AngielskiPolski
Koszyk 0
Twój koszyk jest pusty...
Strona główna » Blog » Recenzje » HECATE ENTHRONED – „The Corpse of a Titan, A Lament Long Buried” (2026)
  • sauron

Prześlij nam swój adres e-mail, a my powiadomimy Cię o nowych produktach, najlepszych cenach, promocjach i wyprzedażach.

 
  • Ilość produktów: 395
  • Ilość kategorii: 33
  • Ilość promocji: 38
  • Ilość nowości: 28
  • Aktualnie klientów na stronie: 5
  • Sklep odwiedziło: 1292606 klientów
  • Sklep działa od: 09-01-2015

HECATE ENTHRONED – „The Corpse of a Titan, A Lament Long Buried” (2026)

Autor: Fabian Filiks Data dodania: 09-06-2026 Wyświetleń: 381
alt

HECATE ENTHRONED – „The Corpse of a Titan, A Lament Long Buried” (2026)
M-Theory Audio

Pod koniec lat 90-tych, gdy zasłuchiwałem się w „V Empire” plugawców z Suffolk ni stąd, ni zowąd moje ręce wpadła „The Slaughter of Innoncene, A Requiem for the Mighty” , czyli debiut Hecate Enthroned. Katowałem tą płytę tygodniami, szczególnie numer „Within the Ruins of Eden” , który po dziś dzień jest moją ulubioną kompozycją Walijczyków. Kolejne materiały Dennena i Spółki już mi tak nie robiły i nawet Hecate spadło z mojego radaru na długie lata. Niedawno, za sprawą M-Theory Audio, ukazała się siódma płyta zespołu, która sprowokowała mnie do podzielenia się z Wami opinią na jej temat. 

Bez owijania w bawełnę muszę przyznać, że „The Corpse of A Titan, A Lament Long Buried” to krążek dość przeciętny. Nijak się ma do wczesnych dokonań zespołu i nie wnosi niczego nowego do jego dyskografii. Niby jest tu wszystko, co powinno być, bo umiejętności muzykom przecież nie można odmówić. To jednak gustu i poczucia „dobrego smaku” (jakkolwiek to nie brzmi w kontekście symfonicznego black metalu) już tak. Można by zrzucić winę na produkcję, że jest dość plastikowa, że Dan Abela w uszach ma wciąż Akercocke czy Bleed From Within i jego pomysły kompletnie nie pasują do stylu zespołu z wcześniejszych płyt. Tylko, na koniec dnia, to Nigel Dennan musiał zaakceptować i zamiast redukcji złych pomysłów mówił pewnie „wincyj, słuchacze wytrzymajo!”. Niestety. Jednak chyba nie. Z własnego doświadczenia wiem, że twórca muzyki robi ją przede wszystkim dla siebie. Nie zmienia to faktu, że jednak musi mieć jakiś „self-awareness” i wiedzieć, że w dzisiejszych czasach odbiorca ma prawo oczekiwać czegoś lepszego. Szczególnie od takiego zespołu jak Hecate Enthroned

Na pierwszy „rzut ucha” ekstremalność na tej płycie została to tak „ściosana” w studio, że jest bezpieczna i przewidywalna (sic!). Gitary brzmią dość płasko a wokal czasami zagłusza wszechobecne klawisze. Na domiar złego jakaś dziwna kompresja powoduje, że całość (mimo potencjału) jest wręcz wykastrowana. Nawet „Deathless in the Dryad Glade” , który moim zdaniem jest świetnym utworem, brzmi nienaturalnie i płasko. Gdzie, biorąc pod uwagę, jakość tej kompozycji, mógłby miażdżyć czaszkę. Niestety, jak tylko robi się interesująco to wjeżdżamy w jakiś program, niczym w „smart samochodzie”, który nie pozwala zmienić pasa ruchu nagle i niesygnalizowanie. Takie „zabezpieczenia” na tej płycie wszechobecne i sprawiają, że ten pięćdziesięciotrzyminutowy materiał nuży już w połowie. 

Na domiar złego akustyczna ballda (?) „Pwca” klinem wchodzi w program płyty. Jej niespieszna melodia ma właściwości usypiające. A do końca materiału jeszcze sporo przed nami! No i fajnie, tylko, że po tym numerze płyta już się już nie podnosi. Wspomniany „Deathless…” daje chwilę nadziei oraz, obiektywnie przyznając, „Into a Vale of Endless Snow” robi wszystko, co może żeby skończyć ten krążek z przytupem. Mimo tego czuję, że atmosfera siada gdzieś po drodze i wpadamy w pętle powtórzeń (porównajcie intro „The Boreal Monastery” z utworem szóstym). Jeśli chodzi o pierwszą połowę „The Corpse of A Titan, A Lament Long Buried” na wyróżnienie zasługiwałby u mnie "Spirits Stir Within Our Ancestors Tombs” , choć ciężko nie zgrzytać zębami na jakby wesołe plumkanie klawiszy. Gdyby to były tylko „plamy” bez zbędnego skakania po skali...

To zresztą zarzut, jaki można mieć do większości kompozycji na tej płycie. Hecate Enthroned zawsze kojarzyło mi się z mroczniejszym graniem. Oczywiście, to był symfoniczny black metal z istotną rolą klawiszy. Ale to wszystko był jakieś takie bardziej ekstremalne. Można by gdybać o tym czy ta produkcja tak tego wszystkiego nie spłaszczyła, czy wina leży po stronie Pete’a White’a (klawiszowca) czy też samego kierownika zespołu, który to wszystko klepnął na koniec. Gdyby do tematu podczas nagrywek i produkcji podejść nieco inaczej to mielibyśmy do czynienia z niezłym, choć nie wybitnym krążkiem. A tak mamy tu płytę, która po siedmiu latach czekania od premiery „Embrace of the Godless Aeon” wydaje się być zaledwie kapiszonem a nie obiecywaną petardą. Szkoda.
 

Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje

Reklama

Bestsellery

Newsletter

 

ostatnio oglądane produkty
Korzystanie z tej witryny oznacza wyrażenie zgody na wykorzystanie plików cookies. Więcej informacji możesz znaleźć w naszej Polityce Cookies.
Nie pokazuj więcej tego komunikatu