THE NIGHT ETERNAL - "Cold Velvet" (2026)
Autor: Łukasz Sarnacki
Data dodania: 10-10-2026
Wyświetleń: 387

THE NIGHT ETERNAL - "Cold Velvet" (2026)
Metal Blade Records
Ostatnio dość często wspominam o odkryciach muzycznych wyniesionych z SUMMER DYING LOUD i tak się składa, że THE NIGHT ETERNAL jest jednym z nich. Nie będę też czarował - zainteresowali mnie sobą, ale nie na tyle, żebym poleciał od razu po płyty na stoisko z merchem. Stwierdziłem, że będę miał ich na oku. Niemcy zagrali w Aleksandrowie Łódzkim w 2025 i w zasadzie jakoś szybko mi zniknęli z radaru. Ich muzyczna oferta, choć podana wg wysokich standardów, trochę za bardzo zalatywała brakiem indywidualizmu, a nagminne inspiracje, czy wręcz zapożyczenia, skłaniały mnie do ostrożnego kroku w tył.
Minął rok. Na kilka dni przed tegoroczną edycją SDL mignęła mi informacja, że THE NIGHT ETERNAL wydał nowy album… dla Metal Blade. „Grubo” - pomyślałem. Podjarany zbliżającą się wyprawą do Aleksandrowa uznałem, że trzeba sobie ich przypomnieć. Odpaliłem „Cold Velvet” ze streamingów. Już przy pierwszym okrążeniu zamówiłem CD. Od razu poczułem, że chcę to mieć na swojej półce.
Zespół przede wszystkim zrobił krok, jakiego się po nich nie spodziewałem. Przynajmniej nie tak szybko. Proporcje środków wyrazu zostały wyraźnie zmienione. Dominujący heavy metal (ten natchniony okultyzmem, a nie smokami i rycerzami - ufff…) wciąż jest obecny, ale gra drugie skrzypce. Na pierwszy plan wjechał rock gotycki i w moim odczuciu zrobiło to bardzo dobrze dla ogólnego całokształtu obecnego THE NIGHT ETERNAL. Wszelkie zarzuty o czerpanie garściami z IN SOLITUDE przestały być permanentnie zawieszoną klątwą niemieckiego kwintetu. Utwory nabrały więcej lekkości i powietrza, momentami wręcz ocierając się o radiowy sznyt. Ale spokojnie, nie ma tu popadania w tandetę.
Album otwiera „Where This World Ends” i od razu hiciarskim rozmachem robi nam przysłowiowe kuku nieporównywalne z tym, co było dawniej. Zaraz po nim wjeżdża singlowy „Eurydice (Don’t Look Back)” , który wyraźnie uwydatnia inspiracje THE CULT. Trochę spokojniej robi się w „Caught In A Spell” , po którym bardzo czarująco wypada „When The Last Candle Dies” . Druga część płyty zaczyna się dynamicznym „The Veins Of Time” ze świetnym solo. W trochę bardziej metalową (żeby nie powiedzieć oldschoolową) stronę skręca „The Watcher Of The Burning Veil” , gdzie rozpędzone zwrotki przeplatają się ze świetnym refrenem. No i ten stadionowy zaśpiew na bridge. Miodzio! Jeśli już jesteśmy przy porywających refrenach, to „Shape Of Sorrow” jest takim strzałem, że aż się chce tańczyć. Co to jest za hicior! Album zamyka „Dance On Crimson Ground” - rozbudowany utwór, w którym zespół upchał wszystko to, co na tym krążku najlepsze. Tak jakby chciał za wszelką cenę mieć pewność, że słuchacz wszystko załapał. I tu pojawia się delikatne wrażenie przesytu obficie prezentowanej formy na „Cold Velvet” .
Najgorszy moment? Brak wyraźnych zapchajdziur.
Najlepszy moment? Brak wyraźnie wyróżniających się highlightów.
O czym to świadczy? Otóż mamy na tapecie bardzo równy krążek. Jego charakter - pozbawiony wyraźnych wyżyn i nizin - powoduje, że momentami te wszystkie hiciarskie utwory zlewają się w jedną całość, i gdy kończy się płyta mam dziwnie rozdarte wrażenia. Z jednej strony czuję, że po chwili niewiele mi z tej muzyki zostaje w głowie. Z drugiej natomiast wiem, że cholernie mi się ten album podoba.
Patrząc obiektywnie, poziom eksploatacji odświeżonego pomysłu na siebie jest przez THE NIGHT ETERNAL niebezpiecznie intensywny. W konsekwencji, to, co najlepsze na tym krążku, staje się jednocześnie jego przekleństwem. Ale najbardziej irytującym elementem tej płyty jest nadużywany do granic absurdu… tamburyn. Ten instrument, kojarzący się z nieodłącznym przedszkolnym atrybutem do zajęć rytmiki, w takiej muzyce robi świetną robotę. Niemcy też są tego samego zdania, tylko zaczyna to wyraźnie drażnić jak słyszę go w każdym utworze, w każdym refrenie. Momentami mam wrażenie, że słyszę go nawet między utworami. To, co miało być fajnym smaczkiem aranżacyjnym, stało się karykaturą tego albumu. Dosłownie!
(Tak wiem, przepraszam… Niestety, tego nie da się odsłyszeć.)
Czy „Cold Velvet” ma szansę wojować o wysokie pozycje w rankingach najlepszych płyt 2026 roku? Nie wiem… Coraz częściej łapię się na tym, że podoba mi się to, co większości ludzi nie podoba się wcale, więc trudno mi to oceniać przez pryzmat moich preferencji. Ja natomiast na pewno będę do tej płyty wracał i prawdopodobnie znajdę jej miejsce w moim TOP 10 2026. Nawet mimo tego nieszczęsnego, cykająco-syczącego tamburyna...
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje

THE NIGHT ETERNAL - "Cold Velvet" (2026)
Metal Blade Records
Ostatnio dość często wspominam o odkryciach muzycznych wyniesionych z SUMMER DYING LOUD i tak się składa, że THE NIGHT ETERNAL jest jednym z nich. Nie będę też czarował - zainteresowali mnie sobą, ale nie na tyle, żebym poleciał od razu po płyty na stoisko z merchem. Stwierdziłem, że będę miał ich na oku. Niemcy zagrali w Aleksandrowie Łódzkim w 2025 i w zasadzie jakoś szybko mi zniknęli z radaru. Ich muzyczna oferta, choć podana wg wysokich standardów, trochę za bardzo zalatywała brakiem indywidualizmu, a nagminne inspiracje, czy wręcz zapożyczenia, skłaniały mnie do ostrożnego kroku w tył.
Minął rok. Na kilka dni przed tegoroczną edycją SDL mignęła mi informacja, że THE NIGHT ETERNAL wydał nowy album… dla Metal Blade. „Grubo” - pomyślałem. Podjarany zbliżającą się wyprawą do Aleksandrowa uznałem, że trzeba sobie ich przypomnieć. Odpaliłem „Cold Velvet” ze streamingów. Już przy pierwszym okrążeniu zamówiłem CD. Od razu poczułem, że chcę to mieć na swojej półce.
Zespół przede wszystkim zrobił krok, jakiego się po nich nie spodziewałem. Przynajmniej nie tak szybko. Proporcje środków wyrazu zostały wyraźnie zmienione. Dominujący heavy metal (ten natchniony okultyzmem, a nie smokami i rycerzami - ufff…) wciąż jest obecny, ale gra drugie skrzypce. Na pierwszy plan wjechał rock gotycki i w moim odczuciu zrobiło to bardzo dobrze dla ogólnego całokształtu obecnego THE NIGHT ETERNAL. Wszelkie zarzuty o czerpanie garściami z IN SOLITUDE przestały być permanentnie zawieszoną klątwą niemieckiego kwintetu. Utwory nabrały więcej lekkości i powietrza, momentami wręcz ocierając się o radiowy sznyt. Ale spokojnie, nie ma tu popadania w tandetę.
Album otwiera „Where This World Ends” i od razu hiciarskim rozmachem robi nam przysłowiowe kuku nieporównywalne z tym, co było dawniej. Zaraz po nim wjeżdża singlowy „Eurydice (Don’t Look Back)” , który wyraźnie uwydatnia inspiracje THE CULT. Trochę spokojniej robi się w „Caught In A Spell” , po którym bardzo czarująco wypada „When The Last Candle Dies” . Druga część płyty zaczyna się dynamicznym „The Veins Of Time” ze świetnym solo. W trochę bardziej metalową (żeby nie powiedzieć oldschoolową) stronę skręca „The Watcher Of The Burning Veil” , gdzie rozpędzone zwrotki przeplatają się ze świetnym refrenem. No i ten stadionowy zaśpiew na bridge. Miodzio! Jeśli już jesteśmy przy porywających refrenach, to „Shape Of Sorrow” jest takim strzałem, że aż się chce tańczyć. Co to jest za hicior! Album zamyka „Dance On Crimson Ground” - rozbudowany utwór, w którym zespół upchał wszystko to, co na tym krążku najlepsze. Tak jakby chciał za wszelką cenę mieć pewność, że słuchacz wszystko załapał. I tu pojawia się delikatne wrażenie przesytu obficie prezentowanej formy na „Cold Velvet” .
Najgorszy moment? Brak wyraźnych zapchajdziur.
Najlepszy moment? Brak wyraźnie wyróżniających się highlightów.
O czym to świadczy? Otóż mamy na tapecie bardzo równy krążek. Jego charakter - pozbawiony wyraźnych wyżyn i nizin - powoduje, że momentami te wszystkie hiciarskie utwory zlewają się w jedną całość, i gdy kończy się płyta mam dziwnie rozdarte wrażenia. Z jednej strony czuję, że po chwili niewiele mi z tej muzyki zostaje w głowie. Z drugiej natomiast wiem, że cholernie mi się ten album podoba.
Patrząc obiektywnie, poziom eksploatacji odświeżonego pomysłu na siebie jest przez THE NIGHT ETERNAL niebezpiecznie intensywny. W konsekwencji, to, co najlepsze na tym krążku, staje się jednocześnie jego przekleństwem. Ale najbardziej irytującym elementem tej płyty jest nadużywany do granic absurdu… tamburyn. Ten instrument, kojarzący się z nieodłącznym przedszkolnym atrybutem do zajęć rytmiki, w takiej muzyce robi świetną robotę. Niemcy też są tego samego zdania, tylko zaczyna to wyraźnie drażnić jak słyszę go w każdym utworze, w każdym refrenie. Momentami mam wrażenie, że słyszę go nawet między utworami. To, co miało być fajnym smaczkiem aranżacyjnym, stało się karykaturą tego albumu. Dosłownie!
(Tak wiem, przepraszam… Niestety, tego nie da się odsłyszeć.)
Czy „Cold Velvet” ma szansę wojować o wysokie pozycje w rankingach najlepszych płyt 2026 roku? Nie wiem… Coraz częściej łapię się na tym, że podoba mi się to, co większości ludzi nie podoba się wcale, więc trudno mi to oceniać przez pryzmat moich preferencji. Ja natomiast na pewno będę do tej płyty wracał i prawdopodobnie znajdę jej miejsce w moim TOP 10 2026. Nawet mimo tego nieszczęsnego, cykająco-syczącego tamburyna...
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Recenzje









