Brutal Assault 2026 - Dzień 4 (Relacja)
Autor: Łukasz Sarnacki
Data dodania: 11-08-2026
Wyświetleń: 307

Brutal Assault 2026 - Dzień 4 (Relacja)
Jaromer, 08.08.2026
W sobotę obudziłem się z wrażeniem rozdarcia. Część mnie przepełniał żal, że tyle czekałem, a już zaraz wszystko wraca do normy. Z drugiej strony atakowało mnie poczucie szczęścia, bo przecież przede mną jeszcze jeden piękny dzień z metalem.
Na teren twierdzy dotarłem ok. 17:00 i od razu rzuciłem okiem i uchem na IMMINENCE. Nie znam ani sekundy muzyki, ale wydało mi się interesujące. Sprawdzę.
Potem przeskoczyłem na Marshall Stage na INSOMNIUM. To taka forma fińskiego metalu, który zupełnie mnie nie rusza. Niby wszystko ładnie, poprawnie i na swoim miejscu, ale nie odnajduję w tym niczego interesującego - zarówno z płyt, jak i na żywo. Wysoki level nijakości.

Można by rzec „a ile tego VADERa można patrzeć?”, ale przepraszam najmocniej, mówimy tu o dobru narodowym, które jest ze mną nieprzerwanie od lat szczenięcych. Po zeszłorocznym nokaucie na MYSTIC utwierdziłem się w przekonaniu jak dobrze wciąż naoliwiona jest to maszyna. Setlista uzbrojona w dawno, albo nawet nigdy nie słyszane przeze mnie na żywo utwory z „Reign Forever World” , „Impressions In Blood” i „Kingdom” . Dawno też nie widziałem takiej dziczy wśród zgromadzonej publiczności. Wspaniała forma zespołu, wrażenia z zeszłorocznego MYSTICa podtrzymane.

Potem swoim magicznym doom metalem próbował osaczyć mnie legendarny CANDLEMASS. Starsi panowie przetoczyli się walcem po zgromadzonej publiczności. Kolejni reprezentanci antytezy o peselu i tym podobnych głupotach. Metal to nie pesel, metal to prawda. Po wysokiej intensywności koncertu VADER niestety nic nie potrafiło na dłużej przykuć mojej uwagi i w zasadzie koncert pozostawił mnie wyjałowionego z wrażeń, bo po chwili przestałem o nim myśleć. Nie ukrywam jednak, że przy takim „Crystal Ball” czy „Solitude” serce zabiło mi mocniej.

A potem poszedłem sprawdzić, o co tyle szumu z tym DEAFHEAVEN. I chyba już wiem. Będę to weryfikował, bo to, co usłyszałem było na wskroś intrygujące. Swoją drogą, ciekawe, w jaką stronę ewoluuje black metal. Oczywiście tu pojawia się kwestia sporna, bo gatunkowi puryści powiedzą, że jaki to black metal? To profanacja! Najprościej rzecz ujmując - jeszcze parę lat wstecz, jak ktoś jumpdafakapował na scenie to nie ważne było muzyczne tło - z marszu spychany był poza gatunkowe granice. Trzeba to powiedzieć wprost - ich black metal nie jest przecież czysty. Jest w tym wyraźny, acz nienachalny niuans nasiąknięty deathcore’ową estetyką i nie ma sensu kruszyć o to kopii. Ale czasy, mody oraz odbiorcy się zmieniają. Bardzo ciekawy zespół. Na pewno wrzucę na prześwietlenie.

Następnie zaserwowałem sobie zmianę klimatu i poszedłem na LEFT TO DIE. W tym roku widziałem już też DEATH TO ALL, więc mam świeże porównanie. Z pewnością bliżej mi do repertuaru coverowanego przez DEATH TO ALL, ale to jednak występ LEFT TO DIE podobał mi się bardziej, a DEATH TO ALL zostawił bardzo mieszane odczucia. Może to, dlatego, że repertuar, po który sięga zespół ma prostszy, bardziej koncertowy charakter i łatwiej tym rozbujać publikę, a już z pewnością znacznie łatwiej go zagrać na żywo. Bardzo fajnie spędzony czas.

Po chwili rzuciłem się w stylistyczną skrajność i po raz kolejny spróbowałem przegryźć się przez muzykę WARDRUNA. Niesamowite, do jakich rozmiarów urósł ten projekt oraz w jakie muzyczne zakamarki zawędrował Einar „Kvitrafn” Selvik - ten sam, który niegdyś bębnił w GORGOROTH, i którego wszyscy doskonale znają ze słynnego zdjęcia autorstwa Peter’a Beste, które tak ochoczo jest odtwarzane, przez co bardziej kumatych turystów odwiedzających Bergen. I cóż… Chociaż bardzo chciałem i próbowałem, to nie dałem się ostatecznie przekonać. Doskonale rozumiem, że to może się podobać. Doskonale rozumiem też, że ludzie są tym oczarowani. Może wszystko odebrałbym zupełnie inaczej w nieco innych warunkach, ale tu stało się dokładnie to samo, co za każdym razem czuję, gdy próbuję przegryźć się przez ich płyty. Ta muzyka jest intrygująca, magiczna wręcz, ale w takiej formie chciałbym, aby była GŁÓWNYM, a nie JEDYNYM elementem składowym wyrazu artystycznego, przez co najzwyczajniej w świecie trochę się nudziłem. Nieco zawiedziony, bo jednak liczyłem, że ta magia mnie wreszcie porwie, poszedłem na tych, na których tego dnia czekałem najbardziej, czyli…

SATYRICON. I dokonał się nokaut. Po pierwsze - świetne brzmienie. Po drugie - genialna setlista. Po trzecie - sceniczna prezencja. Po czwarte - perfekcyjne wykonanie. Wszystko było smaczne i dopracowane w najmniejszym detalu. Ostatnio ich widziałem, gdy promowali „Now, Diabolical” i uderzyło mnie przede wszystkim to, jak ten zespół dojrzał - muzycznie i wizerunkowo. Klasa i elegancja. SATYRICON starzeje się godnie, bez pajacowania i zadzierania nosa. Niewykluczone, że był to koncert festiwalu.
Ostatnim punktem mojej festiwalowej check listy był koncert norweskiego BORKNAGAR. Jestem fanem od pierwszej płyty, więc bardzo liczyłem na przyjemne zakończenie brutalowej przygody. Niestety, w bezpośrednim zestawieniu z SATYRICON dokonał się jakiś koszmar. Zaczęli od „Nordic Anthem” - piękny utwór i od razu tragedia. Brzmiało bardzo źle. Gitary rozsypane poziomami, wokale ledwie słyszalne, bębny kartonowe i bez overheadów. Potem na tym brzmieniowym bałaganie wybrzmiał „Voices” - bez stopy. Nieco czytelniej zrobiło się gdzieś w połowie. Do tego okropna stylówa Vortex’a, która totalnie rozwaliła klimat zanim wybrzmiał pierwszy dźwięk. Cofnąłem się pod reżyserkę dźwiękowca i wtedy dowiedziałem się, kto zgotował im tę katastrofę. Z grzeczności nie podam nazwiska, ale jeśli tak ma brzmieć BORKNAGAR na żywo, to ja pozostanę przy płytach. No i ten rażący brak spójności w wizerunku poszczególnych muzyków. Szkoda.

Najlepszy koncert? Zdecydowanie SATYRICON, nie tylko ostatniego dnia, ale być może i całego festiwalu. A już na pewno podium.
Wnioski?
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Koncerty

Brutal Assault 2026 - Dzień 4 (Relacja)
Jaromer, 08.08.2026
W sobotę obudziłem się z wrażeniem rozdarcia. Część mnie przepełniał żal, że tyle czekałem, a już zaraz wszystko wraca do normy. Z drugiej strony atakowało mnie poczucie szczęścia, bo przecież przede mną jeszcze jeden piękny dzień z metalem.
Na teren twierdzy dotarłem ok. 17:00 i od razu rzuciłem okiem i uchem na IMMINENCE. Nie znam ani sekundy muzyki, ale wydało mi się interesujące. Sprawdzę.
Potem przeskoczyłem na Marshall Stage na INSOMNIUM. To taka forma fińskiego metalu, który zupełnie mnie nie rusza. Niby wszystko ładnie, poprawnie i na swoim miejscu, ale nie odnajduję w tym niczego interesującego - zarówno z płyt, jak i na żywo. Wysoki level nijakości.

Można by rzec „a ile tego VADERa można patrzeć?”, ale przepraszam najmocniej, mówimy tu o dobru narodowym, które jest ze mną nieprzerwanie od lat szczenięcych. Po zeszłorocznym nokaucie na MYSTIC utwierdziłem się w przekonaniu jak dobrze wciąż naoliwiona jest to maszyna. Setlista uzbrojona w dawno, albo nawet nigdy nie słyszane przeze mnie na żywo utwory z „Reign Forever World” , „Impressions In Blood” i „Kingdom” . Dawno też nie widziałem takiej dziczy wśród zgromadzonej publiczności. Wspaniała forma zespołu, wrażenia z zeszłorocznego MYSTICa podtrzymane.

Potem swoim magicznym doom metalem próbował osaczyć mnie legendarny CANDLEMASS. Starsi panowie przetoczyli się walcem po zgromadzonej publiczności. Kolejni reprezentanci antytezy o peselu i tym podobnych głupotach. Metal to nie pesel, metal to prawda. Po wysokiej intensywności koncertu VADER niestety nic nie potrafiło na dłużej przykuć mojej uwagi i w zasadzie koncert pozostawił mnie wyjałowionego z wrażeń, bo po chwili przestałem o nim myśleć. Nie ukrywam jednak, że przy takim „Crystal Ball” czy „Solitude” serce zabiło mi mocniej.

A potem poszedłem sprawdzić, o co tyle szumu z tym DEAFHEAVEN. I chyba już wiem. Będę to weryfikował, bo to, co usłyszałem było na wskroś intrygujące. Swoją drogą, ciekawe, w jaką stronę ewoluuje black metal. Oczywiście tu pojawia się kwestia sporna, bo gatunkowi puryści powiedzą, że jaki to black metal? To profanacja! Najprościej rzecz ujmując - jeszcze parę lat wstecz, jak ktoś jumpdafakapował na scenie to nie ważne było muzyczne tło - z marszu spychany był poza gatunkowe granice. Trzeba to powiedzieć wprost - ich black metal nie jest przecież czysty. Jest w tym wyraźny, acz nienachalny niuans nasiąknięty deathcore’ową estetyką i nie ma sensu kruszyć o to kopii. Ale czasy, mody oraz odbiorcy się zmieniają. Bardzo ciekawy zespół. Na pewno wrzucę na prześwietlenie.

Następnie zaserwowałem sobie zmianę klimatu i poszedłem na LEFT TO DIE. W tym roku widziałem już też DEATH TO ALL, więc mam świeże porównanie. Z pewnością bliżej mi do repertuaru coverowanego przez DEATH TO ALL, ale to jednak występ LEFT TO DIE podobał mi się bardziej, a DEATH TO ALL zostawił bardzo mieszane odczucia. Może to, dlatego, że repertuar, po który sięga zespół ma prostszy, bardziej koncertowy charakter i łatwiej tym rozbujać publikę, a już z pewnością znacznie łatwiej go zagrać na żywo. Bardzo fajnie spędzony czas.

Po chwili rzuciłem się w stylistyczną skrajność i po raz kolejny spróbowałem przegryźć się przez muzykę WARDRUNA. Niesamowite, do jakich rozmiarów urósł ten projekt oraz w jakie muzyczne zakamarki zawędrował Einar „Kvitrafn” Selvik - ten sam, który niegdyś bębnił w GORGOROTH, i którego wszyscy doskonale znają ze słynnego zdjęcia autorstwa Peter’a Beste, które tak ochoczo jest odtwarzane, przez co bardziej kumatych turystów odwiedzających Bergen. I cóż… Chociaż bardzo chciałem i próbowałem, to nie dałem się ostatecznie przekonać. Doskonale rozumiem, że to może się podobać. Doskonale rozumiem też, że ludzie są tym oczarowani. Może wszystko odebrałbym zupełnie inaczej w nieco innych warunkach, ale tu stało się dokładnie to samo, co za każdym razem czuję, gdy próbuję przegryźć się przez ich płyty. Ta muzyka jest intrygująca, magiczna wręcz, ale w takiej formie chciałbym, aby była GŁÓWNYM, a nie JEDYNYM elementem składowym wyrazu artystycznego, przez co najzwyczajniej w świecie trochę się nudziłem. Nieco zawiedziony, bo jednak liczyłem, że ta magia mnie wreszcie porwie, poszedłem na tych, na których tego dnia czekałem najbardziej, czyli…

SATYRICON. I dokonał się nokaut. Po pierwsze - świetne brzmienie. Po drugie - genialna setlista. Po trzecie - sceniczna prezencja. Po czwarte - perfekcyjne wykonanie. Wszystko było smaczne i dopracowane w najmniejszym detalu. Ostatnio ich widziałem, gdy promowali „Now, Diabolical” i uderzyło mnie przede wszystkim to, jak ten zespół dojrzał - muzycznie i wizerunkowo. Klasa i elegancja. SATYRICON starzeje się godnie, bez pajacowania i zadzierania nosa. Niewykluczone, że był to koncert festiwalu.
Ostatnim punktem mojej festiwalowej check listy był koncert norweskiego BORKNAGAR. Jestem fanem od pierwszej płyty, więc bardzo liczyłem na przyjemne zakończenie brutalowej przygody. Niestety, w bezpośrednim zestawieniu z SATYRICON dokonał się jakiś koszmar. Zaczęli od „Nordic Anthem” - piękny utwór i od razu tragedia. Brzmiało bardzo źle. Gitary rozsypane poziomami, wokale ledwie słyszalne, bębny kartonowe i bez overheadów. Potem na tym brzmieniowym bałaganie wybrzmiał „Voices” - bez stopy. Nieco czytelniej zrobiło się gdzieś w połowie. Do tego okropna stylówa Vortex’a, która totalnie rozwaliła klimat zanim wybrzmiał pierwszy dźwięk. Cofnąłem się pod reżyserkę dźwiękowca i wtedy dowiedziałem się, kto zgotował im tę katastrofę. Z grzeczności nie podam nazwiska, ale jeśli tak ma brzmieć BORKNAGAR na żywo, to ja pozostanę przy płytach. No i ten rażący brak spójności w wizerunku poszczególnych muzyków. Szkoda.

Najlepszy koncert? Zdecydowanie SATYRICON, nie tylko ostatniego dnia, ale być może i całego festiwalu. A już na pewno podium.
Wnioski?
- Jestem szczęśliwy, że byłem.
- Szkoda, że już po wszystkim.
- Nie ma co się mazać. Za miesiąc SUMMER DYING LOUD.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Koncerty








