AngielskiPolski
Koszyk 0
Twój koszyk jest pusty...
Strona główna » Blog » Recenzje » MAYHEM - "Liturgy of Death" (2026)
  • sauron

Prześlij nam swój adres e-mail, a my powiadomimy Cię o nowych produktach, najlepszych cenach, promocjach i wyprzedażach.

 
  • Ilość produktów: 395
  • Ilość kategorii: 33
  • Ilość promocji: 38
  • Ilość nowości: 28
  • Aktualnie klientów na stronie: 5
  • Sklep odwiedziło: 1292606 klientów
  • Sklep działa od: 09-01-2015

MAYHEM - "Liturgy of Death" (2026)

Autor: Łukasz Sarnacki Data dodania: 19-05-2026 Wyświetleń: 552
alt

MAYHEM - "Liturgy of Death" (2026)
Century Media Records

MAYHEM to gigant i gatunkowa ekstraklasa - muzycznie, historycznie, personalnie. To nie jest temat do dyskusji. To fakt. To zespół, który wielokrotnie wyznaczał stylistyczne ramy, po czym z premedytacją je łamał i udowadniał, że schematy są dla tych, którym brakuje odwagi i własnej tożsamości. Po kimś takim oczekuje się rzeczy klasy premium. Czy MAYHEM obudził się z letargu i wreszcie sprostał oczekiwaniom? Hmm…

Albumem, który mnie najbardziej pozamiatał w historii MAYHEM jest „Grand Declaration Of War” z 2000 roku i nigdy nie zapomnę mojego wrażenia przy pierwszym odsłuchu. To było coś, co wykraczało poza wszelkie normy. Coś, co drwiło z zasad i szyderczo się uśmiechało w stronę tych, którzy nie mogli poradzić sobie z tym, że ten album jest tak bardzo inny od „De Mysteriis Dom Sathanas”. To był dla mnie wyznacznik artystycznej wolności, który na dobre wpoił mi do głowy, że black metal niejedną ma twarz, a jego siłą jest otwartość, odwaga i stawanie w kontrze wobec oczekiwań. Ten krążek sprawił, że moje wymagania względem kolejnych płyt MAYHEM wystrzeliły w kosmos. Niestety, już nigdy później nie zostały do końca zaspokojone.

Śledząc recenzje w necie, natknąłem się na opinie, że „Liturgy Of Death” to najlepszy album od czasu „Chimera”, i że zjada „Esoteric Warfare” oraz „Daemon” razem wzięte. No zjada, ale czy jest to jakiś przełom? Nie byłbym aż tak optymistyczny. Przede wszystkim jest to album wywołujący dość podobne wrażenia, co poprzedni. Przynajmniej przy pierwszych odsłuchach. Nie ma tu zaskoczeń - ani w brzmieniu, ani w kompozycjach. Mówiąc wprost - MAYHEM żuje swój ogon od kilku lat i zaoferował album, jakiego wszyscy mogli się po nim spodziewać - do bólu poprawny, żeby nie powiedzieć bezpieczny. Tu nie ma podjętego ryzyka, tu jest black metal trzymany na smyczy.

Premiera „Liturgy Of Death” stała się dla mnie pretekstem, aby wnikliwie odświeżyć dyskografię tego norweskiego giganta i z łatwością można zauważyć, że historyczne etapy MAYHEM wyznaczają zmiany na pozycji gitarzystów. „De Mysteriis Dom Sathanas” (1994) to album, o którym trudno napisać coś odkrywczego - to pomnik pełen wspaniałych riffów Euronymousa, oparty na stosunkowo prostych konstrukcjach. Jest w tych kompozycjach zaklęta jakaś niezwykła magia, która działa do dzisiaj. Na pewno pomaga tu też aura wydarzeń, jakie toczyły się w tle, a która w domyśle towarzyszy tej płycie.

Gdy bezpośrednio po niej sięgniemy po „Grand Declaration Of War” (2000), gdzie za kompozycje odpowiadał już Blasphemer, to faktycznie można zadać sobie pytanie - „O co tu chodzi?”. Zespół nagrywa debiut, którym oczarowany jest świat. Rozsądek nakazuje iść za ciosem. Co robi MAYHEM? Nagrywa album zupełnie inny, jakby działając kompletnie na przekór. To nigdy nie przestanie robić na mnie wrażenia i dlatego „Grand Declaration Of War” jest dla mnie albumem wyjątkowym i absolutnym nr 1 w dyskografii MAYHEM.

„Chimera” (2004) mnie początkowo rozczarowała. Oczekiwałem jeszcze większego muzycznego odjazdu, a miałem wrażenie, że zespół albo wyczerpał formę eksperymentów, albo nie udźwignął ciężaru krytyki i wybrał bezpieczniejszą ścieżkę. Paradoksalnie po latach jest to jeden z najczęściej odświeżanych przeze mnie albumów MAYHEM.

Gęsta jak smoła „Ordo Ad Chao” (2007) to trudna płyta i choć doceniam jej odwagę, to nigdy nie potrafiłem się przez nią dokładnie przegryźć. W moim odczuciu na niej też kończy się prawdziwa moc twórcza tego zespołu.

„Esoteric Warfare” z 2014 jest albumem, na którym debiutuje duet gitarzystów Teloch / Ghul, choć na płycie ten drugi swojej łapy jeszcze nie położył, a cały album napisał Teloch. Ta płyta brzmi jakby ktoś tu za wszelką cenę próbował dorównać kompozycyjnym odjazdom swojego poprzednika, i to mnie w „Esoteric…” najbardziej irytuje. Słuchając jej zawsze towarzyszy mi wrażenie, że to MAYHEM, który próbuje być MAYHEM. To się nie trzyma kupy. Nie lubię tej płyty.

Na szczęście w 2019 ukazał się „Daemon”. Dlaczego na szczęście? Otóż może nie jest to album wybitny, ani przesadnie oryginalny, ale brzmi jak płyta, która powstała bez silenia się, aby cokolwiek komuś udowodnić. Jest tu kilka riffów, kilka momentów, czasem jakiś fajny klimat, więc można by rzec, że kompozycyjnie duet gitarzystów nabrał ogłady i zrobił utwory na miarę swoich możliwości. To ratuje ten album, bo koniec końców rewolucji nie ma tu żadnej. To po prostu przyzwoity black metalowy krążek. Niezła jest też wydana dwa lata później EPka „Atavistic Black Disorder” z trzema kompozycjami, które nie weszły na „Daemon”. MAYHEM się jakby ustatkował, ale mi to nawet pasowało.

Mamy rok 2026 i nowy album - „Liturgy Of Death”. Singlowy „Weep For Nothing” dawał poczucie, że zapowiada się coś dobrego. Pierwsze przesłuchanie płyty wprawiło mnie w konsternację. Miałem wrażenie, że MAYHEM znowu coś zgubił. Utwory zlewały mi się w jedną całość, ciężko było na dłużej zaczepić na czymś ucho. Brakowało momentów, które by wyraźnie mną wstrząsnęły. Ale to MAYHEM, więc nie mogłem przekreślić tej płyty po pierwszych przesłuchaniach. Brnąłem dalej, szukając jakiegoś punktu zaczepienia …i chyba się udało.

Słucham kolejny raz „Liturgy Of Death” i mam wrażenie, że z każdym przesłuchaniem lubimy się coraz bardziej. W dodatku płyta leniwie, bez przesadnego narzucania się odsłania przede mną coraz więcej tajemnic i mogę śmiało powiedzieć, że odkrywam ją z każdym przesłuchaniem, a to jest coś, co BARDZO lubię w muzyce. Album zaczyna się świetnie - „Ephemeral Eternity” czaruje klimatem i sprawia wrażenie, że to będzie TEN album. Fajnie wkomponowane, gościnne wokale Garma dodają nastroju, riffy posępne, bardzo dobre brzmienie. Zespół raz porywa w wir („Aeon’s End”), innym razem osacza klimatem i czuję się jakbym stał nad przepaścią, która ma za chwilę runąć („Funeral Of Existence”). Singlowy „Weep For Nothing” momentami zawiewa klimatem z mojej ulubionej epoki i mógłby spokojnie znaleźć się na „Chimera”. Dużo się tu dzieje i nie zawsze chodzi o gęstość i zawiłość. MAYHEM zgrabnie operuje dynamiką do tego stopnia, że pauzy brzmią tu niekiedy potężniej i dostojniej niż kanonady blastów i riffów u wielu innych wykonawców.

Najgorszy moment? „Despair” trochę rozczarowuje i nuży zbyt kurczowo trzymając się schematów.

Najlepszy moment? „The Sentence Of Absolution”, bo jest takim „Liturgy Of Death” w pigułce.

Płyta roku? Niewykluczone, ale z pewnością jeszcze dużo się w tym roku wydarzy. Słucham jej od kilku miesięcy i wciąż często do niej wracam. I to jest takie dziwne uczucie, bo z jednej strony mam wrażenie, że nie jest to żadna wybitna rzecz, ale jak tylko się kończy to nie mogę się doczekać, aby znowu wcisnąć play i dać się osaczyć tym gęstym, niepokojącym klimatem. W opiniach internautów mignęło mi parokrotnie, że „Liturgy Of Death” to album pozbawiony dobrych riffów. Ale może tu wcale nie chodzi o riffy, tylko o tę atmosferę właśnie? Bo to, co w tej materii robi ten album jest moim zdaniem dość niezwykłe.
 


 

Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje

Reklama

Bestsellery

Newsletter

 

ostatnio oglądane produkty
Korzystanie z tej witryny oznacza wyrażenie zgody na wykorzystanie plików cookies. Więcej informacji możesz znaleźć w naszej Polityce Cookies.
Nie pokazuj więcej tego komunikatu