CASTLE RAT - "The Bestiary" (2025)
Autor: Fabian Filiks
Data dodania: 15-06-2026
Wyświetleń: 294

CASTLE RAT – „The Bestiary” (2025)
King Volume Records
Zabierałem się za napisanie tej recenzji już od dłuższego czasu. Twórczość Castle Rat śledzę od początku i był czas, że ich debiut pt. „Into the Realm” słuchałem bez przerwy. Można powiedzieć, że byłem fanem muzyki Nowojorczyków zanim to było modne... W ostatnich miesiącach zespół bardzo się „rozkręcił”, czego efekty widać w ilości koncertów, ale i przychylnych opinii na temat twórczości Riley Pinkerton i spółki. Z tego, co się orientuję to z tymi opiniami bywało różnie. Daruję sobie je przytaczać, bo z oceną dokonań muzycznych zespołu miały niewiele wspólnego. Dzisiaj szala przechyliła się chyba ostatecznie na korzyść Castle Rat, czego dowodem jest też popularność ich wydanego w ubiegłym roku krążka pt. „The Bestiary” .
Druga płyta zespołu stanowi rozwinięcie konceptu zapoczątkowanego na debiucie i samego grania, które, z braku lepszego określenia, nazwijmy fantasy doom metalem. Tym razem Castle Rat ugotował krążek z mniejszą ilością niskobudżetowego psychodelicznego rocka. Muzyka zespołu ewoluuje tu w kierunku bardziej dojrzałej, momentami wręcz progowego grania z elementami klasycznego heavy metalu (solówki Franco Vittore, który zastąpił Henry’ego Blacka w 2024 roku). Jest lepiej napisana i zagrana. Brzmienie zespołu poprawił Jonathan Nuñez, który nieco wygładził surowe brzmienie gitar przy jednoczesnym zachowaniu ich charakteru. Anachroniczność tego typu produkcji przyciągnie ludzi, którzy doceniają dobre brzmienie, ale nie przepadają za wszechobecną „streamingozą”, (czyli spłaszczaniem wszystkiego do tego samego poziomu ku chwale mitycznego algorytmu). Tutaj tego nie ma. Najbardziej jednak słychać to w sposobie, w jaki Nuñez podszedł do produkcji wokali. To, że Riley potrafi śpiewać już słyszeliśmy na debiucie. Na drugiej płycie jest o wiele więcej wokalnych smaczków (np. w „The Serpent” czy „Siren” ), które przy wykorzystaniu naturalnej barwy Szczurzej Królowej robią wrażenie. Zresztą, już od pierwszego zderzenia z twórczością zespołu, głos Riley Pinkerton brzmiał świeżo i naturalnie. Także na żywo.
Wydaje się, że zespół tworzy przede wszystkim z myślą o występach na żywo. Utwory są chwytliwe, mają ciekawe breakdowny i momenty, w których można rytmicznie potrząsać czupryną. To niewymuszone i szczere podejście sprawia, że aranżacyjnie nic tu nie wybija nas z motywu przewodniego w utworach tylko doskonale z nimi współgra. W utworze „Wizard” jest to zrobione wręcz po mistrzowsku, gdy około drugiej minuty atmosfera się zagęszcza, całość zmierza do kulminacji i harmonii, która wyhamowuje numer i przechodzi w melorecytację a później w wokalizę. Tego typu zabieg świadczy o jakiejś wyobraźni muzycznej i umiejętności komponowania piosenek, prawda? A te piosenki jak "Wizard " czy "Wolf I" to już prawdziwe bangery w katalogu zespołu. Mało? To przysłuchajcie się "Crystal Cave" czy "Sun Song" . To dwa utwory prezentujące kompletnie rożne oblicze Castle Rat i pokazujące progres jaki zespół uczynił w stosunkowo krótkim czasie.
Oczywiście malkontenci, których chyba ubywa wraz z kolejnymi występami zespołu, skupiają się wyłącznie na tzw. gimmick ignorując fakt, że jest to raczej środek wyrazu a nie substytut treści. Skojarzenia z grami RPG typu „Dungeons & Dragons” czy filmami fantasy z lat 80-tych (np. „Conan Barbarzyńca” czy „Czerwona Sonja” ) są jasne i czytelne w wizerunku zespołu. Świadome wykorzystanie tropów z gier planszowych czy nawiązania do twórczości Franka Frazetty czy Borisa Vallejo przykuwają wzrok, ale, moim zdaniem, to dodatek do muzyki.
Castle Rat to pełnokrwisty zespół, który tworzą ludzie świadomi tego, co potrafią i co chcą osiągnąć. Potwierdza to dobitnie na „The Bestiary” . Album zróżnicowany, w pewnym sensie złożony w swojej prostocie i na tyle przebojowy, żeby zostać z nim na dłużej bez przesadnego znużenia. Warto mieć ich „na radarze”. Co więcej, szczerze uważam, że to, co zaproponowali do tej pory to zaledwie początek…
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje

CASTLE RAT – „The Bestiary” (2025)
King Volume Records
Zabierałem się za napisanie tej recenzji już od dłuższego czasu. Twórczość Castle Rat śledzę od początku i był czas, że ich debiut pt. „Into the Realm” słuchałem bez przerwy. Można powiedzieć, że byłem fanem muzyki Nowojorczyków zanim to było modne... W ostatnich miesiącach zespół bardzo się „rozkręcił”, czego efekty widać w ilości koncertów, ale i przychylnych opinii na temat twórczości Riley Pinkerton i spółki. Z tego, co się orientuję to z tymi opiniami bywało różnie. Daruję sobie je przytaczać, bo z oceną dokonań muzycznych zespołu miały niewiele wspólnego. Dzisiaj szala przechyliła się chyba ostatecznie na korzyść Castle Rat, czego dowodem jest też popularność ich wydanego w ubiegłym roku krążka pt. „The Bestiary” .
Druga płyta zespołu stanowi rozwinięcie konceptu zapoczątkowanego na debiucie i samego grania, które, z braku lepszego określenia, nazwijmy fantasy doom metalem. Tym razem Castle Rat ugotował krążek z mniejszą ilością niskobudżetowego psychodelicznego rocka. Muzyka zespołu ewoluuje tu w kierunku bardziej dojrzałej, momentami wręcz progowego grania z elementami klasycznego heavy metalu (solówki Franco Vittore, który zastąpił Henry’ego Blacka w 2024 roku). Jest lepiej napisana i zagrana. Brzmienie zespołu poprawił Jonathan Nuñez, który nieco wygładził surowe brzmienie gitar przy jednoczesnym zachowaniu ich charakteru. Anachroniczność tego typu produkcji przyciągnie ludzi, którzy doceniają dobre brzmienie, ale nie przepadają za wszechobecną „streamingozą”, (czyli spłaszczaniem wszystkiego do tego samego poziomu ku chwale mitycznego algorytmu). Tutaj tego nie ma. Najbardziej jednak słychać to w sposobie, w jaki Nuñez podszedł do produkcji wokali. To, że Riley potrafi śpiewać już słyszeliśmy na debiucie. Na drugiej płycie jest o wiele więcej wokalnych smaczków (np. w „The Serpent” czy „Siren” ), które przy wykorzystaniu naturalnej barwy Szczurzej Królowej robią wrażenie. Zresztą, już od pierwszego zderzenia z twórczością zespołu, głos Riley Pinkerton brzmiał świeżo i naturalnie. Także na żywo.
Wydaje się, że zespół tworzy przede wszystkim z myślą o występach na żywo. Utwory są chwytliwe, mają ciekawe breakdowny i momenty, w których można rytmicznie potrząsać czupryną. To niewymuszone i szczere podejście sprawia, że aranżacyjnie nic tu nie wybija nas z motywu przewodniego w utworach tylko doskonale z nimi współgra. W utworze „Wizard” jest to zrobione wręcz po mistrzowsku, gdy około drugiej minuty atmosfera się zagęszcza, całość zmierza do kulminacji i harmonii, która wyhamowuje numer i przechodzi w melorecytację a później w wokalizę. Tego typu zabieg świadczy o jakiejś wyobraźni muzycznej i umiejętności komponowania piosenek, prawda? A te piosenki jak "Wizard " czy "Wolf I" to już prawdziwe bangery w katalogu zespołu. Mało? To przysłuchajcie się "Crystal Cave" czy "Sun Song" . To dwa utwory prezentujące kompletnie rożne oblicze Castle Rat i pokazujące progres jaki zespół uczynił w stosunkowo krótkim czasie.
Oczywiście malkontenci, których chyba ubywa wraz z kolejnymi występami zespołu, skupiają się wyłącznie na tzw. gimmick ignorując fakt, że jest to raczej środek wyrazu a nie substytut treści. Skojarzenia z grami RPG typu „Dungeons & Dragons” czy filmami fantasy z lat 80-tych (np. „Conan Barbarzyńca” czy „Czerwona Sonja” ) są jasne i czytelne w wizerunku zespołu. Świadome wykorzystanie tropów z gier planszowych czy nawiązania do twórczości Franka Frazetty czy Borisa Vallejo przykuwają wzrok, ale, moim zdaniem, to dodatek do muzyki.
Castle Rat to pełnokrwisty zespół, który tworzą ludzie świadomi tego, co potrafią i co chcą osiągnąć. Potwierdza to dobitnie na „The Bestiary” . Album zróżnicowany, w pewnym sensie złożony w swojej prostocie i na tyle przebojowy, żeby zostać z nim na dłużej bez przesadnego znużenia. Warto mieć ich „na radarze”. Co więcej, szczerze uważam, że to, co zaproponowali do tej pory to zaledwie początek…
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje









