Brutal Assault 2026 - Dzień 2 (Relacja)
Autor: Łukasz Sarnacki
Data dodania: 07-08-2026
Wyświetleń: 299

Brutal Assault 2026 - Dzień 2 (Relacja)
Jaromer, 06.08.2026
Uparłem się, żeby nie popełnić błędu dnia poprzedniego i… choć nie obyło się bez potknięć, to nawet nieźle mi to wyszło. Na teren twierdzy dotarłem ok. 17:00. Wczorajszy dzień miał być spokojny, z dużą ilością odpoczynku, wolnym czasem na zakupy, jedzenie, kawę, etc. Skończyło się jak zwykle. Bieganina, snickers na szybko, woda z wodopoju, (bo szkoda czasu na kolejki) i człowiek uwalony jak nieszczęście. Eh, nie ma dla mnie ratunku…
Na początek stanąłem na chwilę na THY ART IS MURDER, po to chyba tylko, aby utwierdzić się w przekonaniu, dlaczego nie lubię tego typu grania. Nie moja bajka.
Potem liznąłem DEATH ANGEL, ale bez napinki, bo widziałem ich z 20 razy jakieś 15 lat temu. Sprawdziłem tylko czy zespół jest nadal w nienagannej formie. Jest.
Konkretnie zacząłem od WALTARI. W sumie głównie z ciekawości za względu na występ z BOHEMIAN SYMPHONY ORCHESTRA PRAGUE. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć tego zespołu. Kiedyś jeszcze w latach ’90 mój tata zasłuchiwał się w płycie „Big Bang” . Ja natomiast nigdy nie zatrybiłem tego fińskiego wynalazku. Poszedłem sprawdzić czy ruszy mnie, chociaż jakiś sentyment albo coś, ale nie było o tym mowy, bo to, co się odwaltorniło na scenie Sea Shepherd przekroczyło wszelkie granice mojego poczucia rozsądku w muzyce. Ale, w tym szaleństwie była jakaś metoda. Nie dałbym rady tego znieść w warunkach domowych, ale tu była to interesująca odskocznia. Co by nie gadać, orkiestra symfoniczna na takich imprezach to zawsze jest anomalia przykuwająca uwagę. Parsknąłem głośnym śmiechem, gdy usłyszałem zza pleców „Więcej szatana na waltornię!”. Tekst, który jeszcze długo będzie przywoływał mi w głowie to absurdalne muzyczne zjawisko.

SEPTICFLESH przekonał mnie w pełni koncertem na tegorocznym MYSTIC, bo do płyt nigdy wcześniej się jakoś przesadnie nie garnąłem. To taka forma greckiego metalu, która choć nieco wychodzi poza schemat, to trafia dość celnie w moje preferencje. Może nie w samo sedno, ale blisko. Koncert bardzo zbliżony do tego, co widziałem 2 miesiące temu w Gdańsku, czyli bdb. Kerim stabilnie - nadal gra tak, że mięknie mi… kolano. Jedno i drugie.

A potem była chłosta w wykonaniu BODY COUNT. Uwielbiam ich słuchać z płyt, ale mam wrażenie, że prawdziwa energia tego składu uwalnia się dopiero właśnie na żywo. To taka forma ekspresji muzycznej, w której zawarte jest więcej mocny niż w niejednym metalowym zespole. Ma to swój specyficzny charakter, który nie musi każdemu pasować, ale ja bawiłem się fantastycznie. Po intensywności mosh pitu, który czasami niebezpiecznie próbował mnie wchłonąć, jestem w stanie stwierdzić, że nie tylko ja. Było dużo madafaka, czarnego (hehe) humoru, obrażania polityków i policji oraz trochę wątpliwej, jakości performensu na poziomie horrorów klasy B. Kwintesencja BODY COUNT - wszystko w normie.

Do samego końca liczyłem, że może w czwartkową rozpiskę wkradnie się jakaś zmiana, która rozsunie nachodzące na siebie koncerty AMORPHIS i DEICIDE. Niestety… Na domiar złego, sceny, na których grały te zespoły, były po dwóch przeciwnych końcach festiwalowego terenu, więc podzielenie wrażeń po połowie skończyłoby się tak, że pierwszą połowę bym oglądał koncert, a drugą bym spędził na przechadzce po festiwalu. Opcja bez sensu, więc rzuciłem monetą. Wypadło na AMORPHIS.
No to poszedłem i bardzo byłem zadowolony z dokonanego wyboru. Wszystko było cacy, ale nie dawał mi spokoju fakt, że tuż obok gra DEICIDE. No i musiałem. Po prostu musiałem, chociaż przywitać się z wujkiem Glennem. Uskuteczniłem przemieszczenie żwawym marszobiegiem na Obscure Stage i zostałem pięknie przywitany utworem „Serpents Of The Light” . Warto było się wyrwać na chwilę, chociażby po to, aby przekonać się, że wiek to tylko stan umysłu, bo to, co wyprawia Steve Asheim na bębnach totalnie rozwiewa jakikolwiek bełkot o peselu i tym podobnym pie*doleniu.

Zostałem prawie do końca, bo coś mi nie dawało spokoju, że tuż obok wciąż grają Finowie z AMORPHIS. Pomachałem do wujka Glenna i szpagatami poleciałem z powrotem na Marshall Stage rzucić się w objęcia ich muzyki. Oprawa sceny wspaniała, świetnie zgrana z pracą świateł i oczywiście muzyką. Można ciamkolić, że to plumkanie dla cieniasów, ale tak samo pitolono 25 lat temu o HIM, a teraz, co? Teraz HIM jest spoko. Jestem fanem AMORPHIS od wczesnych lat ’90 i od zawsze mam słabość do ich fińskiego, nieco przesłodzonego metalu. Nic nie poradzę. Wspaniałe zagrany, świetnie brzmiący koncert. Na koniec dostałem „The Bee” , który od lat jest moim dzwonkiem w telefonie i byłem szczęśliwy, że udało mi się mieć ciastko i zjeść ciastko.

Potem zajrzałem na Sea Shepherd Stage, gdzie swój performance rozpoczął CARPENTER BRUT. Widziałem ich raptem dwa miesiące temu na MYSTIC w stanie totalnego zajechania (zamykali dzień na Park Stage). Ot taka potańcówka mocno przełamująca schemat metalowego festiwalu. Nie do końca rozumiem fenomen oraz fakt otrzymywania tak dobrych slotów na głównych scenach tak dużych festiwali. Rozumiem natomiast, że to może się podobać. Wygląda i brzmi bardzo dobrze, choć razi mnie ogrom sampli i backing tracków, których jest ZNAAAAACZNIE więcej niż żywej muzyki. Nawet konferansjerka jest z playbacku. Kto co lubi… Przucupnąłem w spokojniejszej przestrzeni oparłszy się o murek i czekałem na ALCEST.
No i się rozpłynąłem. Tak, to zdecydowanie moja para kaloszy. Widziałem ich rok temu na MYSTIC za dnia, także wczoraj, w pełnej oprawie muzyka Francuzów nabrała zdecydowanie pełniejszego wymiaru. Przepięknie to płynęło i otulało dźwiękami. Scena wyglądała zjawiskowo i schludnie. Może nieco dziwić nad wyraz spokojna, stonowana komunikacja z publicznością, ale moim zdaniem świetnie się to komponuje z elegancją bijącą ze sceny. Byli muzycy skądinąd kontrowersyjnego PESTE NOIRE zagrali wspaniale, kojąco wręcz, udowadniając jak potężna siła tkwi w dozowaniu wrażeń klimatem, przestrzenią i nieskazitelnym pięknem muzyki. Zero nadęcia, czysta elegancja. A jak zagrali „Protection” to dosłownie ścisnęło mnie w gardle. Cudo!

Na dobranoc postanowiłem dać się zmiażdżyć i już po chwili na scenie obok zobaczyłem pewną znaną postać. „Co jest? Przecież to Dan Lilker!” - wrzasnąłem do siebie w myślach. Żywa legenda sceny, słynny basista BRUTAL TRUTH zapowiedział IMMOLATION, a potem przejechał po mnie walec. Zaczęło się z delikatnymi problemami natury sonicznej - gdzieś tam uciekały poszczególne bębny, ale po chwili wszystko stabilnie orało zgromadzony tłum kosząc głowy wzdłuż i wszerz. Choć nie jest to łatwa muzyka, to koncertowo IMMOLATION autentycznie wyciska soki. Zarówno koncert, jak i fantastyczny tegoroczny album „Descent” potwierdzają tezę, że jest to jeden z tych reprezentantów metalu śmierci, który tak jak wino - starzeje się godnie, szlachetnie i dumnie. Wspaniałe zwieńczenie tego pięknego dnia.

Najlepszy koncert? ALCEST - to po prostu taka forma artystyczna, która trafia w najwrażliwsze punkty mojego serca.
Wniosek na kolejny dzień mam jeden. Otóż regeneracja przed wyjazdem na festiwal to kluczowa sprawa. Udało mi się wczoraj wrócić do hotelu bez poczucia, że jeszcze chwila i padnę na pysk. Wspaniale. Oby tak dalej.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Koncerty

Brutal Assault 2026 - Dzień 2 (Relacja)
Jaromer, 06.08.2026
Uparłem się, żeby nie popełnić błędu dnia poprzedniego i… choć nie obyło się bez potknięć, to nawet nieźle mi to wyszło. Na teren twierdzy dotarłem ok. 17:00. Wczorajszy dzień miał być spokojny, z dużą ilością odpoczynku, wolnym czasem na zakupy, jedzenie, kawę, etc. Skończyło się jak zwykle. Bieganina, snickers na szybko, woda z wodopoju, (bo szkoda czasu na kolejki) i człowiek uwalony jak nieszczęście. Eh, nie ma dla mnie ratunku…
Na początek stanąłem na chwilę na THY ART IS MURDER, po to chyba tylko, aby utwierdzić się w przekonaniu, dlaczego nie lubię tego typu grania. Nie moja bajka.
Potem liznąłem DEATH ANGEL, ale bez napinki, bo widziałem ich z 20 razy jakieś 15 lat temu. Sprawdziłem tylko czy zespół jest nadal w nienagannej formie. Jest.
Konkretnie zacząłem od WALTARI. W sumie głównie z ciekawości za względu na występ z BOHEMIAN SYMPHONY ORCHESTRA PRAGUE. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć tego zespołu. Kiedyś jeszcze w latach ’90 mój tata zasłuchiwał się w płycie „Big Bang” . Ja natomiast nigdy nie zatrybiłem tego fińskiego wynalazku. Poszedłem sprawdzić czy ruszy mnie, chociaż jakiś sentyment albo coś, ale nie było o tym mowy, bo to, co się odwaltorniło na scenie Sea Shepherd przekroczyło wszelkie granice mojego poczucia rozsądku w muzyce. Ale, w tym szaleństwie była jakaś metoda. Nie dałbym rady tego znieść w warunkach domowych, ale tu była to interesująca odskocznia. Co by nie gadać, orkiestra symfoniczna na takich imprezach to zawsze jest anomalia przykuwająca uwagę. Parsknąłem głośnym śmiechem, gdy usłyszałem zza pleców „Więcej szatana na waltornię!”. Tekst, który jeszcze długo będzie przywoływał mi w głowie to absurdalne muzyczne zjawisko.

SEPTICFLESH przekonał mnie w pełni koncertem na tegorocznym MYSTIC, bo do płyt nigdy wcześniej się jakoś przesadnie nie garnąłem. To taka forma greckiego metalu, która choć nieco wychodzi poza schemat, to trafia dość celnie w moje preferencje. Może nie w samo sedno, ale blisko. Koncert bardzo zbliżony do tego, co widziałem 2 miesiące temu w Gdańsku, czyli bdb. Kerim stabilnie - nadal gra tak, że mięknie mi… kolano. Jedno i drugie.

A potem była chłosta w wykonaniu BODY COUNT. Uwielbiam ich słuchać z płyt, ale mam wrażenie, że prawdziwa energia tego składu uwalnia się dopiero właśnie na żywo. To taka forma ekspresji muzycznej, w której zawarte jest więcej mocny niż w niejednym metalowym zespole. Ma to swój specyficzny charakter, który nie musi każdemu pasować, ale ja bawiłem się fantastycznie. Po intensywności mosh pitu, który czasami niebezpiecznie próbował mnie wchłonąć, jestem w stanie stwierdzić, że nie tylko ja. Było dużo madafaka, czarnego (hehe) humoru, obrażania polityków i policji oraz trochę wątpliwej, jakości performensu na poziomie horrorów klasy B. Kwintesencja BODY COUNT - wszystko w normie.

Do samego końca liczyłem, że może w czwartkową rozpiskę wkradnie się jakaś zmiana, która rozsunie nachodzące na siebie koncerty AMORPHIS i DEICIDE. Niestety… Na domiar złego, sceny, na których grały te zespoły, były po dwóch przeciwnych końcach festiwalowego terenu, więc podzielenie wrażeń po połowie skończyłoby się tak, że pierwszą połowę bym oglądał koncert, a drugą bym spędził na przechadzce po festiwalu. Opcja bez sensu, więc rzuciłem monetą. Wypadło na AMORPHIS.
No to poszedłem i bardzo byłem zadowolony z dokonanego wyboru. Wszystko było cacy, ale nie dawał mi spokoju fakt, że tuż obok gra DEICIDE. No i musiałem. Po prostu musiałem, chociaż przywitać się z wujkiem Glennem. Uskuteczniłem przemieszczenie żwawym marszobiegiem na Obscure Stage i zostałem pięknie przywitany utworem „Serpents Of The Light” . Warto było się wyrwać na chwilę, chociażby po to, aby przekonać się, że wiek to tylko stan umysłu, bo to, co wyprawia Steve Asheim na bębnach totalnie rozwiewa jakikolwiek bełkot o peselu i tym podobnym pie*doleniu.

Zostałem prawie do końca, bo coś mi nie dawało spokoju, że tuż obok wciąż grają Finowie z AMORPHIS. Pomachałem do wujka Glenna i szpagatami poleciałem z powrotem na Marshall Stage rzucić się w objęcia ich muzyki. Oprawa sceny wspaniała, świetnie zgrana z pracą świateł i oczywiście muzyką. Można ciamkolić, że to plumkanie dla cieniasów, ale tak samo pitolono 25 lat temu o HIM, a teraz, co? Teraz HIM jest spoko. Jestem fanem AMORPHIS od wczesnych lat ’90 i od zawsze mam słabość do ich fińskiego, nieco przesłodzonego metalu. Nic nie poradzę. Wspaniałe zagrany, świetnie brzmiący koncert. Na koniec dostałem „The Bee” , który od lat jest moim dzwonkiem w telefonie i byłem szczęśliwy, że udało mi się mieć ciastko i zjeść ciastko.

Potem zajrzałem na Sea Shepherd Stage, gdzie swój performance rozpoczął CARPENTER BRUT. Widziałem ich raptem dwa miesiące temu na MYSTIC w stanie totalnego zajechania (zamykali dzień na Park Stage). Ot taka potańcówka mocno przełamująca schemat metalowego festiwalu. Nie do końca rozumiem fenomen oraz fakt otrzymywania tak dobrych slotów na głównych scenach tak dużych festiwali. Rozumiem natomiast, że to może się podobać. Wygląda i brzmi bardzo dobrze, choć razi mnie ogrom sampli i backing tracków, których jest ZNAAAAACZNIE więcej niż żywej muzyki. Nawet konferansjerka jest z playbacku. Kto co lubi… Przucupnąłem w spokojniejszej przestrzeni oparłszy się o murek i czekałem na ALCEST.
No i się rozpłynąłem. Tak, to zdecydowanie moja para kaloszy. Widziałem ich rok temu na MYSTIC za dnia, także wczoraj, w pełnej oprawie muzyka Francuzów nabrała zdecydowanie pełniejszego wymiaru. Przepięknie to płynęło i otulało dźwiękami. Scena wyglądała zjawiskowo i schludnie. Może nieco dziwić nad wyraz spokojna, stonowana komunikacja z publicznością, ale moim zdaniem świetnie się to komponuje z elegancją bijącą ze sceny. Byli muzycy skądinąd kontrowersyjnego PESTE NOIRE zagrali wspaniale, kojąco wręcz, udowadniając jak potężna siła tkwi w dozowaniu wrażeń klimatem, przestrzenią i nieskazitelnym pięknem muzyki. Zero nadęcia, czysta elegancja. A jak zagrali „Protection” to dosłownie ścisnęło mnie w gardle. Cudo!

Na dobranoc postanowiłem dać się zmiażdżyć i już po chwili na scenie obok zobaczyłem pewną znaną postać. „Co jest? Przecież to Dan Lilker!” - wrzasnąłem do siebie w myślach. Żywa legenda sceny, słynny basista BRUTAL TRUTH zapowiedział IMMOLATION, a potem przejechał po mnie walec. Zaczęło się z delikatnymi problemami natury sonicznej - gdzieś tam uciekały poszczególne bębny, ale po chwili wszystko stabilnie orało zgromadzony tłum kosząc głowy wzdłuż i wszerz. Choć nie jest to łatwa muzyka, to koncertowo IMMOLATION autentycznie wyciska soki. Zarówno koncert, jak i fantastyczny tegoroczny album „Descent” potwierdzają tezę, że jest to jeden z tych reprezentantów metalu śmierci, który tak jak wino - starzeje się godnie, szlachetnie i dumnie. Wspaniałe zwieńczenie tego pięknego dnia.

Najlepszy koncert? ALCEST - to po prostu taka forma artystyczna, która trafia w najwrażliwsze punkty mojego serca.
Wniosek na kolejny dzień mam jeden. Otóż regeneracja przed wyjazdem na festiwal to kluczowa sprawa. Udało mi się wczoraj wrócić do hotelu bez poczucia, że jeszcze chwila i padnę na pysk. Wspaniale. Oby tak dalej.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Koncerty









