JARED JAMES NICHOLS - "Louder Than Fate" (2026)
Autor: Łukasz Sarnacki
Data dodania: 25-06-2026
Wyświetleń: 207

JARED JAMES NICHOLS - "Louder Than Fate" (2026)
Frontiers Records
Ileż ja się w życiu nasłuchałem najmądrzejszych wszechwiedzących znawców muzyki. Ileż razy dałem się nabrać na ten ich wysublimowany gust muzyczny. Ileż recenzji przeczytałem i w ciemno leciałem kupować płyty, po czym czułem się jakby mi ktoś wepchnął rękę do nocnika.
JARED JAMES NICHOLS był dla mnie muzykiem zupełnie obcym, o którego istnieniu dowiedziałem się jadąc na koncert MR. BIG do warszawskiej Progresji w kwietniu 2024. W samochodzie kolega zapytał czy ktoś zna występujący wieczorem support? Nie odzywałem się, bo przecież nie miałem pojęcia, kto to jest. Jeden z kompanów podróży powiedział, że to świetny gitarzysta grający trochę jak JOE BONAMASSA. Nie byłem i wciąż nie jestem fanem BONAMASSY, więc spłynęło po mnie obojętnie.
W Progresji przeżyłem olśnienie. Ten występ, choć krótki i skromny, kompletnie mną pozamiatał. Stałem z rozdziawioną paszczą i niedowierzałem. Nie dość, że gość grał palcami takie riffy i sola, że gitara dosłownie płakała w jego rękach, to w dodatku jak on śpiewał! Ale żeby tego było mało, to grał tak świetne utwory, że od razu wryły mi się w łeb. Gdy zespół skończył swój koncert, JARED po chwili pojawił się na stoisku z merchem. Serdeczny, miły i uśmiechnięty od ucha do ucha wielkolud. Ludzie ustawili się w kolejkę, żeby zrobić z nim zdjęcie i wziąć autograf. Ja się nie ustawiłem.
Przez cały koncert MR. BIG w głowie mi siedział występ tego przerośniętego Amerykanina. Wróciłem do domu i następnego dnia włączyłem randomowe nagranie ze streamingów. Miałem jakieś dziwne obawy, że na płycie te utwory się nie obronią, albo zabrzmią zbyt miękko. Nic z tych rzeczy. Od razu namierzyłem płyty w jednym z internetowych sklepów i zamówiłem sobie wszystko, co znalazłem z nazwiskiem JARED JAMES NICHOLS. Przepłaciłem oczywiście, bo na koncercie wszystko było taniej i z podpisami. Słuchałem tego i plułem sobie w brodę, że nie podbiłem na stoisko z merchem, aby chociaż zbić pionę. Od tamtej pory postanowiłem sobie, że nigdy nie będę tłumił w sobie zachwytów względem czyjegoś talentu. Do teraz mi głupio, że zamknąłem to tak głęboko w sobie.
Zakupione wówczas wcześniejsze albumy JAREDA długo nie opuszczały mojego odtwarzacza CD. Ten bluesowo-rockowy groove bujał tak miło, że nawet, gdy decydowałem się włączyć cos innego, po chwili i tak wracałem. Od tamtej pory czas płynął jak zwykle - w zawrotnie chorym tempie. Między jedną a drugą pogonią za nie-wiadomo-czym w nowościach na Spotify wyskoczył mi tytuł podpisany JARED JAMES NICHOLS. To była świeżynka zapowiadająca nowy album.
Single zapowiadające „Lourder Than Fate” pojawiały się na tyle dawno, że zdarzało mi się zapominać, że gdzieś na końcu tej marketingowej układanki pojawi się wreszcie nowy album. Pierwszym, jaki usłyszałem był „Pretend” - dziki, ciężki, bardziej rockowy niż bluesowy, pięknie brzmiący utwór, który po pierwszym przesłuchaniu skomentowałem tylko jednym, ledwo wydukanym słowem - „wow”. Kolejny był „Ghost” - nieco bardziej przytemperowany, bardziej grooviący niż pędzący, ale turbo ciężki i z genialnymi partiami wokalnymi. Gdy w marcu ukazał się „Killing Time” zostałem porażony i pokornie przyjąłem pozycję klęczącą. To jedna z piękniejszych ballad, jakie kiedykolwiek słyszałem. Ostatnim singlem był „Runnin’ Hot” - kolejny mocarny rockowy cios. Wiedziałem już, że JARED zaostrzył pazury i wyszczerzył kły, i że czeka mnie nokaut jak ukaże się całość.
Tak też się stało. O ile dotychczas mówiłem, że JARED JAMES NICHOLS jest zjawiskowym gitarzystą bluesowym, tak album „Louder Than Fate” rzuca go na rockowe wody, na których skubany odnalazł się tak fantastycznie, że słuchając go można z marszu odszczekać wszelkie biadolenie o umierającym rock’n’rollu. To jest tak rasowe, zagrane z taką klasą i polotem, że najnowsze singlowe wypociny chociażby takiego GUNS N’ ROSES można lekką ręką spuścić w kiblu. Od lat nie czułem takiego zachwytu klasycznym rockowym albumem. Ostatnio tak bardzo mną wstrząsnął chyba „Ain’t Life Grand” SLASH’S SNAKEPIT z 2000 roku. Słuchając „Louder Than Fate” odświeżyły mi się te same wrażenia, których w takiej formie nie czułem przez 26 cholernych lat.
Odpowiadając na zadane na starcie pytania i wątpliwości, chcę doprecyzować, że czasami, zamiast ślepo garściami wciskać w swój odtwarzacz rzeczy polecane przez innych, warto się rozejrzeć i dać zaskoczyć. Tak jak ja się dałem. Jeśli tak rysuje się przyszłość muzyki rockowej, to można spać spokojnie. Coś mi jednak podpowiada, że JARED po wydaniu tej płyty wcale nie stanie się znacząco większym artystą. „Louder Than Fate” to rockowy album, który nie zostawia złudzeń ani wątpliwości. Niestety, obawiam się, że fani muzyki zamiast zwrócić na niego uwagę, będą na siłę doszukiwać się świeżości w nowych albumach THE ROLLING STONES, DEEP PURPLE, nudnego jak flaki z olejem FOO FIGHTERS czy do porzygu zmiękczonego do radiowych standardów RED HOT CHILI PEPPERS. O polskiej muzyce rockowej już nawet nie będę wspominał, bo tu różnica jakościowa to przepaść mierzona w latach świetlnych.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje

JARED JAMES NICHOLS - "Louder Than Fate" (2026)
Frontiers Records
Ileż ja się w życiu nasłuchałem najmądrzejszych wszechwiedzących znawców muzyki. Ileż razy dałem się nabrać na ten ich wysublimowany gust muzyczny. Ileż recenzji przeczytałem i w ciemno leciałem kupować płyty, po czym czułem się jakby mi ktoś wepchnął rękę do nocnika.
JARED JAMES NICHOLS był dla mnie muzykiem zupełnie obcym, o którego istnieniu dowiedziałem się jadąc na koncert MR. BIG do warszawskiej Progresji w kwietniu 2024. W samochodzie kolega zapytał czy ktoś zna występujący wieczorem support? Nie odzywałem się, bo przecież nie miałem pojęcia, kto to jest. Jeden z kompanów podróży powiedział, że to świetny gitarzysta grający trochę jak JOE BONAMASSA. Nie byłem i wciąż nie jestem fanem BONAMASSY, więc spłynęło po mnie obojętnie.
W Progresji przeżyłem olśnienie. Ten występ, choć krótki i skromny, kompletnie mną pozamiatał. Stałem z rozdziawioną paszczą i niedowierzałem. Nie dość, że gość grał palcami takie riffy i sola, że gitara dosłownie płakała w jego rękach, to w dodatku jak on śpiewał! Ale żeby tego było mało, to grał tak świetne utwory, że od razu wryły mi się w łeb. Gdy zespół skończył swój koncert, JARED po chwili pojawił się na stoisku z merchem. Serdeczny, miły i uśmiechnięty od ucha do ucha wielkolud. Ludzie ustawili się w kolejkę, żeby zrobić z nim zdjęcie i wziąć autograf. Ja się nie ustawiłem.
Przez cały koncert MR. BIG w głowie mi siedział występ tego przerośniętego Amerykanina. Wróciłem do domu i następnego dnia włączyłem randomowe nagranie ze streamingów. Miałem jakieś dziwne obawy, że na płycie te utwory się nie obronią, albo zabrzmią zbyt miękko. Nic z tych rzeczy. Od razu namierzyłem płyty w jednym z internetowych sklepów i zamówiłem sobie wszystko, co znalazłem z nazwiskiem JARED JAMES NICHOLS. Przepłaciłem oczywiście, bo na koncercie wszystko było taniej i z podpisami. Słuchałem tego i plułem sobie w brodę, że nie podbiłem na stoisko z merchem, aby chociaż zbić pionę. Od tamtej pory postanowiłem sobie, że nigdy nie będę tłumił w sobie zachwytów względem czyjegoś talentu. Do teraz mi głupio, że zamknąłem to tak głęboko w sobie.
Zakupione wówczas wcześniejsze albumy JAREDA długo nie opuszczały mojego odtwarzacza CD. Ten bluesowo-rockowy groove bujał tak miło, że nawet, gdy decydowałem się włączyć cos innego, po chwili i tak wracałem. Od tamtej pory czas płynął jak zwykle - w zawrotnie chorym tempie. Między jedną a drugą pogonią za nie-wiadomo-czym w nowościach na Spotify wyskoczył mi tytuł podpisany JARED JAMES NICHOLS. To była świeżynka zapowiadająca nowy album.
Single zapowiadające „Lourder Than Fate” pojawiały się na tyle dawno, że zdarzało mi się zapominać, że gdzieś na końcu tej marketingowej układanki pojawi się wreszcie nowy album. Pierwszym, jaki usłyszałem był „Pretend” - dziki, ciężki, bardziej rockowy niż bluesowy, pięknie brzmiący utwór, który po pierwszym przesłuchaniu skomentowałem tylko jednym, ledwo wydukanym słowem - „wow”. Kolejny był „Ghost” - nieco bardziej przytemperowany, bardziej grooviący niż pędzący, ale turbo ciężki i z genialnymi partiami wokalnymi. Gdy w marcu ukazał się „Killing Time” zostałem porażony i pokornie przyjąłem pozycję klęczącą. To jedna z piękniejszych ballad, jakie kiedykolwiek słyszałem. Ostatnim singlem był „Runnin’ Hot” - kolejny mocarny rockowy cios. Wiedziałem już, że JARED zaostrzył pazury i wyszczerzył kły, i że czeka mnie nokaut jak ukaże się całość.
Tak też się stało. O ile dotychczas mówiłem, że JARED JAMES NICHOLS jest zjawiskowym gitarzystą bluesowym, tak album „Louder Than Fate” rzuca go na rockowe wody, na których skubany odnalazł się tak fantastycznie, że słuchając go można z marszu odszczekać wszelkie biadolenie o umierającym rock’n’rollu. To jest tak rasowe, zagrane z taką klasą i polotem, że najnowsze singlowe wypociny chociażby takiego GUNS N’ ROSES można lekką ręką spuścić w kiblu. Od lat nie czułem takiego zachwytu klasycznym rockowym albumem. Ostatnio tak bardzo mną wstrząsnął chyba „Ain’t Life Grand” SLASH’S SNAKEPIT z 2000 roku. Słuchając „Louder Than Fate” odświeżyły mi się te same wrażenia, których w takiej formie nie czułem przez 26 cholernych lat.
Odpowiadając na zadane na starcie pytania i wątpliwości, chcę doprecyzować, że czasami, zamiast ślepo garściami wciskać w swój odtwarzacz rzeczy polecane przez innych, warto się rozejrzeć i dać zaskoczyć. Tak jak ja się dałem. Jeśli tak rysuje się przyszłość muzyki rockowej, to można spać spokojnie. Coś mi jednak podpowiada, że JARED po wydaniu tej płyty wcale nie stanie się znacząco większym artystą. „Louder Than Fate” to rockowy album, który nie zostawia złudzeń ani wątpliwości. Niestety, obawiam się, że fani muzyki zamiast zwrócić na niego uwagę, będą na siłę doszukiwać się świeżości w nowych albumach THE ROLLING STONES, DEEP PURPLE, nudnego jak flaki z olejem FOO FIGHTERS czy do porzygu zmiękczonego do radiowych standardów RED HOT CHILI PEPPERS. O polskiej muzyce rockowej już nawet nie będę wspominał, bo tu różnica jakościowa to przepaść mierzona w latach świetlnych.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje









