KREATOR - "Krushers of the World" (2026)
Autor: Łukasz Sarnacki
Data dodania: 21-05-2026
Wyświetleń: 435
KREATOR - "Krushers of the World" (2026)
Nuclear Blast Records
Po wydaniu tej płyty nagonka na KREATOR, która zalała internet z każdej możliwej strony osiągnęła absolutnie kosmiczny level, więc to czy w ogóle planowałem się z tym krążkiem mierzyć nie miało żadnego znaczenia. Ten wylew szamba był tak spektakularny, że nie mogłem przejść obojętnie i na własnych uszach postanowiłem się przekonać o co tyle krzyku.
Słyszałem single - wszystkie 4 sztuki. Bez żadnych silnych wrażeń zapoznałem się, lecz kiełkowało mi w głowie jedno pytanie - „O co tu chodzi? KREATOR chce być teraz ARCH ENEMY?”. Zupełnie to olałem. Mam to szczęście, że nigdy nie był to dla mnie TEN zespół. Owszem szanuję, mam płyty, które lubię oraz takie, których nigdy nie słyszałem. Długo wkręcony byłem w „Enemy Of God” , bardzo dobrze mi robił też „Phantom Antichrist” , a moim ulubionym albumem jest „Renewal”, i choć wiem, że ten krążek nie cieszy się dobrą opinią, to wcale mi to nie rzutuje na moją wobec niego sympatię.
Mimo, że lubiłem konkretne albumy z dyskografii tego niemieckiego giganta, to nigdy nie emocjonowałem się premierami kolejnych krążków. Nie słuchałem „Gods Of Violence” (poza jednym, mizernym singlem - „Satan Is Real” ) ani „Hate Uber Alles” . Nigdy nie byłem też szalikowcem „Pleasure To Kill” czy „Endless Pain” , więc od strony gatunkowej czystości KREATOR w sumie był zawsze mi dość obojętny. Czytając bulwersy w internecie, zarzuty o zniszczenie i podeptanie własnej muzycznej tożsamości oraz splunięcie fanom w twarze uznałem, że to musi być kurde całkiem niezłe, a z pewnością przynajmniej interesujące.
„Krushers Of The World” to album, na którym próżno szukać nawiązań do korzeni zespołu i fani, którzy są z KREATOR od lat 80-tych mogą czuć się rozczarowani. W pełni to rozumiem. Myślę sobie jednak, że zespół już od wielu lat prezentował światu bardziej chwytliwe, okraszone melodią i przebojowymi aranżacjami podejście do thrash metalu, więc to co się tu dzieje, brzmi trochę jak przesunięcie kolejnych granic, tak konsekwentnie przesuwanych od wielu już lat. KREATOR umie w chwytające za serce przeboje, ale tu sięga po rozwiązania dość tanie i takie jakby skierowane do kogoś innego niż dotychczas, bo serwuje słodycz, od której aż mdli. Mamy dużą, wygłaskaną produkcję, tak wykręconą, że fani ostatniej płyty MACHINE HEAD powinni być zachwyceni. Mamy stadionowe refreny i melodyjki, które z łatwością zanucimy pod prysznicem czy przy krojeniu warzyw na sałatkę jarzynową. No ale mamy też sporo całkiem niezłych riffów i doskonałe bębny Ventora. Gość ma prawie 60 lat, a wciąż gra z niesamowitą energią i mocą. Szkoda, że Mille Petrozza jeszcze nie nagrał refrenów czystym wokalem - to by była już absolutna wisienka na torcie hehe. Za to zaśpiewał w dość klasycznym dla siebie stylu, i to całkiem nieźle. Na upartego da się znaleźć na tej płycie trochę pozytywów. Serio.
Podkreślę to raz jeszcze - nie jestem die hardem KREATOR, więc emocje związane z tym krążkiem niespecjalnie mnie ruszają. Gdyby nie ten cały bulwers, to po średnich singlach po prostu bym zignorował tę płytę, ale po tym co się dzieje w internecie zwyczajnie się nie dało się przejść obok „Krushers Of The World” obojętnie.
Płyta roku? Nie tym razem. Natomiast poziom zgnojenia z pewnością zostawi trwały ślad w historii zespołu.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje
KREATOR - "Krushers of the World" (2026)
Nuclear Blast Records
Po wydaniu tej płyty nagonka na KREATOR, która zalała internet z każdej możliwej strony osiągnęła absolutnie kosmiczny level, więc to czy w ogóle planowałem się z tym krążkiem mierzyć nie miało żadnego znaczenia. Ten wylew szamba był tak spektakularny, że nie mogłem przejść obojętnie i na własnych uszach postanowiłem się przekonać o co tyle krzyku.
Słyszałem single - wszystkie 4 sztuki. Bez żadnych silnych wrażeń zapoznałem się, lecz kiełkowało mi w głowie jedno pytanie - „O co tu chodzi? KREATOR chce być teraz ARCH ENEMY?”. Zupełnie to olałem. Mam to szczęście, że nigdy nie był to dla mnie TEN zespół. Owszem szanuję, mam płyty, które lubię oraz takie, których nigdy nie słyszałem. Długo wkręcony byłem w „Enemy Of God” , bardzo dobrze mi robił też „Phantom Antichrist” , a moim ulubionym albumem jest „Renewal”, i choć wiem, że ten krążek nie cieszy się dobrą opinią, to wcale mi to nie rzutuje na moją wobec niego sympatię.
Mimo, że lubiłem konkretne albumy z dyskografii tego niemieckiego giganta, to nigdy nie emocjonowałem się premierami kolejnych krążków. Nie słuchałem „Gods Of Violence” (poza jednym, mizernym singlem - „Satan Is Real” ) ani „Hate Uber Alles” . Nigdy nie byłem też szalikowcem „Pleasure To Kill” czy „Endless Pain” , więc od strony gatunkowej czystości KREATOR w sumie był zawsze mi dość obojętny. Czytając bulwersy w internecie, zarzuty o zniszczenie i podeptanie własnej muzycznej tożsamości oraz splunięcie fanom w twarze uznałem, że to musi być kurde całkiem niezłe, a z pewnością przynajmniej interesujące.
„Krushers Of The World” to album, na którym próżno szukać nawiązań do korzeni zespołu i fani, którzy są z KREATOR od lat 80-tych mogą czuć się rozczarowani. W pełni to rozumiem. Myślę sobie jednak, że zespół już od wielu lat prezentował światu bardziej chwytliwe, okraszone melodią i przebojowymi aranżacjami podejście do thrash metalu, więc to co się tu dzieje, brzmi trochę jak przesunięcie kolejnych granic, tak konsekwentnie przesuwanych od wielu już lat. KREATOR umie w chwytające za serce przeboje, ale tu sięga po rozwiązania dość tanie i takie jakby skierowane do kogoś innego niż dotychczas, bo serwuje słodycz, od której aż mdli. Mamy dużą, wygłaskaną produkcję, tak wykręconą, że fani ostatniej płyty MACHINE HEAD powinni być zachwyceni. Mamy stadionowe refreny i melodyjki, które z łatwością zanucimy pod prysznicem czy przy krojeniu warzyw na sałatkę jarzynową. No ale mamy też sporo całkiem niezłych riffów i doskonałe bębny Ventora. Gość ma prawie 60 lat, a wciąż gra z niesamowitą energią i mocą. Szkoda, że Mille Petrozza jeszcze nie nagrał refrenów czystym wokalem - to by była już absolutna wisienka na torcie hehe. Za to zaśpiewał w dość klasycznym dla siebie stylu, i to całkiem nieźle. Na upartego da się znaleźć na tej płycie trochę pozytywów. Serio.
Podkreślę to raz jeszcze - nie jestem die hardem KREATOR, więc emocje związane z tym krążkiem niespecjalnie mnie ruszają. Gdyby nie ten cały bulwers, to po średnich singlach po prostu bym zignorował tę płytę, ale po tym co się dzieje w internecie zwyczajnie się nie dało się przejść obok „Krushers Of The World” obojętnie.
Płyta roku? Nie tym razem. Natomiast poziom zgnojenia z pewnością zostawi trwały ślad w historii zespołu.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje









