AngielskiPolski
Koszyk 0
Twój koszyk jest pusty...
Strona główna » Blog » Koncerty » Brutal Assault 2026 - Dzień 1 (Relacja)
  • wrzesien

Prześlij nam swój adres e-mail, a my powiadomimy Cię o nowych produktach, najlepszych cenach, promocjach i wyprzedażach.

 
  • Ilość produktów: 395
  • Ilość kategorii: 33
  • Ilość promocji: 38
  • Ilość nowości: 28
  • Aktualnie klientów na stronie: 3
  • Sklep odwiedziło: 1296517 klientów
  • Sklep działa od: 09-01-2015

Brutal Assault 2026 - Dzień 1 (Relacja)

Autor: Łukasz Sarnacki Data dodania: 06-08-2026 Wyświetleń: 246
alt

Brutal Assault 2026 - Dzień 1 (Relacja)
Jaromer, 05.08.2026

Warm-up day dał mi przede wszystkim jedną ważną radę - z upałem nie wygrasz. Pogoda zweryfikowała moje plany i w moją festiwalową rozpiskę z buta wszedł zdrowy rozsądek. Ze względu na okoliczności zrezygnowałem z koncertów ARMORED SAINT, METAL CHURCH, H2O czy ONSLAUGHT i na teren festiwalu dotarłem dopiero ok. 17:00, w sam raz na…

SAMAEL. Widziałem ich w zeszłym roku dwa razy i były to dobre koncerty. Generalna artystyczna wizja tego zespołu wciąż budzi różne reakcje. Na SUMMER DYING LOUD zdarzało mi się słyszeć krzyki typu „wypie*dalaj z tą dyskoteką!” albo „je*bany disco metal!” i już nawet nie chce mi się tego komentować. Ja jestem niezłomnym fanem od połowy lat ’90, wielbię pierwsze płyty, tak samo jak te późniejsze, a „Passage” na zawsze ma szczególne miejsce w moim sercu. Mimo pełnego słońca, koncert Szwajcarów obejrzałem z przyjemnością, ale brakowało mi zalążka tej ekscytacji, jaka towarzyszyła mi, gdy grali rok temu na ROCKOWISKO ZWIERZYNIEC. Chyba mam lekki przesyt SAMAELem na jakiś czas. W pewnym momencie przeleciała mi przez głowę myśl - „ciekawe, kiedy Vorph wymyśli, żeby zamiast gitar używać kontrolerów do Guitar Hero. Bo na serio, jest to metal tak przesiąknięty cyfrową technologią, że jak usłyszałem pstrykający bas w „Rain” to złapałem się na chwilę za głowę.

alt

NEVERMORE w odnowionym składzie to temat, który wywołał wiele kontrowersji. W decyzjach Loomisa sceptycy upatrywali się skoku na kasę i braku szacunku dla zmarłego Warrela Dane. Ja wieści o reaktywacji odebrałem bardzo pozytywnie i niecierpliwie wyczekiwałem ich występu na Brutalu. Od początku trzymałem się zdania, że jeśli muzyk tej klasy dokona powrotu swojej macierzystej formacji, to z pewnością zrobi to dobrze, nie tylko w zgodzie ze standardami jakościowymi, ale przede wszystkim w zgodzie ze swoim sercem. I zrobił. Ten koncert rozwiał wszelkie wątpliwości. Na start „Beyond Within” i zmiotło mnie z planszy. W zestawieniu z SAMAEL, to było jakby słoń nadepnął na biedronkę. Cały koncert utkany z samych hiciorów, ale pomówmy chwilę o składzie. Zacznijmy od nowego wokalisty. Presja i oczekiwania, jakie na niego spadły są wystrzelone w kosmos. Nikt jednak nie chce, aby pochodzący z Turcji Berzan Önen jakkolwiek wprowadzał swój styl do NEVERMORE. On ma nie zhańbić legendy. Ma śpiewać jak Warrel i robi to fantastycznie. Drugim gagatkiem, który wyrwał mnie kapci jest gitarzysta - 23 letni Jack Cattoi. Jak to dziecko wybiegło na scenę pośród tych dinozaurów to pomyślałem, że Krzysiek Śniadecki się tam zaplątał. Ale jednak nie. Rety, jak on grał. Piękne dialogi gitarowe ramię w ramię z Jeffem Loomisem - rozsypały mi się zęby po klepisku jak zagrali unisono w „The River Dragon Has Come” . Wspaniały powrót, na kosmicznie wysokim poziomie. Nie mogę się doczekać powtórki na SUMMER DYING LOUD

alt

Potem obejrzałem kilka utworów FIT FOR AN AUTOPSY po to tylko, aby utwierdzić się w przekonaniu, dlaczego nie lubię tego typu grania. Nie moja estetyka, nic a nic. 

Podobnie mam z PERIPHERY, choć to jednak zupełnie inna para kaloszy. Próbowałem ich słuchać jak lata temu zrobiło się o nich głośno, i nie dałem rady. Próbowałem doceniać ze względu na zjawiskowego perkusistę, jakim jest Matt Halpern, ale i to też nie działało. Jak to mówią - do trzech razy sztuka. Wczoraj spróbowałem ostatni raz - bezskutecznie. 

Jeśli coś ma być zaśpiewane, melodyjne i ładne to zdecydowanie wolę to w takim wydaniu, jaki oferuje SÓLSTAFIR, który porwał mnie w piękną podróż. Biła z tego koncertu jakaś nadzwyczajna autentyczność. Coś, co często zatracane jest na rzecz technicznych popisów, nadętych srogich min, ultra szybkich czy ultra ciężkich rozwiązań. Tu nie było ani jednego z tych elementów, a ja stałem oczarowany, przepełniony jakimś nietypowym wewnętrznym szczęściem i spokojem. Magia to nie fajerwerki i pióra z dupy. Magia to muzyka. Wczorajszy koncert SÓLSTAFIR był tego dowodem. Zapamiętam go na długo. Wspaniałe wprowadzenie w klimat, który sobie serwowałem już do końca wieczoru. 

alt

Wracając z Obscure Stage zadzwonił do mnie mój serdeczny przyjaciel - ten sam, który mnie namówił na ten wyjazd, i o którym pisałem we wczorajszym blogu. Zaanonsował, że ma miejscówkę tuż za barierką i czeka na TRIPTYKON. Oznaczało to, że dobrowolnie odpuszczę MUNICIPAL WASTE, choć momentami ogarniał mnie ból dupy, gdy zerkałem kątem oka na telebim i widziałem, co tam się dzieje. Ale plusy są takie, że nic mi nie zburzyło klimatu, w jaki wprowadził mnie islandzki SÓLSTAFIR. Pojawił się element spokoju, którego wczoraj było zdecydowanie za mało. 

TRIPTYKON zagrał przekrojowo, bo dostaliśmy trochę CELTIC FROST, trochę HELLHAMMER, no i trochę TRIPTYKON. Choć czas nie oszczędza nikogo, to dobrze było zobaczyć 63-letniego Toma G. Warrior’a w dobrej formie. Trochę pożartował, ale wszystko dostojnie i z klasą. Ogromne wrażenie zrobił na mnie bębniarz Hannes Grossmann. Żadnych przesadnych technicznych wygibasów, ale jak już zagrał - TO ZAGRAŁ. Uderzała przede wszystkim świadomość bijąca z jego gry. Jak trzeba było porwać w wir, to porywał w wir. Jak trzeba było wbić ostatni gwóźdź do trumny, to wbijał gwóźdź do trumny. A jak trzeba było zagrać ciszą, to grał ciszą. Dla mnie tacy perkusiści to muzycy przez wielkie M. Poza tym bębny brzmiały pięknie - potężnie, przestrzennie i soczyście. TRIPTYKON to ten zespół, który nawet grając w kółko jeden motyw przez 6 minut (vide „Aurorae” ), potrafi tak zagrać dynamiką, że miękną kolana. Z dziką rozkoszą powtórzę to cudowne soniczne uniesienie za miesiąc na SUMMER DYING LOUD. UGH!

alt

Po chwili na scenie obok zaczęła AMENRA. Bardzo szeroko muzycznie zbudowany był to występ, na wysokiej dramaturgii, klimacie i ekspresji. Genialnie prezentowały się wizualizacje puszczone tak, że wyświetlały się na całej scenie - na muzykach, instrumentach, sprzęcie. Całość ubrana tylko w czerń i biel. Zjawiskowa forma minimalizmu. Brzmiało i wyglądało to tak, jakby właśnie kończył się świat i chcieli nas wszystkich wrzucić do grobu i zakopać. No i znowu - DYNAMIKA! Co tu się działo?! Coś pięknego! Po tym występie mogłoby już faktycznie nie być niczego, aby te wrażenia przykleiły się do mnie na dłużej, ale na scenie obok po chwili grali koledzy z Białegostoku, więc trzeba było to sprawdzić.

alt

Proszę mnie nie kojarzyć z konfliktami na linii BATUSHKA - PATRIARKH. Nie chce mieć z tym nic wspólnego. Bardzo szanuję to, co zrobili moi koledzy z Białegostoku i do jakiego poziomu to rozdmuchali. Chowamy do kieszeni konflikty i skupiamy się na muzyce. Koncert BATUSHKA będzie mi się kojarzył przede wszystkim z cierpieniem. Nogi właziły mi już tak w dupę, że główne skupienie kierowałem na przestępowanie z nogi na nogę i walkę z bólem. Ale dałem radę. Serce mi się zawsze raduje, kiedy widzę kolegów z podwórka na takich scenach i przed tyloma ludźmi. Koncert bardzo przyzwoity, pięknie doświetlony. Trochę brakowało mi przełamania schematu, jeżeli chodzi o oprawę i scenografię, bo już to widziałem, a nie jest to spektakl, który koniecznie rwę się, aby oglądać raz za razem. Przed koncertem na scenie pojawił się chłopiec kręcący się między muzykami. Myślałem, że odegra jakąś choćby minimalną rolę podczas występu i tym samym przełamie ten z lekka wyeksploatowany już pomysł. Ale jednak nie. Brzmieniowo początkowo kiepsko - kulały przede wszystkim bębny - znikały stopy, a werbel brzmiał jakby grał tylko z dolnej membrany. Bardzo szybko sytuacja została opanowana i już na wysokości drugiego utworu działało elegancko. Problemem koncertu BATUSHKA, był fakt, że grali po AMENRA, która przejechała po mnie walcem i ciężko mi już było krzesać z siebie jakąkolwiek większą ekscytację. A może to nie problem koncertu BATUSHKA, tylko mój? Sam nie wiem… 

alt

Koncert dnia - NEVERMORE oraz SÓLSTAFIR. Choć tak bardzo inne, to jeden i drugi uderzył w czuły punkt mojej emocjonalnej strony. 

Wnioski na dziś:
  • Więcej siedzieć na dupie.
  • Mniej ciśnieniować. 
  • Nic się nie stanie jak kogoś nie zobaczę.


 

Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Koncerty

Reklama

Bestsellery

Newsletter

 

Korzystanie z tej witryny oznacza wyrażenie zgody na wykorzystanie plików cookies. Więcej informacji możesz znaleźć w naszej Polityce Cookies.
Nie pokazuj więcej tego komunikatu