EINHERJER - "Lifeblood" (2026)
Autor: Fabian Filiks
Data dodania: 21-06-2026
Wyświetleń: 369

EINHERJER - "Lifeblood" (2026)
By Norse Music
Na następcę świetnego „North Star” przyszło nam czekać aż pięć lat. W tym czasie Frode Glesnes i jego Einherjer wydał tylko koncertówkę „North and Dangerous (Live… from the Land of Legends)” oraz pograł trochę koncertów. Teraz ukazał się już dziesiąty pełnograj zespołu zatytułowany „Lifeblood” . To zaskakujące muzycznie wydawnictwo. Eksploruje może i podobną tematykę, co wszystkie płyty w dyskografii Norwegów, jednak tym razem robi to nieco inaczej.
Trzydzieści lat grania metalu osadzonego w nordyckiej mitologii to imponujący wynik. Zważywszy na to, że w dzisiejszych czasach zespołów parających się podobną muzyką jest bez liku. Nie mówiąc też o tych wszystkich naśladowcach Einara Selvika, którzy próbują swoje siły w „mrocznej muzyce korzeni”, że tak pozwolę sobie nazwać ten gatunek. Einherjer nie jest jak wszyscy i nigdy nie był. Odkąd po raz pierwszy zetknąłem się z ich twórczością podczas pamiętnego koncertu w Krakowie w 2001 roku (gdzie supportowali Kinga Diamonda) Einherjer wyraźnie odstawał od reszty tego typu zespołów. Jego muzyka zawsze była bardziej mroczna i w pewnym sensie „niebezpieczna”. Trzonem tych utworów zawsze był viking metal, to nie ulega żadnej wątpliwości. Ale nie był to w żaden sposób wesołkowaty sound do podśpiewywania przy piwku czy bardziej miodzie z bydlęcego rogu. Fani „wiosłowania” na koncertach też będą zawiedzeni. Einherjer w porównaniu do Amon Amarth jest śmiertelnie poważny i zaangażowany w tworzenie muzyki głęboko zespolonej z ziemią, z której się wywodzi. Tu jest sporo nostalgii, smutku i refleksji nad przeszłością i przemijaniem. Całość jest zrobiona na bardzo wysokim poziomie wykonawczym, co też pokazuje jak rozwijało się brzmienie, ale i wyobraźnia muzyczna Glesnesa przez te wszystkie lata.
Charakterystyczne ostre riffy w średnich i wolnych tempach oraz podziały inspirowane muzyką folkową to dla Einherjer chleb powszedni. Na „Lifeblood” nie brakuje takich momentów. Mamy tu czasem „chórki” (jeśli można je tak nazwać) przywołujące na myśl obrazy wojowników śpiewających przy ognisku lub, może faktycznie też, na łodzi („szantowe” intro w „Bloodborn” ) Nie ma tu jednak tej przaśności, która często odstręcza od viking metalu miłośników mocniejszych dźwięków. Tu jest wyobraźnia muzyczna i pasja wylewająca się z każdego utworu. Epickie momenty równoważą się z bardziej wyciszonymi a całość, dzięki naturalnej produkcji, płynie przez te pięćdziesiąt kilka minut niespiesznie fundując nam prawdziwie eskapistyczną podróż na daleką, Wieczną Północ. Ostatni utwór, zatytułowany właśnie „The Eternal North” zamyka „Lifeblood” z przytupem. Kowadło, które wykorzystano również w utworze „Malstrøm” robi tu świetną robotę, budując napięcie przed solówką i finałem przywołującym skojarzenia z twórczością nieodżałowanego Bathory.
W ostatecznym rozrachunku „Lifeblood” stanowi jedną z ciekawszych płyt w dorobku Einherjer. Jest dobrze wyważona, bez dłużyzn i fillerów. Są tu tylko dobre oraz bardzo dobre numery. I jeden wybitny. Mowa tu o singlowym „Dei Så Ser” umieszczony w połowie programu płyty. To utwór przestrzenny, zdominowany przez akustyczne gitary z odpowiednią ilością pazura. Przywodzi na myśl dokonania Solstafir i może też nieco Opeth. Ta ballada jest jedną z najlepszych kompozycji w dorobku zespołu. To samo mogę powiedzieć o całej płycie. Wiem, że często będę do niej wracał.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje

EINHERJER - "Lifeblood" (2026)
By Norse Music
Na następcę świetnego „North Star” przyszło nam czekać aż pięć lat. W tym czasie Frode Glesnes i jego Einherjer wydał tylko koncertówkę „North and Dangerous (Live… from the Land of Legends)” oraz pograł trochę koncertów. Teraz ukazał się już dziesiąty pełnograj zespołu zatytułowany „Lifeblood” . To zaskakujące muzycznie wydawnictwo. Eksploruje może i podobną tematykę, co wszystkie płyty w dyskografii Norwegów, jednak tym razem robi to nieco inaczej.
Trzydzieści lat grania metalu osadzonego w nordyckiej mitologii to imponujący wynik. Zważywszy na to, że w dzisiejszych czasach zespołów parających się podobną muzyką jest bez liku. Nie mówiąc też o tych wszystkich naśladowcach Einara Selvika, którzy próbują swoje siły w „mrocznej muzyce korzeni”, że tak pozwolę sobie nazwać ten gatunek. Einherjer nie jest jak wszyscy i nigdy nie był. Odkąd po raz pierwszy zetknąłem się z ich twórczością podczas pamiętnego koncertu w Krakowie w 2001 roku (gdzie supportowali Kinga Diamonda) Einherjer wyraźnie odstawał od reszty tego typu zespołów. Jego muzyka zawsze była bardziej mroczna i w pewnym sensie „niebezpieczna”. Trzonem tych utworów zawsze był viking metal, to nie ulega żadnej wątpliwości. Ale nie był to w żaden sposób wesołkowaty sound do podśpiewywania przy piwku czy bardziej miodzie z bydlęcego rogu. Fani „wiosłowania” na koncertach też będą zawiedzeni. Einherjer w porównaniu do Amon Amarth jest śmiertelnie poważny i zaangażowany w tworzenie muzyki głęboko zespolonej z ziemią, z której się wywodzi. Tu jest sporo nostalgii, smutku i refleksji nad przeszłością i przemijaniem. Całość jest zrobiona na bardzo wysokim poziomie wykonawczym, co też pokazuje jak rozwijało się brzmienie, ale i wyobraźnia muzyczna Glesnesa przez te wszystkie lata.
Charakterystyczne ostre riffy w średnich i wolnych tempach oraz podziały inspirowane muzyką folkową to dla Einherjer chleb powszedni. Na „Lifeblood” nie brakuje takich momentów. Mamy tu czasem „chórki” (jeśli można je tak nazwać) przywołujące na myśl obrazy wojowników śpiewających przy ognisku lub, może faktycznie też, na łodzi („szantowe” intro w „Bloodborn” ) Nie ma tu jednak tej przaśności, która często odstręcza od viking metalu miłośników mocniejszych dźwięków. Tu jest wyobraźnia muzyczna i pasja wylewająca się z każdego utworu. Epickie momenty równoważą się z bardziej wyciszonymi a całość, dzięki naturalnej produkcji, płynie przez te pięćdziesiąt kilka minut niespiesznie fundując nam prawdziwie eskapistyczną podróż na daleką, Wieczną Północ. Ostatni utwór, zatytułowany właśnie „The Eternal North” zamyka „Lifeblood” z przytupem. Kowadło, które wykorzystano również w utworze „Malstrøm” robi tu świetną robotę, budując napięcie przed solówką i finałem przywołującym skojarzenia z twórczością nieodżałowanego Bathory.
W ostatecznym rozrachunku „Lifeblood” stanowi jedną z ciekawszych płyt w dorobku Einherjer. Jest dobrze wyważona, bez dłużyzn i fillerów. Są tu tylko dobre oraz bardzo dobre numery. I jeden wybitny. Mowa tu o singlowym „Dei Så Ser” umieszczony w połowie programu płyty. To utwór przestrzenny, zdominowany przez akustyczne gitary z odpowiednią ilością pazura. Przywodzi na myśl dokonania Solstafir i może też nieco Opeth. Ta ballada jest jedną z najlepszych kompozycji w dorobku zespołu. To samo mogę powiedzieć o całej płycie. Wiem, że często będę do niej wracał.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje








