztrząsać. Co by jednak o nim nie mówić, to jest on prawdziwą legendą metalu. Kropka. W moim odczuciu trochę niepotrzebna była część poświęcona METALLICA (tak, wiem, kto jest kompozytorem tych utworów!). Uważam, że ten zespół ma tyle fantastycznych kompozycji, że wcale nie musiał sięgać po takie rozwiązania. Jeżeli to był manewr, by dostarczyć jeszcze więcej uciechy zgromadzonej publiczności, to w moim odczuciu był zupełnie niepotrzebny. No chyba, że to taka forma pogodzenia się z przeszłością. Tak czy siak - świetny koncert.
A na koniec dnia poleciałem w kosmos z BLOOD INCANRATION. To mój top of the tops muzycznych odkryć ostatnich lat, więc był to koncert, na jaki czekałem wczoraj najbardziej. Bardzo się cieszę, że mogłem usłyszeć „Absolute Elsewhere” odegrany w całości. Wspaniała oprawa, brzmienie i elegancja bijąca z dźwięków i aparycji muzyków tylko potęgowały moje odczucia. Przepiękne zakończenie dnia.

Medal za koncert, który zostanie mi w pamięci na dłużej przyznaję BLOOD INCANTATION. Wyróżnienie za całokształt i mega pozytywne wrażenia przyznaję MEGADETH.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Koncerty









