AngielskiPolski
Koszyk 0
Twój koszyk jest pusty...
Strona główna » Blog » Artykuły » Król jest zmęczony
  • wrzesien

Prześlij nam swój adres e-mail, a my powiadomimy Cię o nowych produktach, najlepszych cenach, promocjach i wyprzedażach.

 
  • Ilość produktów: 395
  • Ilość kategorii: 33
  • Ilość promocji: 38
  • Ilość nowości: 28
  • Aktualnie klientów na stronie: 2
  • Sklep odwiedziło: 1292690 klientów
  • Sklep działa od: 09-01-2015

Król jest zmęczony

Autor: Fabian Filiks Data dodania: 27-07-2026 Wyświetleń: 476
alt
King Diamond & Andy LaRocque (fot. Bryce Van Patten)

Kilka dni temu King Diamond ogłosił zakończenie współpracy z wieloletnim gitarzystą i jedynym oryginalnym członkiem jego zespołu Andym LaRocque. Po czterdziestu latach wspólnego grania panowie doszli do porozumienia, że nie będą kontynuowali współpracy. Kuriozalne rozstanie odbiło się szerokim echem wśród „metalowej braci”. Pikanterii sprawie dodał fakt, że Diamond od razu wskazał następcę Andy’ego w postaci Gusa G., gitarzysty o iście imponującym resume, który wedle oczekiwań ma nie tylko odważnie wejść w buty swojego poprzednika, ale ruszyć do przodu temat płyty, na którą czekamy już, bez mała, dwadzieścia lat. 

alt
Gus G. (fot. Akis Douzlatzis)

Oczywiście, możemy tylko „spekulować” na temat tak długiego czasu powstawania następcy „Give Me Your Soul… Please” . Niewykluczone, że panowie Petersen i Allhage przez te wszystkie lata nie potrafili z siebie wykrzesać nic nowego oprócz trzech singli, z których ostatecznie niewiele wyniknęło. W międzyczasie koncept płyty się zmieniał, tytuł „The Institute” został zastąpiony prezentowanym podczas ubiegłorocznej trasy „St. Lucifer’s Hospital 1920” . Zmieniło się też nastawienia fanów, którzy znużeni niekończącym się oczekiwaniem zaczęli całą tę sytuację porównywać do okoliczności powstawania „Chinese Democracy” Guns’N’Roses. Zaczęły się żarty z Króla (!) i pytania kierowane w próżnie o ten album (czy też już dwa), którego / których wciąż nie było. Obok tego wszystkiego Mercyful Fate zdążyło się reaktywować, pograć koncerty, narobić apetytu fanom jakimiś kompozycjami demo i zniknąć odkładając temat nowej płyty na święty nigdy. 

Na domiar złego, „stara gwardia” grająca kiedyś wspólnie w King Diamond Band (Andy LaRocque, Pete Blakk, Hal Patino. Mikkey Dee) z Nilsem K. Rue na wokalu nagrała całkiem udany materiał pod szyldem Lex Legion (a może jednak ex-legion?). Prawdziwy reunion (bez Diamonda oczywiście), na jaki wszyscy czekaliśmy. Co więcej, panowie spakowali gitary i ruszyli w świat, żeby zaprezentować swoją muzykę głodnym tego typu dźwięków fanom. Odbiór chyba zaskoczył wszystkich, bo chodzą słuchy, że panowie pracują już nad drugą płytą. Czy miało to wpływ na odejście Andy’ego z zespołu Diamonda? Z pewnością dowiemy się tego prędzej czy później. Wiemy, że King posiada niemałe ego, czego dowodem niech będzie swego czasu afera z Michaelem Dennerem. Czy jest zazdrośnikiem? Tego nie wiem, ale wiem, że mało, kiedy cieszą nas cudze sukcesy. Nie wydaje mi się też, że ktokolwiek z nas szczerze kibicowałby swojej konkurencji. Szczególnie, gdy tworzą ją twoi byli współpracownicy. 

alt
Lex Legion (fot. Patric Ullaeus)

Może to brzmi niezbyt elegancko, może nie powinienem tak spekulować, bo przecież nie wiem na pewno, ale wydaje mi się, że jest już „po ptokach”. Jestem fanem obu zespołów Duńczyka od ponad dwudziestu pięciu lat i mimo dość „wiernopoddańczego” stosunku do twórczości Diamonda to nawet ja jestem po prostu rozgoryczony całą tą sytuacją. Nie potrafię zrozumieć tego imposybilizmu (?), który eskaluje i paraliżuje działalność obu zespołów. Trudno mi uwierzyć, że nagranie płyty nawet „zdalnie” może trwać tak długo. Nie kupuję wciskania kitu, że całe to opóźnienie bierze się z tego, że Król chce wydać najlepszą możliwą płytę. Albo i dwie, bo koncept przecież przez te wszystkie lata się rozrastał i zmieniał. I tym bardziej nie wierzę w to, że Gus G. na białym koniu wskoczy na miejsce współtwórcy sukcesu solowej kariery Petersena i da nam płytę, na którą wszyscy czekamy. Moim zdaniem są to najwyżej pobożne życzenia.

Nawet jeśli, jakimś cudem, naprędce skręcone riffy uda się posklejać w pełnoprawny album to obawiam się, że nie spotka się on z tak entuzjastycznym przyjęciem do jakiego przywykł Król. Od 2007 roku zmieniło się w muzyce wszystko. To, w jaki sposób ją „konsumujemy” (nie znoszę tego słowa), jak się nią dzielimy jest już diametralnie różny. Przy tej ilości muzyki, która wychodzi (tylko w metalu) każdego tygodnia to naprawdę musiałoby być coś niezwykłego, żeby wynagrodzić fanom dwie dekady czekania. Pułapka, w jaką wszyscy wpadniemy pompując się przed taką premierą i kosmiczne oczekiwania zderzą się ze ścianą. Przehajpowany album podzieli los innych płyt wydawanych przez „weteranów metalu”, którzy lata swojej świetności mają dawno za sobą. Nie pozwoli nam, co zresztą całkiem zrozumiałe, zareplikować tej chwili, gdy np. usłyszeliśmy otwierający riff np. z „Sleepless Nights” 
Skąd ten pesymizm? Bo tak naprawdę King Diamond swoje najważniejsze (ergo najlepsze) płyty już nagrał. Przywoływana tu kilkakrotnie „Give Me Your Soul… Please” , mimo dobrego przyjęcia i nominacji do Grammy, na tle poprzednich osiągnięć Króla wypada, moim zdaniem, raczej blado (sic!). Nie jest to może zbyt wysoko zawieszona poprzeczka dla Gusa G., ale cokolwiek uda się nagrać bez Andy’ego nie będzie miało tego samego „vibe’u” co poprzednie płyty. Stała, którą był Andy LaRocque, została usunięta z równania. Mimo przewidywalnego kierunku, w jakim pójdzie nowy materiał jego sukces, którego przecież też nie można wykluczyć, będzie dla mnie nie tylko dużym zaskoczeniem, ale też będzie kompletnie bezcelowy. Przecież coś skończyło się już lata temu a my tylko to cały czas wypieraliśmy. Myślę, że Petersen stał się zakładnikiem swojego sukcesu jak i oczekiwań fanów. Do tego stopnia, że zamiast afirmować te oczekiwania, czy też je odrzucić, on je po prostu ignorował świadomie czy też nieświadomie rozczarowując nas przez kolejne lata. King Diamond funkcjonuje w jakimś trybie "legacy" i chyba to mu odpowiada. Naszym grzechem, jako jego fanów było i jest wciąż to, że nie pozwalamy mu „odejść”. Wciąż dobijamy się z całą swoją pretensjonalnością oczekując przysłowiowych „cudów na kiju” a on ich wciąż nie dostarcza. Zresztą, to samo dotyczy innych zespołów i idoli z metalowego świata, którzy dawno już powinni ustąpić miejsca młodszym. Zamiast tego przylatują często swoimi prywatnymi jetami na przesadnie drogie koncerty śpiewając protest songi, jakie pisali, gdy jedyne, co mieli to sprane jeansy i używaną gitarę. Robią to głównie, dlatego, że w jakimś sensie, nie pozwalamy im odejść a sami nie potrafimy dorosnąć. Wciąż chcemy przeżywać te same emocje gdy mieliśmy po piętnaście lat. Nie ma może w tym nic złego. Możemy jednak sięgać do istniejących już nagrań a nie oczekiwać, że "emeryci" zachwycą nas tak samo jak trzydzieści lat temu. Może to czas, żeby odpuścić naszym idolom? 

Część mnie odrzuca tego typu „koncepcje”, ale trudno mi nie myśleć, że, parafrazując Tywina Lannistera, król jest zmęczony i chyba najwyższa pora odprowadzić go do jego komnat…

Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Artykuły

Reklama

Bestsellery

Newsletter

 

Korzystanie z tej witryny oznacza wyrażenie zgody na wykorzystanie plików cookies. Więcej informacji możesz znaleźć w naszej Polityce Cookies.
Nie pokazuj więcej tego komunikatu